logo

logo
współpracuję z:

środa, 30 października 2013

Couchsurfingowcy z Pragi i ich zderzenie z gruzińskim polonofilstwem

Pomyślałam sobie dziś rano, gdy słońce znad gór przedzierało się przez moje cepeliowskie, gruzińskie firanki, łaskocząc po rozbudzonej ledwo twarzy, że dopiero co przyjechałam, a już tęsknię za tym krajem, który kiedyś będę musiała w końcu opuścić. To baaarrdzo niebezpieczne uczucie, gdyż w prostej lini sugeruje, że jestem podatna na niepostrzeżone wchłonięcie przez Gruzję (nie mówcie o tym moim rodzicom). Jednakowoż istnieje chyba rozwiązanie. Dyplomatyczne. A może by tak pół roku w Gruzji, pół w Warszawie, którą też kocham i bez której podobnie nie wyobrażam sobie życia? Jakiś polsko-gruziński biznes, alians, małżeństwo z synem Iwaniszwilego w ostateczności :D? (dla tych, co nie w temacie: Bidzina Iwaniszwili - miliarder, najbogatszy człowiek w Gruzji, przywódca partii rządzącej - Gruzińskie Marzenie). Lubicie rafting, przygodę? Będziecie moimi pierwszymi klientami, którym zorganizuje emocjonujący rafting życia na rzece Rioni w dziewiczych terenach Raczy z widokiem na majestatyczny, ośnieżony korpus Kaukazu? Kusi mnie ogromnie, żeby pójść w tym kierunku..Kto wie...Ostatnio ciągle też chodzi mi po głowie ta piosenka, taka maleńka kwintensencja całej dobroci Gruzji (tytuł: Samszoblo = gruz. ojczyzna): http: www.youtube.com/watch?v=4dLCD8g75vM. Tyleż energii ile może pomieścić serce Gruzji!

Symptomy niebezpieczeństwa zaobserwowane: zakochuję się w Gruzji. Sama nie potrafię tego logicznie wytłumaczyć, ale im mniej logiczna miłość tym bliższa, zdaje się, tej prawdziwej i autentycznej, zgadza się? ;)



Weekend zeszłotygodniowy zaczął sie w piątek, piąteczek, piątunio, czyli - jak zawsze, Polska czy Gruzja, wszędzie jest to dzień chwały, internacjonalny fenomen ;) Ciepło, krystaliczne niebo, w słońcu pewnie z 24 stopnie. Pojechaliśmy w "sprawach biznesowych" do sąsiedniej wsi o dźwięcznej nazwie Orpiri, gdzie znajduje się dom zakupiony przez nasze TDDF, przeznaczony głównie na organizację wydarzeń typu różnego rodzaju prelekcje, sympozja, szkolenia tematyczne, obozy młodzieżowe. Tym razem naszym celem było odświeżenie, posprzątanie i przygotowanie domku i sali projektowej pod zbliżający się kamp dla młodych liderek Tkibuli, który miały poprowadzić dwie Amerykanki - Sarah i Nicole. Przed uroczo położonym na wzgórzu domku, wpisującym się w moje wyobrażenie naturalnej, nie uładnianej sztucznie agroturystki, przywitała nas krowa uwiązana w ogrodzie. Bardzo ładna krowa zresztą. Na marginesie - najwyższym stopniem wtajemniczenia i znajomości z moją skromną osobą jest wiedza na temat mojej miłości do krowich rzęs :D Teraz na własne życzenie nimb tajemnicy został zdjęty. Czego się nie robi dla potomności...;) Krowie rzęsy są naprawdę piękne, długie, błyszczące, wywinięte, żadna zalotka, żadna mascara takich cudów nie zdziała! Może to jakiś fetysz...;)) Chociaż lepiej nie, to nie brzmi zbyt dobrze..:D





Krowa nam perliście muczała, gdy my wciąż nie mogłyśmy znaleźć klucza. Czy to pięknorzęsista krowa jest tu gospodarzem? A jednak nie, gdyż zaraz przyszła pani sąsiadka, która wręczyła nam klucz i oczywiście, jak zwykle (jak każda Gruzinka) zaczęła mówić, opowiadać, gestykulować, wypytywać się o nas, nasz wiek, dlaczego nie mamy jeszcze mężów i śmiała się głośniej niż krowa muczała (gruziński standard). O tyle dobrze, że dziewczyny z USA są tu już dość długo, dzięki czemu zaskakująco dobrze i płynnie posługują się gruzińskim, więc pani mogła liczyć na w miarę porządną interakcję nieograniczającą się do schematycznych, suchych odpowiedzi a'la small talk w londyńskiej korpie. Oprócz sprzątania i przyjemnego plotkowania o Niemce-turystce, którą rok temu kiś narwany Gruzin był porwał i zmusił do małżeństwa (NIE WIEM, nie pytajcie!), trochę pochilloutowałyśmy na ganku. Dostałyśmy też przepyszne i superzdrowe, antyoksydacyjne (neutralizują wolne rodniki, dbają o skórę i włosy, bardzo popularne w Gruzji) kaki (inna nazwa - persymona) od pani sąsiadki z jej wypaśnego ogrodu: www.botanical-online.com/english/kakifruit.htm. Na drogę! W drogę! 
                                                 




Czekając na powrotną marszrutkę do Tkibuli, do naszej Sarah, która uwielbia koty tak bardzo jak nie znosi mężczyzn (ki!) przyplątał się młody koteczek, którego nazwała Wolfgang. Potem bez mrugnięcia okiem bezlitosna Amerykanka złamała Wolfgangowi serce biegnąc do marszrutki. Ostatecznie, ze względu na brak miejsc (stojących, marszrutki są zazwyczaj tak wypełnione, że strefa intymna nie ma prawa istnieć i musisz słuchać charczenia dziadków nad swoim uchem albo znosić ocieranie się o ciebie czyjegoś tyłka), musiałyśmy się rozdzielić na dwa teamy marszrutkowe.

Siedziałyśmy z Olą w słońcu na ławeczce, otoczone bezpańskimi, cholernie chudymi psami (Gruzini mają ode mnie porządnego kopa w d... za to jak traktują zwierzęta!), czas płynął wolno, gdzieś w oddali, na drugim końcu ulicy majaczyły lokalne birże, zajęte samoalkoholizowaniem, kolejnej marszrutki niet na horyzoncie...Jak Boga kocham, klimat wzięty wprost z książek Stasiuka, z "Dukli" albo z "Jadąc do Babadag"... To, co zawsze będzie mnie śmieszyć - dla miejscowych jesteśmy jak "egzotyczne okazy sztuki nowoczesnej". Stopklatka: opalamy się na ławeczce, czekamy..Z góry zjeżdżają samochody. Każdy, dosłownie każdy, nie tyle zatrzymuje się (chociaż to też czasami - proponują podwózkę), co po prostu zwalnia przejeżdżając koło nas, a pasażerowie wraz z kierowcą wykręcają szyje w naszą stronę, niemal sięgając po telefony z aparatem, chcąc uwiecznić te "ciekawostki". Safari wersja gruzińska. Czujemy się piękne niczym lwice na sawannie ;) "Duma" nas rozpiera. Jeszcze może gdybyśmy były blondynkami, w słowiańskim typie urodowym, ale żeby brunetka i szatynka wzbudzały takie zainteresowanie?



W sobotę rano odbierałyśmy spod McDonalda (charakterystyczny punkt :D) w Kutaisi naszych gości - couchsurfingowców, Zbyszka i Bartka, Polaków którzy na co dzień mieszkają w czeskiej Pradze: https://www.couchsurfing.org/n/places/kutaisi-imereti-georgia Nasz plan obejmował wycieczkę do udostępnionej dla zwiedzających dopiero 2 lata temu jaskini Prometeusza nieopodal rezerwatu Sataplia, potem powłóczenie się wokół wpisanej na listę UNESCO katedry Bagrati, górującej nad Kutaisi, i wreszcie popołudniowy powrót do naszego Tkibuli (odległość to tylko ok. 42 km, ale ze względu na fatalny stan połowy drogi, marszrutka pokonuje trasę w 1,5 godziny - za co, na kilku banerach przeprasza turystów gruziński Departament Dróg - nie ma za co, chłopaki! :D).

Jaskinia Prometeusza (tip dla podróżników - spod McDonalda w Kutaisi należy wziąć marszrutkę do Tskaltubo) zaskoczyła nas profesjonalną obsługą, miłą przewodniczką, która mówiła bardzo dobrze w języku angielskim, świetną infrastrukturą wokół i pięknym oświetleniem całości ok. półtorakilometrowej trasy pokonywanej pieszo oraz łódką. Płynąca gładko z głośników muzyka klasyczna budowała atmosferę tajemnicy i podkreślała dostojność zaiste bajecznych, monumentalnych, krasowych form przyrody. Jednak nawet piękno muzyki nie zagłuszało i nie odwracało uwagi od bombardujących moją głowę scen z "Zejścia" (kto zna ten zna ;) Od czasu, gdy obejrzałam ten film, boję się jaskiń ;) Podziwiam je oczywiście, ale strach też mi gdzieś przy tym towarzyszy, zupełnie surrealistyczny, wiem, bo te odwiedzane to nie są zazwyczaj dzikie jaskinie jak w filmie. Mimo wszystko, jednego jestem pewna - nigdy nie będę speleologiem :D A nurkowanie w jaskiniach uważam za szczyt poświęcenia.





Zabawna sytuacja - w czasie obchodu jaskini dzieliliśmy tę przestrzeń z wycieczką szkolną z Batumi, która bardziej była zainteresowana i "podjarana" naszą obecnością niż samą jaskinią. Dziewczynki przystawały i prosiły o wspólne zdjęcie, częstując nas komentarzem "krasavice", co wprawiało w konsternację i śmiech naszych kolegów z Pragi (wreszcie ktoś spoza naszej dwójki z kim mogłyśmy rozmawiać po polsku, dlatego chyba zalałyśmy ich naszym trajkotaniem! przepraszam!). Przy okazji poznałyśmy sympatyczną nauczycielkę angielskiego z Batumi, która pracuje też jako przewodniczka po mieście. Oczywiście zaprosiła nas do siebie, obiecując darmowy trip po Batumi ;) Cheers! 







Następnie zwiedziliśmy ogromną katedrę Bagrati, ufundowaną w XI wieku przez władcę Gruzji w czasie jej rozkwitu, Bagrata III, symbol miasta. Generalnie warto pamiętać, że tak jak "chodzenie" po górach jest dla Gruzinów dziwnym hobby, zachowaniem z lekka schizofrenicznym, tak wszelkie zabytki, które mają mniej niż 1000 lat to żadne zabytki, niewarte uwagi "nowości", niemalże jak Wieża Eiffla. Albo Pałac Kultury :D Kutaisi to jedno z najstarszych miast na świecie, legendarna, wspominana w mitologii greckiej Aia, stolica starożytnej Kolchidy do której podróżował Jazon z Argonautami, szukając złotego runa. I rzeczywiście, wielkość tej budowli, otoczenie, klimat, jej historia i trwanie pomimo najazdów (była wielokrotnie niszczona, gdyż Kutaisi jako ośrodek znajdujący się na skrzyżowaniu szlaków handlowych, przechodziło z rąk do rąk) robią duże wrażenie. Jedynie brzydkie, nowoczesne dobudówki w rodzaju baszt - na zewnątrz i w środku świątyni zaserwowane przez Saakaszwilego, psują efekt  i szkodzą pięknu miejsca. Nie mniej jednak warto, będąc w Gruzji, zobaczyć ten prawdziwy w pojęciu gruzińskim, bo starożytny, zabytek. 





Gdy wróciliśmy późnym popołudniem do Tkibuli, wzięłyśmy chłopaków do naszej ulubionej knajpy, gdzie podają najlepsze chinkali i zrobiłyśmy prezentację jedynego słusznego sposobu jedzenia chinkali (sposób ów nazywa się "tak żeby nie wypłynął wywar mięsny ze środka"). Chinkali to coś jak nasze pierogi, tyle że większe, w kształcie sakiewki z mocno przyprawionym mięsem w środku i z kindzi (natka kolendry, Gruzini dodają ją do WSZYSTKIEGO) i bulionem, łapie się za ogonek, odgryza maleńki kawałek ciasta, wysysa to, co płynne i zjada resztę. Pycha! Reszta wieczoru upłynęła nam, tak jak widać na obrazkach - na rozmowach o Pradze, o Gruzji, trochę o polityce, sympatycznej rozgrywce scrabble i piciu wina. Koledzy zwiedzili też nasz dach, gdzie w ciepłe noce zamierzamy spać pod najbardziej i najpiękniej rozgwieżdżonym niebem jakie kiedykolwiek widziałam w życiu ;) Droga mleczna jak narysowana! 











Życzymy powodzenia Zbyszkowi i Bartkowi w ich dalszej podróży przez ten zwariowany kraj! Już zdążyli się przekonać jak wielce otwarci i bratersko nastawieni do Polaków są tutejsi ludzie, więc zapewne będzie kolorowo. Korzystając z okazji - zapraszamy WSZYSTKICH couchsurfingowców, zwłaszcza jeśli mogą opowiedzieć coś o swoim miejscu zamieszkania, zwyczajach, tradycjach, lokalnych atrakcjach etc. w naszym Youth Clubie (po angielsku)! Młodzież my tu mamy wspaniałą i zachłanną na "świat". EVERY COUCHSURFER IS HIGHLY WELCOMED HERE! BARTER STUFF - YOU WILL GET THE SLEEPING PLACE IN OUR FLAT JUST FOR DROPPING IN DURING OUR MEETING WITH THE LOCAL YOUTH CLUB AND TELLING SOME STORIES ABOUT YOUR COUNTRY, agree? ;)







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz