Zaprawdę powiadam wam, miło jest przyjść pierwszego dnia do pracy w obcym (pięknym) kraju i na dzień dobry dowiedzieć się, że najbliższy weekend to tzw. długi weekend i w poniedziałek nie przychodzimy do biura. Szen gagimardżos, yeah! 14 października obchodzi się tu święto Mcchety (dawna, antyczna stolica Gruzji, położona nieopodal Tbilisi). W związku z tym od początku tygodnia zastanawiałyśmy się z Olą, gdzie by tu pojechać, na co popaczeć, co pozwiedzać w nietkniętym jeszcze niemal przez nasze podróżnicze wygłodzenie ugolku mira. W zasadzie automatyczną odpowiedzią na pytanie "gdzie?" zgodną z zasadą odruchu bezwarunkowego Maslova było...Svanetia!! (region Kaukazu Wysokiego) z majestatycznymi wioskami jak Mestia czy Ushguli (pod nazwisko Maslova podciągnąć by i przy okazji teorię piramidy potrzeb człowieka, która w Gruzji trochę się przeszufladkowuje - nie mając w pełni zaspokojonych niektórych potrzeb - można rzec - dość prostych, podstawowych i "prymitywnych" z samego dołu owego usypiska, robimy duży skok i uderzamy w stronę tych bardziej wyrafinowanych i wyższych - w potrzebę kontaktu z mistyką wszechświata poprzez obcowanie z monumentalną przyrodą Kaukazu na ten przykład, na bogato, a co! ;)) Kartkowanie przewodników, jazda ślizgiem palca po mapach, przeklikiwanie się przez fora internetowe i blogi tematyczne, zasięganie języka u lokalsów.
Niestety, mimo że z mapy wynikałoby, że dojazd do Svanetii jest szybki i bezproblemowy, bo to wypisz wymaluj niemal za płotem naszego Tkibuli, okazało się, że takiej drogi po prostu nie ma i do raju kaukaskiego można się dostać marszrutką jedynie (prawie jedynie) robiąc wielkie koło poprzez Zugdidi (sąsiedni region Megrelia), co zajęłoby nam z 5-6 godzin. Dużo, nie miałyśmy aż tyle czasu, a to, co jest absolutnie pewne - Svanetii NIE należy zwiedzać "po łebkach", tam trzeba się na chwilę zatrzymać, zakosztować wspomnianej mistyki. Po krótkiej dyskusji, przełożyłyśmy zatem plan przeszwendania się przez Svanetię na później, zapewne dopiero na wiosnę, bo niedługo przyjdzie zima i będzie trudno w kwestii podróżniczej cokolwiek w górach Kaukazu zdziałać. Decyzja padła ostatecznie na najbliższe nam okolice - region Racha (czyt. Racza) położony w dorzeczu rzeki Rioni i niespieszne (to słowo-klucz w Gruzji :D) włóczenie się po górach nieco mniejszego kalibru, ale wciąż zachwycających (plus minus 3000 metrów n.p.m., więc jeszcze nie tak źle ;)) w okolicach miasteczek - Ambrolauri, Oni, uzdrowiskowej Utsery i Szovi. Plan był taki, że zostajemy na jedną/dwie noce w jakimś guesthousie, gdziekolwiek, i poruszamy się marszrutkami. Trochę hippie, trochę dziko, ale wszystko pod kontrolą. Żadnego szalonego autostopowania. Taki był plan....
Niestety, mimo że z mapy wynikałoby, że dojazd do Svanetii jest szybki i bezproblemowy, bo to wypisz wymaluj niemal za płotem naszego Tkibuli, okazało się, że takiej drogi po prostu nie ma i do raju kaukaskiego można się dostać marszrutką jedynie (prawie jedynie) robiąc wielkie koło poprzez Zugdidi (sąsiedni region Megrelia), co zajęłoby nam z 5-6 godzin. Dużo, nie miałyśmy aż tyle czasu, a to, co jest absolutnie pewne - Svanetii NIE należy zwiedzać "po łebkach", tam trzeba się na chwilę zatrzymać, zakosztować wspomnianej mistyki. Po krótkiej dyskusji, przełożyłyśmy zatem plan przeszwendania się przez Svanetię na później, zapewne dopiero na wiosnę, bo niedługo przyjdzie zima i będzie trudno w kwestii podróżniczej cokolwiek w górach Kaukazu zdziałać. Decyzja padła ostatecznie na najbliższe nam okolice - region Racha (czyt. Racza) położony w dorzeczu rzeki Rioni i niespieszne (to słowo-klucz w Gruzji :D) włóczenie się po górach nieco mniejszego kalibru, ale wciąż zachwycających (plus minus 3000 metrów n.p.m., więc jeszcze nie tak źle ;)) w okolicach miasteczek - Ambrolauri, Oni, uzdrowiskowej Utsery i Szovi. Plan był taki, że zostajemy na jedną/dwie noce w jakimś guesthousie, gdziekolwiek, i poruszamy się marszrutkami. Trochę hippie, trochę dziko, ale wszystko pod kontrolą. Żadnego szalonego autostopowania. Taki był plan....
Sobota, wcześnie rano. Pakowanie plecaka, nieudolne zwijanie śpiworu. Wyruszamy na parking marszrutkowy, gdzie ponoć ma na nas czekać marszrutka do Ambrolauri. Gdy docieramy na miejsce zostajemy poczęstowane kwaśną informacją, że owszem marszrutka jeździ, ale w niedziele, w soboty jej nie uraczysz. Ktoś nas źle poinformował, może to był stary, dobry Google a może ktoś bardziej spersonalizowany, teraz to nieważne. Trzeba działać. Trzeba być twardym jak Martyna Wojciechowska i Wojciech Cejrowski w jednym :D Byle do przodu! Idziemy na przystanek usytuowany bardziej w centrum gorodka na trasie przejazdowej marszrutek z Kutaisi (najbliższe nam duże miasto, drugie co do wielkości po Tbilisi) - może akurat zdarzy się tak, że panowie mdzgholi (gruz. kierowcy) będą mieli jakieś wakaty w miejscówkach. Czekamy. Po chwili podchodzi do nas sympatyczny staruszek i proponuje wspólną jazdę z nim i jego żoną taksówką do Ambrolauri, wskazując na pobliski postój. Jednak nawet podzielenie kosztów nas nie urządza. Niet, sbasibo, poczekamy na marszrutkę, niestety mamy ograniczone środki, a poza tym wybieramy tanie podróżowanie. Nie chcę nawet wspominać jak długo czekamy i ile marszrutek przejeżdża z pełnostanem bez możliwości upchnięcia weń dwóch w miarę szczupłych Polek z nieszczupłymi plecakami. Nie ma tego złego (jak to zwykle bywa).
W trakcie naszego kwitnięcia na przystanku poznajemy się ze starszym panem i jego przemiłą małżonką, nauczycielką, która co prawda mówi mało po rosyjsku, raczej zwraca się do nas prjamo po gruzińsku, ale i tak się jakoś dogadujemy, ba, prowadzimy inteligenckie polsko-gruzińskie "dysputy" o literaturze, bowiem z jej ust pada nawet nazwisko Mickiewicza (z naszej strony jedynie "skromne" Szota Rustaveli, ale to nic wielkiego, bo jest on powszechnie znany również z dala od Gruzji i co druga ulica nosi tu jego nazwisko: http://pl.wikipedia.org/wiki/Szota_Rustaweli). Wkrótce przyłączają się do nas inni mieszkańcy czekający razem z nami (na Godota??) na przystanku i jak dzieci w pierwszej klasie zaczynamy pod kierunkiem naszej pani nauczycielki uczyć się języka gruzińskiego, sylabizując i odmieniając głośno zdanie "Jesteśmy gośćmi miasta" :D. I tak rzeczywiście jest! Gościna na całego, bez granic! Ludzie częstują nas winogronami, w sklepie kiedy chcę kupić szotis puri (tradycyjny chleb gruziński w kształcie łódki) pan sprzedawca daje mi cały wieeeelki bochenek i kategorycznie odmawia przyjęcia zapłaty. Tak, Gruzini są niesamowicie otwarci i gościnni. Bardzo dobrze reagują też na fakt, że jesteśmy z Polski. Dodatkowy punkt do życzliwości. Po chwili dziadziuś na przystanku zwraca się do mnie z pytaniem zza figlarnego uśmiechu "Wie heisst du?". Staję jak wryta, dopiero po kilku sekundach dochodzi do mnie, że właśnie jeszcze niemiecki nam wpadł, tak jak gdyby za mało było tych języków wszelakich w codziennym obcowaniu z różnymi ludźmi. Biblijna piramida języków jako żywo :D. Pan opowiada o swojej pracy w Niemczech po wojnie, o swoim przystojnym wnuku co to pracuje w banku w Tbilisi, wszyscy przypadkowi interlokutorzy zgadzają się co do tego, że Stalin i Hitler to dwa złe bratanki, ujma na honorze narodów (w Gruzji nie jest to popularna opinia, gdyż raczej dobrze, niestety, o zgrozo, mówi się tu o Stalinie). Pani nauczycielka częstuje nas jabłkami. Dbają o nas, że aż miło!
W trakcie naszego kwitnięcia na przystanku poznajemy się ze starszym panem i jego przemiłą małżonką, nauczycielką, która co prawda mówi mało po rosyjsku, raczej zwraca się do nas prjamo po gruzińsku, ale i tak się jakoś dogadujemy, ba, prowadzimy inteligenckie polsko-gruzińskie "dysputy" o literaturze, bowiem z jej ust pada nawet nazwisko Mickiewicza (z naszej strony jedynie "skromne" Szota Rustaveli, ale to nic wielkiego, bo jest on powszechnie znany również z dala od Gruzji i co druga ulica nosi tu jego nazwisko: http://pl.wikipedia.org/wiki/Szota_Rustaweli). Wkrótce przyłączają się do nas inni mieszkańcy czekający razem z nami (na Godota??) na przystanku i jak dzieci w pierwszej klasie zaczynamy pod kierunkiem naszej pani nauczycielki uczyć się języka gruzińskiego, sylabizując i odmieniając głośno zdanie "Jesteśmy gośćmi miasta" :D. I tak rzeczywiście jest! Gościna na całego, bez granic! Ludzie częstują nas winogronami, w sklepie kiedy chcę kupić szotis puri (tradycyjny chleb gruziński w kształcie łódki) pan sprzedawca daje mi cały wieeeelki bochenek i kategorycznie odmawia przyjęcia zapłaty. Tak, Gruzini są niesamowicie otwarci i gościnni. Bardzo dobrze reagują też na fakt, że jesteśmy z Polski. Dodatkowy punkt do życzliwości. Po chwili dziadziuś na przystanku zwraca się do mnie z pytaniem zza figlarnego uśmiechu "Wie heisst du?". Staję jak wryta, dopiero po kilku sekundach dochodzi do mnie, że właśnie jeszcze niemiecki nam wpadł, tak jak gdyby za mało było tych języków wszelakich w codziennym obcowaniu z różnymi ludźmi. Biblijna piramida języków jako żywo :D. Pan opowiada o swojej pracy w Niemczech po wojnie, o swoim przystojnym wnuku co to pracuje w banku w Tbilisi, wszyscy przypadkowi interlokutorzy zgadzają się co do tego, że Stalin i Hitler to dwa złe bratanki, ujma na honorze narodów (w Gruzji nie jest to popularna opinia, gdyż raczej dobrze, niestety, o zgrozo, mówi się tu o Stalinie). Pani nauczycielka częstuje nas jabłkami. Dbają o nas, że aż miło!
Marszrutka się zatrzymuje, są tylko dwa wolne miejsca, starsza para z Kutaisi wsiada, machamy na pożegnanie, cóż - mówimy sobie, "dość czekania, łapiemy stopa!". Raz kozie śmierć!
Udajemy się w bardziej widoczne miejsce, przesuwamy się jeszcze bardziej w stronę "centrum". Podchodzi do nas mały chłopiec, około 11-12 letni, który 2 lata temu przyjechał tu z Irkucka. Coś tam klecimy po rosyjsku, zazwyczaj dość nieudolnie, ku podtrzymaniu zabawnej interakcji kulturowo-pokoleniowej. Chłopiec pokazuje nam kolorową książkę w rodzaju encyklopedii małego człowieka z naciskiem położonym na aspekty geograficzne i mapy i prosi nas, żeby mu pokazać, a w zasadzie sam pokazuje miejsce na mapie, skąd pochodzimy i skąd on sam przyjechał. Odłączam się na chwilę od zaaferowanych rozmową Oli i chłopczyka, bo jeśli cały czas ktoś nas będzie zaczepiał (standard!), nigdy nie dojedziemy tam, gdzie planowałyśmy. Nie mija 5 minut, jak zatrzymuje się samochód. W środku trzech, jak się dowiadujemy studentów turystyki z Kutaisi. Mili, uśmiechnięci, muzyka (rosyjska na zmianę z wszechświatowym disco) napieprza na cały regulator, takie zwykłe, "swoje" chłopaki, w sumie o mało gruzińskiej urodzie (nie dziwne - jeden z nich jest Rosjaninem z urodzenia, ale po rosyjsku prawie nie mówi). To, co potem będzie się cały czas powtarzać w naszym autostopowym rollercoasterze rozciągniętym na dwa dni, to wypowiadane jak z pistoletu "Czamovedit poloneti" (gruz. wiadomo-co). Zresztą scenariusz rozmów bardzo podobny w każdym z przypadków. Wszyscy są ciekawi skąd jesteśmy i co tu robimy. Nawet najbardziej nieprzyjemna droga powrotna na odcinku Ambrolauri - Tkibuli zaskoczyła nas tym, że niemal-miejscowi-żule-i-ćpuny (później wytłumaczę się dlaczego w ogóle wsiadłyśmy do tak niepewnego samochodu), bardzo chętnie i entuzjastycznie pokazywali nam i opowiadali o lokalnych atrakcjach na trasie przejazdu (w przerwach komplementowania naszej urody).
Wracając do studentów - to nasz pierwszy kontakt z autostopowaniem w Gruzji. Miło nam się gawędzi, chłopcy zatrzymują się specjalnie dla nas na "tarasach" widokowych (wspaniała panorama z okalającego Tkibuli grzbietu Nakerala i widokiem na pobliski Tskhradhvari – czyli szczyt 9 Krzyży oraz Kaukaz Wysoki), żebyśmy mogły obfotografować teren, a nawet zjeżdżają z drogi nad brzeg cudnie położonych jezior (malownicze jezioro Shaori), aby sesję ową kontynuować kak ugodna. Opowiadają ciekawostki związane z regionem.
Wracając do studentów - to nasz pierwszy kontakt z autostopowaniem w Gruzji. Miło nam się gawędzi, chłopcy zatrzymują się specjalnie dla nas na "tarasach" widokowych (wspaniała panorama z okalającego Tkibuli grzbietu Nakerala i widokiem na pobliski Tskhradhvari – czyli szczyt 9 Krzyży oraz Kaukaz Wysoki), żebyśmy mogły obfotografować teren, a nawet zjeżdżają z drogi nad brzeg cudnie położonych jezior (malownicze jezioro Shaori), aby sesję ową kontynuować kak ugodna. Opowiadają ciekawostki związane z regionem.
W końcu dowożą nas do Nikorcmindy, perły architektury gruzińskiej, kościółek wybudowany w XI wieku (dynastia Bagrationich) na niewielkim wzniesieniu z zapierającym dech w piersiach widokiem na Kaukaz: http://en.wikipedia.org/wiki/Nikortsminda. Tu nas zostawiają. Wymieniamy się numerami telefonów, gdyż nasi driverzy proponują nam podwózkę z powrotem do Tkibuli w razie potrzeby.
Dygresja - generalnie, nigdy w życiu nie poznawałam tylu nowych ludzi w ciągu jednego dnia tak jak ma to miejsce w Gruzji. Problem w tym, że ciężko czasem odmówić podania numeru telefonu albo "facebooka", trudno się z tego wymigać, Gruzini chcą pomagać, chcą pokazywać swój kraj, chcą być przewodnikami, chcą pić i bratać się z turystami, nalegają, są uparci. Najczęściej to są rzeczywiście dobre i proste dusze i za zaproszeniem do domu nie stoją żadne złe intencje czy niecne zamiary. Nie mniej jednak - przyznaję - nie łatwo się przełamać i zaufać. Oczywiście, trzeba też cały czas uważać i mieć gdzieś z tyłu głowy, że tak jak wszędzie, zdarzają się niechlubne wyjątki. Nas chroni to, że jesteśmy obcokrajanki, z parasolem ochronnym rozciągniętym nad nami przez Unię Europejską, stąd - nasi ewentualni (tfu tfu) złoczyńcy mieliby naprawdę ogromny problem. Poza tym - Facebook jest tu BARDZO popularny, myślę, że nawet bardziej niż w Polsce, gdzie moda trochę już chyba jednak przygasa. Tutaj - po dwóch spotkaniach, w tym jednym organizacyjnym, dziewczynki z Youth Club, dla których jestem po prostu - nauczycielką, tyle że z innego kraju, już mnie znalazły na Facebooku, zaprosiły do grona fejsbukowych znajomych i "polubiły" jakieś stare zdjęcia, tkwiące wciąż na moim profilu.
Zwiedzamy przepiękny, starożytny niemal chram w Nikorcmindzie, robimy sesję zdjęciową, a pogoda sprzyja nam wybitnie, gdyż jest bardzo słonecznie, ciepło, niebo ma kolor głębokiego błękitu - co widać na fotkach. Siadamy na ławeczce, cieszymy się "mistyką", w międzyczasie przyjeżdża wycieczka, wokół świątyni krząta się pop w tradycyjnym stroju (Autokefaliczny Gruziński Kościół Prawosławny - Gruzini są konserwatywni i religijni). Po chwili odpoczynku ruszamy ponownie szukać obwoźnego szczęścia. Długo szukać/czekać nie musimy.
Gdy schodzimy ze wzgórza, zwracają się do nas po rosyjsku elegancko ubrani panowie stojący przy eleganckim samochodzie. Znowu schemat - kto my, kto wy, gdzie jedziemy, i czy nie zechciałybyśmy dołączyć do ich wycieczki (panowie to biznesmeny - Ukraińcy i Gruzini z Rustavi k. Tbilisi), która ma na celu wzięcie udziału w tradycyjnym winobraniu (tak, to jest TEN czas). Pada nazwa Chwanczkara (rodzaj naturalnego wina czerwonego, ulubiony gatunek Stalina ;) Odrzucamy propozycję winobrania (mimo wieeeelkiej ochoty) i prosimy jedynie o podrzucenie do następnego przystanku na naszej trasie - Ambrolauri. Będzie już za późno wyjść tego dnia w góry, ale może same zorganizujemy sobie jakieś winobranie, a góry przełożymy na kolejny dzień. We will see! Jedziemy! Panowie są bardzo kulturalni, mówimy o sytuacji Tkibuli (niegdyś majętne miasteczko z większą ilością mieszkańców, którym się całkiem dobrze powodziło, po upadku ZSSR, wiele kopalni węgla upadło, co wygenerowało bardzo szybko wzrost bezrobocia), ich pracy, naszych zajęciach, ktoś pokazuje nam zdjęcia z nart z majestatycznym Kazbekiem w tle. Jest fajnie! Mijamy kolejny zabytek - Barakoni (wzór architektury gruzińskiej) oraz ruiny zamku królowej Tamary (zwanej przez miejscowych - carycą Tamarą; rządziła w czasach świetności i wieloaspektowego rozkwitu Gruzji).
Co do przychylności Gruzinów do autostopowiczów - obie z Olą wyglądamy na trochę mniej lat niż w rzeczywistości mamy, o czym ciągle słyszymy, więc to jak widać pomaga nam w zyskaniu owej przychylności i nie napotykamy żadnego problemu w szybkim, bezpłatnym i w miarę bezpiecznym poruszaniu się po kraju. Dodatkowo jesteśmy uśmiechnięte i "nie stąd". Dostajemy jedzenie i życzliwość. "Cotas qartuli" (trochę gruzińskiego) w naszym wykonaniu również dokłada swoją małą cegiełkę, rozśmieszając naszych autostopowych, tymczasowych znajomych, tworząc atmosferę ogólnego braterstwa i - jest dobrze, po prostu ;)
Pan biznesmen z Rustavi daje mi na koniec wspólnej podróży wizytówkę z prośbą, żeby się odezwać jak tylko zawitamy w okolicy, dopełniając zaproszenie stwierdzeniem, że ma córki w naszym wieku. Super. Grono gruzińskich przyjaciół rośnie w mig!
Przyjeżdżamy do Ambrolauri, gdzie na środku miejskiego skweru widnieje wielki pomnik w kształcie butelki wina ;) Oh yeeeees, jesteśmy we właściwym miejscu! Jest już trochę późno, zdecydowanie za późno na wycieczki w góry. Zresztą gdy pytamy się o jakieś polecane trasy - wszyscy jak jeden mąż odparowują "a szto tam dielać w etich gorach?!" :D No tak, Gruzinom nie chce się ruszać (co prawda mało tu - tj. w Rachy młodych ludzi, wszyscy wyjechali do Tbilisi i za granicę). Albo mówią, że w górach dzika zwierzyna i niebezpiecznie, w zamian proponując odwiedzenie zupełnie nowego kościoła ;) Lekka desperacja i rozczarowanie w naszych oczach i głowach. Ale przecież musi coś być! Są wspaniałe góry wokół, to i ścieżki, nawet prowizoryczne muszą być, nie przyjmujemy do wiadomości żadnych tłumaczeń! Poza tym nasz papierowy przewodnik wspomina o szlaku do wież Saisziwilo....
Ruszamy w stronę guesthouse'u, może tam coś będą wiedzieć, a poza tym zrobiło się nam głodno. Pytamy o drogę sympatycznie wyglądającą Gruzinkę, która zamiata właśnie liście przy swoim obejściu, a wokół jej domu "w dzikie wino zaplątani"! I wot! Nasza Kartlis Deda (Matka Kartli) i naszymi pokręconymi ścieżkami znalezione własne, prywatne winobranie z audiencją u prawdziwej, gruzińskiej mamy!! (Racha jest po Kachetii drugim najbardziej popularnym regionem słynącym z produkcji znakomitego wina): http://pl.wikipedia.org/wiki/Kartlis_Deda. Pani pokazuje nam przestronny, jasny pokój, który wygląda jak w przysiółku Złotopolskich z wyjściem na jesienny balkon, z podwieszonymi koszami pełnymi orzechów i zaprasza na dół do kuchni na poczęstunek. Ok, zostajemy, jesteśmy głodne i zmęczone. To, co otrzymujemy na obiadokolację przerasta nasze potrzeby i oczekiwania. Najpierw wjeżdża imeruli chaczapuri (z grubą warstwą pysznego sera między ciastem), następnie bakłażany z nadzieniem z pasty orzechowej w roli przystawki (gruz. badridżani nigvzit), pomidory, których smak jest nieporównywalny z naszymi sztucznościami, twardy like a hell biały ser, podsmażane ziemniaki, do tego gruziński, słodko-kwaśny sos mirabelkowy (gruz. tkhemali), gruziński chleb, którym mogłabym się zajadać cały czas i nigdy nie będę mieć dość. Dogadujemy się po rosyjsku, łamanym ciutoczką gruzińskiego, poznajemy męża uroczej gospodyni, który również nie pojmuje naszej chęci wyjścia w góry (jest właśnie zajęty robieniem wina) oraz jej 2-letnią, jasnowłosą wnuczkę Khatię, gruzińską krasawicę ;) Wkrótce na stole pojawiają się - niesamowicie pyszna naleweczka o smaku różanym, bardzo mocna, ale do "przejścia", nie tak mocna, zdaje się, jak czacza, i deser - świeże winogronka. Po obiedzie odpoczywamy na malowniczym balkonie z widokiem na góry, wsuwamy włoskie orzechy (jak by nam było mało jedzenia hehe) - tu zwane greckimi. Pod wieczór, ale przed nastaniem nocy wybieramy się na spacer po okolicy. Spokój duszy, senne świnki, krówki, krowie łajno, sekretne wejścia do winnych ogrodów. Bajka. Wyczerpane zasypiamy dość wcześnie, w Polsce jest dopiero...19.00. Sobota, środek weekendu, jakiś Lolek w Warszawie i Mazowiecka zatłoczona, roztańczona, a my na końcu świata, gdzie, aby dostać się do ubikacji i coś na kształt łazienki trzeba przejść przez podwórko pod gołym niebem. Dobrze, że noc jest ciepła ;) Jak koleżanka z Polski, Olga skazala, i od której zaczerpnęłam tytuł owego postu - "brudne dzieci to szczęśliwe dzieci" :D
Śniadanie w Gruzji to zwykle to, co zostało z kolacji (która jest najważniejszym posiłkiem w ciągu dnia). Dostajemy chaczapuri (znowuuu, ale mi osobiście - jeszcze długo się ono nie znudzi), coś a la polskie gołąbki z kaszą gryczaną, pomidory, ser, kawę, chleb z wiśniowym dżemem. Pychota. Żegnamy się z naszą Gruzińską Mamą, robimy zdjęcia, przyjmujemy zaproszenie (będziemy odwiedzać na pewno!) i wyruszamy dalej w naszą autostopową podróż.
Wybieramy miejsce, pozujemy, nikt się nie zatrzymuje przez 7 minut, niecierpliwimy się (zdążyli nas już rozpieścić, że trwa to krócej ;), powoli idziemy wzdłuż drogi, próbując wyginać wskazująco rękę, gdy nadjeżdża jakiś samochód. Jest! Udało się, znowu! Tym razem jest to Gienadij z przyjacielem, którzy zabierają nas do Oni, kolejny nasz cel, posuwamy się coraz bardziej w górę mapy, na północ, w pobliże granicy z Rosją i Południową Osetią. Schemat rozmów ten sam, co zawsze, ale jakoś nigdy nie jest nudno ;) Oczywiście wymiana telefonów (no trudno!) i stoimy pod hotelem Orion w Oni, który wygląda na opuszczony, chociaż szczyt "opuszczoności" czegoś co przynajmniej oficjalnie nazywa się "hostelem" napotkamy jeszcze dalej w uzdrowisku (??) Utsera z bardzo zdrową, ale przepaskudnie wstrętną w smaku wodą źródlaną, mniej zmineralizowaną niż słynne Borżomi. W Oni znajduje się trzecia, największa synagoga w Gruzji, co ciekawe - wybudowana przez polskiego architekta. Miasteczko to od zawsze zamieszkiwane było przez mniejszość żydowską, stąd - bardzo stara i piękna synagoga, kolejny punkt na naszej mapie zwiedzania. Oni jest znane również z tego, że w 1991 roku zostało nawiedzone przez serię trzęsień ziemi i lawin, które spowodowały znaczne i bolesne straty w infrastrukturze miasta. Gdy docieramy pod synagogę witają nas robotnicy (oczywiście - odpoczywający - a jakże! ;)), którzy właśnie odnawiają zabytkowe wnętrze synagogi. Nawiązuje się (again!) miła pogawędka, jeden z panów mówi że jesteśmy jak jego maleńkie wnuczki, lat...dwa ;)) Żegnamy się po gruzińsku pocałunkiem w policzek.
Idziemy w stronę jakichś szlaków, o których nic nikt nie wie. Ale i tak jest fajnie! Maszerując, śpiewamy piosenki z użyciem gruzińskich fraz, które już znamy (przy boku mamy też rozmówki) - jak np. "Me szen dzalian momconchar (gruz. bardzo mi się podobasz) - wdzięcznie układa się pod dowolne (skoczne) melodie, jakie przychodzą nam do głowy. Podziwiamy widoki, wiszące mosty nad rwącą, górską rzeką Rioni (w mojej głowie kwitnie myśl - to jest IDEALNA rzeka pod rafting! szkoda tylko, że praktycznie nie funkcjonuje tu infrastruktura turystyczna, lepiej jest chociażby w Svanetii, gdzie przyjeżdżają alpiniści; Raczyjczycy, mając takie bogactwa pod nosem a co za tym idzie - szansę przyciągnięcia bogatych turystów złaknionych eksploracji nietkniętych terenów i - poprawienia własnej sytuacji bytowej, nie widzą nawet sensu wytyczania szlaków w górach, co jest dość smutne...), widzimy rozwalone domostwa, w których przecież żyją ludzie. Jakoś muszą żyć..."Piękna to rzecz kontemplować ruiny miast, ale jeszcze piękniejsze jest kontemplowanie ruin ludzkich!" (Comte de Lautréamont).
Idziemy sobie, idziemy, wokół żywej duszy, chyba że "somehow" spersonalizować by przyrodę -wówczas towarzyszy wędrówki mamy wielu - góry w jesiennych barwach, rzeka, lasy. Są też nieliczni robotnicy, którzy budują (odnawiają?) drogę - asfaltówkę, która łączy wsie i kończy się w uzdrowisku Szovi wysoko w górach. Podchodzi do nas jeden z nich. Nie mówi w żadnym obcym języku, bardzo mało po rosyjsku. Daje nam po kilka orzechów, po czym pyta czy "my christianki". Na naszą twierdzącą odpowiedź dostajemy od niego dwa malutkie święte obrazki z wizerunkiem Matki Boskiej - to będzie nasz anioł stróż! Maszerujemy dalej, droga lekko wije się pod górę, plecaki ciążą coraz bardziej. Za chwilę podjeżdża do nas coś na kształt marszrutki, wewnątrz nasz nowy znajomy "od świętego obrazka" zaprasza nas do środka, pan kierowca podwiezie nas do Utsery, gdzie spróbujemy uzdrawiającej wody. Kolejny raz nam się udaje. W marszrutce za siedzenia robią drewniane ławeczki. Kurcze, nie wiem jak się czuje Martyna Wojciechowska w różnych nietypowych miejscach, ale czuje się tak jak ona, dokładnie! :DD W maleńkim uzdrowisku dwa domy na krzyż, hostel-widmo i źródło, skąd ludzie czerpią wodę, TĘ wodę. W smaku - ohyda, ale poświęcamy się, skoro ma tak wybitnie lecznicze właściwości i dobrze działa na żołądek (trochę mimo wszystko przeciążony tłustym, ale jakże dobrym gruzińskim jedzeniem). Napełniamy butelki, trochę się kręcimy po okolicy, zawracamy, tu nawet nie ma gdzie zanocować i chyba tego nie chcemy. Kolejny raz łapiemy stopa, który zabiera nas do Oni.
Trasę Oni - Ambrolauri pokonujemy już płatnie (caaaałe 2 lari na głowę czyli jakieś 4 zł). Koło samochodu rozmawiamy z młodym chłopakiem tym razem po angielsku, prowadzi z ojcem pensjonat w Oni i oprowadza turystów po górach (dlaczego dopiero teraz na niego trafiłyśmy?!!), daje nam wizytówkę, przyda się na przyszłość na pewno, bo jeszcze tu wrócimy, żeby wyrównać rachunki. Nika dostrzega moje rozmówki polsko-gruzińskie, gdzie na okładce widnieje zdjęcie autora - Giorgiego Maglakelidze (Gruzin od wielu lat mieszkający i pracujący w Polsce, w Warszawie bodajże). Okazuje się, że panowie się znają (sic! świat jest maaały!!), gdyż Giorgi pochodzi z Imeretii (czyli - w zasadzie - swojak) i zatrzymywał się parę razy u Niki. W marszrutce rozkładam mapę, a zza pleców obserwują mnie i zaglądają z ciekawością jacyś młodzi ludzie. Studenci z Tbilisi. Dwie dziewczyny i chłopak - górski przewodnik. Mówią po angielsku, jedna z dziewczyn, Eka, to nauczycielka angielskiego. Podobnie jak my mają teraz długi weekend i przyjechali pozwiedzać okolice. Po kilkunastu minutach rozmowy, śmiechu i wymiany doświadczeń, chłopak, którego w natłoku napotkanych ludzi, imienia nie pamiętam, wyciąga plastikową butelkę z wódką i domowy sok na przepitkę, "Gagimardżos" i po jednym! "Bolomde unda dailios!" (do dna!). Jest wesoło. Wymieniamy się namiarami na Facebooku, nie tylko ze względów towarzyskich zresztą. Jedna z nowych koleżanek pracuje w organizacji w Tbilisi, która może nam się przydać w kwestii zdobywania mikro-grantów dla naszej NGO.
W Ambrolauri jemy na obiad po kilka chinkali w obskurnym barze. Ucieka nam marszrutka. Znowu trzeba łapać stopa, shit, a jesteśmy tak zmęczone, że ledwo kontaktujemy. Zatrzymują się 3 mężczyźni. Whatever, wsiadamy, bo do Tkibuli, gdzie mieszkamy, jeszcze z 25-30 km. Początek - ok, jak zawsze, powtarzający się schemat "zapoznawania się". Ale po chwili spostrzegamy, że panowie są nad wyraz weseli (nigdy nie zapinaj pasów w gruzińskim samochodzie, bo dla kierowcy to ujma, tak jakbyś nie wierzył w jego umiejętności - ale wiecie co? walić to! jazda po serpentynach nad przepaściami z prędkością równą autostradowej, może przyprawić o zawał serca nawet, gdy pasy są zapięte!). Panowie są, zdaje się, lekko wstawieni (2 pasażerów) i ujarani (tu - "jedynie" młodociany, ryży kierowca). Wgapiają się w nas intensywnie, tylko jeden mówi trochę łamanym rosyjskim, reszta napiernicza do nas po gruzińsku, z którego rozumiemy tylko "lamazi gogo" (krasiwyje diewuszki) - zaczyna nam się robić nieswojo. Nie ustawają w komplementowaniu nas, jakieś peany w gruzińskim zapodają na temat moich oczu, nie rozumiemy ani słowa, ja do Oli: "Ale bez jaj, on ma 30 lat? Dałabym mu 50!", Ola: "Wiesz, pewnie prowadzi bardzo wyczerpujący tryb życia :D". Inny z kolei, kierowca, bardzo przypomina młodszą wersję Vincenta Cassela, może powinnam się czuć wyróżniona, taakie "rwanie" wśród takich local Georgian macho :D;) Niby wszystko ok, nie tykają nas, ale nie do końca czujemy się pewnie. Robi się trochę gorąco, gdy podejrzane typy zjeżdżają na bok, wyciągają wino, jeden pali jointa, częstują nas, absolutnie odmawiamy, w końcu mówimy kategorycznie (robię najbardziej ostrą i zdecydowaną miną jaką potrafię zrobić w fazie stresu sytuacyjnego): "Albo nas w tej chwili zawieziecie do Tkibuli BEZ żadnych przystanków na picie i zbaczanie z drogi, albo sobie idziemy!!!" Działa, pokornieją. (naprawdę POTRAFIĘ być groźna, jeśli chcę - niektórzy doskonale mnie taką znają). Jeszcze parę minut muszę wytrzymać żuleryjne gapienie się i obrzydliwe żarty, ale udaje się. Mówię zachowawczo, że mam męża w Polsce, smutnieją biedaki :DD Wysadzają nas we wskazanym miejscu, jak zwykle prosząc o telefony. Oooczywiście, nie ma takiej możliwości, polskiego numeru nie używamy, a gruzińską kartę dopiero nam "firma" kupi. Sorry guys. To była nauczka (na szczęście nic się nie stało, ale mogło być różnie) - już lepiej stać, gdzie się stoi, nawet jak się zbliża wieczór, niż wsiadać do niepewnych samochodów.
To był prawdziwy autostopowy rollercoaster. W gruzińskim wydaniu. Bywało ciekawie, bywało strasznie. Generalnie, gdybym miała podsumować to nowe dla mnie doświadczenie - autostopowanie w Gruzji jest raczej bezpieczne, ale oczywiście zawsze, ZAWSZE trzeba mieć się na baczności, bo masa świrów (tym bardziej - pijanych i najaranych), co widać po zamykającym wycieczkę wydarzeniu, chodzi po tym świecie. Ok, kończę na dziś, bo właśnie robotnik, który dobudowuje nam coś do kuchni (coś, co stoi na "kurzej stopce" :D) zaprasza nas do siebie na świąteczne ucztowanie (dziś jest 14.10 - święto Mcchety) z jego rodziną. Zadziwia mnie ta niczym niezmącona gościnność ;)
zdjęcia: zbiory prywatne Aleksandry Pierścińskiej i Sylwii Zajdel






















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz