Jest taka stara, wielowiekowa tradycja wielkanocna w kraju mojego czasowego "pożywania", która wydobywa wszelkie zwierzęce instynkty biorących w niej czynny udział dobrowolnych "zapaśników". Trochę coś tu zgrzyta, wiem - niby ten baranek, pokój, rodzinne spacery, odkupienie grzechów ludzkości, a z drugiej strony brutalna gra, męski pot, krew, chmura pyłu, błoto, pogubione buty, fruwające eksklamacje zakrapiane niewyszukanymi wulgaryzmami, rozdarte koszulki, spod których wyzierają owłosione klaty. Brzmi prymitywnie i niewiarygodnie, tym bardziej jak na świąteczny obyczaj? Nie w Gruzji. Tutaj mało co może zadziwić (albo to ja już się uodporniłam, wówczas - mea culpa, jestem "betonem").
Leloburti (gruz. burti - piłka, lelo zaś tłumaczone jest na ang. jako "try", pewnikiem - "próba", albo "próbuj") jest grą "folkową", w klimacie "rustykalnym i soczyście przaśnym", rozgrywaną w przestrzeni wiejskiej (zawsze w Niedzielę Wielkanocną i zawsze w maleńkiej miejscowości Szuchuti w czarnomorskim regionie Guria), przypominającą bardzo popularne w Gruzji rugby, tyle że ze zdecydowanie dłuższą historią sięgającą wieków antycznych (pierwszy raz wspomniana w literaturze dopiero w XII wieku) i w zasadzie - z brakiem jakichkolwiek sensownych zasad. Ok, może za wyjątkiem jednej. Jako że w regularnej bitwie "bez reguł" o przeboską piłkę biorą udział męscy mieszkańcy dolnej części wsi Szuchuti oraz górnej jej odnogi, celem priorytetowym i decydującym o wygranej, jest przepchnięcie piłki, w szaleńczym pędzie rozochoconych, spoconych i potarganych przedstawicieli płci brzydkiej, do rzeki po stronie rywala. Kiedyś wierzono, że wygrana jest obietnicą lepszych plonów. Dziś to już tylko satysfakcja "krwawej" jatki i możliwość "poocierania się" o swoich ziomali-sąsiadów bez groźby posądzenia o zainteresowanie mężczyznami. Nie ma podanej oficjalnie i ustalonej liczby uczestników - każdy dorosły, zdrowy mężczyzna "się nadaje" i jest to dla niego zazwyczaj sprawa honoru. Nie ma także ograniczeń czasowych. Gra się tak długo, dopóki piłka nie znajdzie się w wodach rzeki.
Przygotowania do zabawy trwają od samego rana. Chłopcy spuszczeni z małżonkowych smyczy (z których i tak sami bez problemów się spuszczają) napełniają swoje krwiobiegi różnej maści alkoholem, aby wyzwolić właściwe temperamenty i znieczulić instynkt samozachowawczy (tak, zdarzają się interwencje lekarzy). Ponoć jest zasada (jak dla mnie, a byłam, widziałam, przeżyłam - zasad tu raczej brakuje), zakazująca akcji blokowania przeciwnika, jeśli nie jest on w posiadaniu rzeczonej piłki. Przed gwizdkiem startowym piłkę chłopcy napełniają ziemią, kompostem, eko-śmieciem o łącznej wadze 16 kg, podlewają winem (w kraju wina na takie marnotrawstwo mogą sobie pozwolić, niech im będzie), a na koniec oddają ją w ręce popa, który dokonuje symbolicznego święcenia. Od tego momentu, gdy piłka jest w grze, nie liczy się nic więcej niż zwycięstwo - nawet po trupach. W związku z tym, dla okolicznych gapiów, turystów, dziennikarzy wszelkich stacji świata, fotografów, sekundantów i cheerliderek nie ma zmiłuj się - jeśli nie chcą być stratowani na równi z płotkiem, wgnieceni w trawę bądź też uduszeni pyłem - muszą trzymać się od epicentrum rzezi w rozsądnej odległości.
Najlepszym rozwiązaniem jest usadowienie swoich czterech liter na wygodnej i bezpiecznej wysokości pozwalającej (wydawałoby się) na spokojne konsumowanie popcornu w czasie gry. Niestety ta metoda zawodzi (sprawdzone) - chmura kurzu, która unosi się nad ruchomym pieprznikiem pozwala jedynie identyfikować miejsce najgorętszych walk i lokalizować piłę. Reszta pozostaje w domysłach. Po rozstrzygnięciu gry, "zawodnicy" udają się (jeśli jeszcze mogą) na lokalny cmentarz (jeden z dwóch) i kładą umęczoną piłkę na grobie stałego gracza leloburti, który ostatnio zmarł (co wiąże się z tradycją odwiedzania grobów bliskich w czasie Świąt Wielkanocnych - piszę o tym poniżej) - dość interesujący zwyczaj ;) Cóż, życie statystycznego Gruzina przepływające między kosmiczną ilością wypalonych papierosów, jeszcze większą wypitego alkoholu i pożartych placów z serem vel chaczapuri, nie może trwać zbyt długo...
Najlepszym rozwiązaniem jest usadowienie swoich czterech liter na wygodnej i bezpiecznej wysokości pozwalającej (wydawałoby się) na spokojne konsumowanie popcornu w czasie gry. Niestety ta metoda zawodzi (sprawdzone) - chmura kurzu, która unosi się nad ruchomym pieprznikiem pozwala jedynie identyfikować miejsce najgorętszych walk i lokalizować piłę. Reszta pozostaje w domysłach. Po rozstrzygnięciu gry, "zawodnicy" udają się (jeśli jeszcze mogą) na lokalny cmentarz (jeden z dwóch) i kładą umęczoną piłkę na grobie stałego gracza leloburti, który ostatnio zmarł (co wiąże się z tradycją odwiedzania grobów bliskich w czasie Świąt Wielkanocnych - piszę o tym poniżej) - dość interesujący zwyczaj ;) Cóż, życie statystycznego Gruzina przepływające między kosmiczną ilością wypalonych papierosów, jeszcze większą wypitego alkoholu i pożartych placów z serem vel chaczapuri, nie może trwać zbyt długo...
Wielkanoc, kolejne duże święta w roku, przyszło mi tym razem spędzić w Gruzji. Zgodnie ze zwyczajem autochtoni pakują swoje wypieki, paschy, chaczapsy, pomalowane zawsze na czerwono (bez żadnych dodatkowych ozdób) jajka i balony domowego wina, po czym całymi rodzinami udają się na ucztowanie na cmentarz. Tak jest, nie żartuję. W niedzielę i Poniedziałek Wielkanocny ludzie zbierają się na grobach swoich bliskich, gdzie przy suto zastawionym stole (którym jest w tym przypadku płyta nagrobna) poddają się pijaństwu za ich wieczne odpoczywanie. Wygląda to zatem tak:
Jasna sprawa, że był pomysł, aby się u kogoś zawiesić na tym, czy innym grobie by oddać się kompulsywnemu i niemal bezbożnemu pijaństwu, ale został on ostatecznie zamieniony na inny. Spontan, jak zwykle. Jako że mamy z Olą znajomych wolontariuszy polsko-pribałtyckich (z Estonii, Łotwy i Litwy), stacjonujących w mieście Ozurgeti, stolicy Gurii, nie zastanawiałyśmy się długo i zaplanowałyśmy wspólny wyjazd w świąteczny poranek na oględziny zamieszania pod nazwą "leloburti" we wsi Szuchuti. Nie żałowaliśmy. Wpakowaliśmy się do jednej marszrutki i wylądowaliśmy w południe w najgorętszym tego dnia siole w całej Gruzji, gdzie ponętne brzuchy "Giorgijów" w dzikim, testosteronowym pędzie bronią zaciekle jakiejś śmiesznej piłki. Co więcej, udział w grze postanowił wziąć (na własną odpowiedzialność, ewentualnie naszego ubezpieczyciela) kolega z Estonii, Janar, który wykazał się podziwu godną odwagą, kwitując swoją decyzję "skoro już tu jestem, to szkoda by było nie spróbować!" - "Lelo, Lelo, Janar!" (krzyczały dziewczęta). Nasz człowiek, mimo że jego zespół poniósł sromotną klęskę, wrócił do nas żywy i prawie bez szwanku. Teraz leczy się w prywatnej klinice zdrowia psychicznego. Mam nadzieję, że wyleczy traumę do lipca, bo jedziemy razem do Abchazji! ;)
Leloburti jest bez wątpienia jedną z najbardziej bezsensownych, ale i niesamowitych rzeczy, które miałam przyjemność zobaczyć w życiu na żywo. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. To jak bitwa na pomidory albo inne ciekawe sposoby spędzania wolnego czasu. Przed kulminacyjną rozgrywką, znalazł się także i czas na hodowanie pierwszego w tym roku poparzenia słonecznego (ukwiecona trawka kusiła, a dobre humory podtrzymywał zapas dość parszywego szampana). Wielkanoc bardzo udana!








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz