logo

logo
współpracuję z:

sobota, 26 kwietnia 2014

Lelo Lelo Saqartvelo

Jest taka stara, kilkuwiekowa tradycja wielkanocna w kraju mojego czasowego "pożywania", która wydobywa wszelkie zwierzęce instynkty biorących w niej czynny udział dobrowolnych "zapaśników". Trochę coś tu zgrzyta, wiem - niby ten baranek, pokój, rodzinne spacery, odkupienie grzechów ludzkości, a z drugiej strony brutalna gra, męski pot, krew, chmura pyłu, błoto, pogubione buty, fruwające eksklamacje zakrapiane niewyszukanymi wulgaryzmami, rozdarte koszulki, spod których wyzierają owłosione klaty. Brzmi prymitywnie i niewiarygodnie, tym bardziej jak na świąteczny zwyczaj? Nie w Gruzji. Tutaj mało co może zadziwić (albo to ja już się uodporniłam, wówczas - mea culpa, jestem betonem). 

Leloburti (gruz. burti - piłka, lelo zaś tłumaczone jest na ang. jako "try", pewnikiem - "próba", albo "próbuj") jest grą "folkową", w klimacie "rustykalnym i soczyście przaśnym", rozgrywaną w przestrzeni wiejskiej (zawsze w Niedzielę Wielkanocną i zawsze w maleńkiej miejscowości Szuchuti w czarnomorskim regionie Guria), przypominającą bardzo popularne w Gruzji rugby, tyle że ze zdecydowanie dłuższą historią zaczepiającą o dawne wieki antyczne (pierwszy raz wspomniana w literaturze dopiero w XII wieku) i w zasadzie - z brakiem jakichkolwiek sensownych norm. Ok, może za wyjątkiem jednej - jako że w regularnej bitwie bez reguł o przeboską piłkę biorą udział męscy mieszkańcy dolnej części wsi Szuchuti oraz górnej jej odnogi, celem priorytetowym i decydującym o wygranej, jest przepchnięcie piłki w szaleńczym pędzie rozochoconych, spoconych i potarganych (powiedziałabym, że "sexy", ale brzmi za bardzo homo jak na kraj homofobów) przedstawicieli płci brzydkiej do rzeki po stronie rywala. Kiedyś wierzono, że wygrana jest obietnicą lepszych plonów. Dziś to już tylko satysfakcja "krwawej" jatki i możliwość pocierania się o swoich sąsiadów bez groźby posądzenia o ciągoty gejowskie. Nie ma podanej liczby uczestników - każdy dorosły, zdrowy mężczyzna się nadaje i jest to dla niego zazwyczaj sprawa honoru. Nie ma także ograniczeń czasowych. Gra się tak długo, dopóki piłka nie znajdzie się w wodach rzeki.








Przygotowania do zabawy trwają od samego rana. Chłopcy spuszczeni z małżonkowych smyczy (z których i tak sami bez problemów się spuszczają) napełniają swoje krwiobiegi różnej maści alkoholem, aby wyzwolić właściwe temperamenty i znieczulić instynkt samozachowawczy (tak, zdarzają się interwencje lekarzy). Ponoć jest zasada (jak dla mnie, a byłam, widziałam, przeżyłam - zasad tu raczej brakuje), zakazująca akcji blokowania przeciwnika, jeśli nie jest on w posiadaniu rzeczonej piłki. Przed gwizdkiem startowym piłkę chłopcy napełniają ziemią, kompostem, eko-śmieciem i innym syfem o łącznej wadze 16 kg, podlewają winem (w kraju wina na takie marnotrawstwo mogą sobie pozwolić, niech im będzie), a na koniec oddają ją w ręce popa, który dokonuje święcenia. Od tego momentu, gdy piłka jest w grze, nie liczy się nic więcej niż zwycięstwo - nawet po trupach. W związku z tym, dla okolicznych gapiów, turystów, dziennikarzy wszelkich stacji świata, fotografów, sekundantów i cheerliderek nie ma zmiłuj się - jeśli nie chcą być stratowani na równi z płotkiem, wgnieceni w trawę bądź też uduszeni pyłem - muszą trzymać się od epicentrum rzezi w rozsądnej odległości.

Najlepszym rozwiązaniem jest usadowienie swoich czterech liter na wygodnej i bezpiecznej wysokości pozwalającej (wydawałoby się) na spokojne konsumowanie popcornu w czasie gry. Niestety ta metoda zawodzi (sprawdzone) - chmura kurzu, która unosi się nad ruchomym pieprznikiem pozwala jedynie identyfikować miejsce najgorętszych walk i lokalizować piłę. Reszta pozostaje w domysłach. Po rozstrzygnięciu gry, "zawodnicy" udają się (jeśli jeszcze mogą) na lokalny cmentarz (jeden z dwóch) i kładą umęczoną piłkę na grobie stałego gracza lelo, który ostatnio zmarł (co wiąże się z tradycją odwiedzania grobów bliskich w czasie świąt wielkanocnych - piszę o tym poniżej) - dość tragikomiczny zwyczaj ;) Cóż, życie statystycznego Gruzina przepływające między kosmiczną ilością wypalonych papierosów, jeszcze większą wypitego alkoholu i pożartych placów z serem vel chaczapuri, nie może trwać zbyt długo. 

Wielkanoc, kolejne duże święta w roku, przyszło mi tym razem spędzić w Gruzji. Zgodnie ze zwyczajem autochtoni pakują swoje wypieki, paschy, chaczapsy, pomalowane zawsze na czerwono (bez żadnych dodatkowych ozdób) jajka i balony domowego wina, po czym całymi rodzinami udają się na ucztowanie na cmentarz. Tak jest, nie żartuję. W niedzielę i poniedziałek wielkanocny ludzie zbierają się na grobach swoich bliskich, gdzie przy suto zastawionym stole (którym jest w tym przypadku płyta nagrobna) poddają się pijaństwu za ich wieczne odpoczywanie. Bardzo zabawny zwyczaj, muszę przyznać, wygląda to tak:




Jasna sprawa, że był pomysł, aby się u kogoś zawiesić na tym, czy innym grobie by oddać się kompulsywnemu i niemal bezbożnemu pijaństwu, ale został on ostatecznie zamieniony na inny. Spontan, jak zwykle. Jako że mamy z Olą znajomych wolontariuszy polsko-pribałtyckich (z Estonii, Łotwy i Litwy), stacjonujących w mieście Ozurgeti, stolicy Gurii, nie zastanawiałyśmy się długo i zaplanowałyśmy wspólny wyjazd w świąteczny poranek na oględziny zamieszania pod nazwą "leloburti" we wsi Szuchuti. Nie żałowaliśmy. Wpakowaliśmy się do jednej marszrutki i wylądowaliśmy w południe w najgorętszym tego dnia siole w całej Gruzji, gdzie ponętne brzuchy "Giorgijów" w dzikim, testosteronowym pędzie bronią zaciekle jakiejś śmiesznej piłki. Co więcej, udział w grze postanowił wziąć (na własną odpowiedzialność, ewentualnie naszego ubezpieczyciela) kolega z Estonii, Janar, który wykazał się podziwu godną odwagą, kwitując swoją decyzję "skoro już tu jestem, to szkoda by było nie spróbować!" - "Lelo, Lelo, Janar!" (krzyczały dziewczęta). Nasz człowiek, mimo że jego zespół poniósł sromotną klęskę wrócił do nas żywy i prawie bez szwanku. Teraz leczy się w prywatnej klinice zdrowia psychicznego. Mam nadzieję, że wyleczy traumę do lipca, bo jedziemy razem do Abchazji! ;)

Leloburti jest bez wątpienia jedną z najbardziej bezsensownych rzeczy, które miałam przyjemność zobaczyć w życiu na żywo. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. To jak bitwa na pomidory albo inne ciekawe sposoby spędzania wolnego czasu. Przed kulminacyjną rozgrywką, znalazł się także i czas na hodowanie pierwszego w tym roku poparzenia słonecznego (ukwiecona trawka kusiła, a dobre humory podtrzymywał zapas dość parszywego szampana). Wielkanoc bardzo udana!

                                                          Zdj. Justyna Mielnikiewicz: