logo

logo
współpracuję z:

środa, 27 sierpnia 2014

Krajobrazy muzyczne w Gruzji - bardzo subiektywnie

Tym razem Gruzja muzycznie. Moje propozycje. Jakkolwiek muza zapodawana przez kierowców marszrutek, w których spędziłam - uff - mnóstwo czasu jest po prostu straszna, jarmarczna, w złym guście folkowa, na jedno kopyto i w jednej, niezmiennej tonacji, a tekst zazwyczaj zbudowany w oparciu o dwa słowa: sikhvaruli (gruz. miłość) i szemodgoma (gruz. jesień), to mimo wszystko Gruzini potrafią też tworzyć całkiem niezłe kompozycje. Plus naturalnie uwielbiają się kołysać do niewyszukanego rusko disco ("Ja ne pochudela, ne pojedu na morie" :D). Dlatego też mój pierwszy ruch w marszy zaraz po otwarciu okna to włączenie swojej playlisty i podkręcenie dźwięku na maxa, ażeby zagłuszyć te wioskowe pienia starych dziadków. Inaczej ból głowy murowany. Są jednak artyści i wykonania rodem z Gruzji, które warte są bliższego poznania. Katie Melua zapewne znacie, gdyż zrobiła spektakularną, międzynarodową karierę - zdecydowanie jedna z moich ulubionych piosenkarek ever, głos na miarę anioła, co ciekawe urodzona w Kutaisi. Let me introduce you the others...

Zaczynam od skocznego tańca reprezentującego moją sąsiednią Rachę -"Rachuli" (które co prawda potem przechodzi w  dicho, ale i tak lubię ^^):



UKOCHANA Katie Melua, "I will be there":
https://www.youtube.com/watch?v=7IRIP-hSfJ0&list=PLDB9F487FF60F5548&index=4


"I cried for you", ukłon za pomysłowy teledysk:
https://www.youtube.com/watch?v=4Fr5-16ZnPM

Piękna, gruzińska kołysanka, "Czemo cicinatela" (gruz. "Mój świetliczku"), btw - cudownie jest rozumieć tekst gruzińskich piosenek^^:
https://www.youtube.com/watch?v=vjv3Ra-bmb4

Grupa Jgufi, gruziński rap (?), "sprzedana" mi przez młodzież z Youth Clubu - jedna ich piosenka chyba na zawsze ze mną pozostanie jako wspomnienie tego co w Gruzji najlepsze, towarzyszyła mi od samego początku, nieraz poprawiając humor, "Samshoblo"(samszoblo - gruz. ojczyzna):
https://www.youtube.com/watch?v=NdHLQx7RQLk


I jeszcze "Mogeferebi", kurcze no lubię tych chłopaków :D
https://www.youtube.com/watch?v=XXgrjcr3EOA

Bardzo popularna tutaj Nino Katamadze, która jest miłą, jazzującą odmianą dla tandetnego mainstreamu ulicznego, "Once in the street" (Qchashi ertxel) - wykonanie koncertowe:
https://www.youtube.com/watch?v=_svCF2VviVE


I oczywiście "Turfa" - znakomita kompozycja, za każdym razem zakochuję się od nowa, gdy tego słucham, maestria:

https://www.youtube.com/watch?v=Nfm3J-nTThc















czwartek, 21 sierpnia 2014

Dostać kamieniem od lodowca - bezcenne! Mestia & lodowiec Chalaadi

Lubię czasem podróżować sama, przefiltrować krew powietrzem nie dzielonym bezpośrednio z nikim innym (szkoda tylko, że np. w takim Zugdidi czy w Kutaisi, powietrze teraz to jak suszarka włączona na podwójne obroty i skierowana prosto na twarz - koszmar!). Tak jest. Miała być samotna wycieczka-medytacja pod lodowiec Chalaadi, a skończyło się jak zwykle - na piciu chachy w cieniu 4-tysięczników w ultramiędzynarodowym towarzystwie i na dodatek w polskim barze! Oczywiście lodowiec też był, zostawił zresztą tytułową pamiątkę. Prawie rzutem na taśmę przed całkowitym usunięciem siebie z przestrzeni gruzińskiej udało mi się w końcu pojechać do Swanetii, wysokoalpejskiej w charakterze krainy położonej na północy kraju. Najbardziej popularnymi miejscowościami są tutaj - okupowana straszliwie przez Rosjan Mestia (centrum odnowione co prawda, na kształt austriackiej wioski, ale nie robi specjalnie wrażenia, za to przyroda wokół z majestatycznym szczytem Ushby /gruz. wiedźma, nazywana kaukaskim Matterhornem/ uderza do głowy równie mocno jak chacha) oraz Ushguli, skąd rozpościera się widok na najwyższy szczyt Gruzji - Szcharę (5193 m. n.p.m.). Oczywiście, moja towarzyska natura, gdy tylko wypatrzyła równie pojedynczych podróżników oczekujących przy marszrutce w Kutaisi kierującej się do Mestii, musiała dać o sobie znać i w ten sposób najpierw spotkałam Manuela z Portugalii. Następnie pojawił się były Peace Corps Volunteer w Armenii, Amerykanin David, z którym od razu złapałam wspólny język, jako że oboje trafiliśmy na wolontariat do porównywalnych dziur. World is small. ^^





Trasa do Swanetii wiedzie przez Megrelię (Zugdidi), co niestety powoduje, że robimy wielkie koło. Z Kutaisi to jakieś 5 godzin, ale wcale nie straconych - jak już miniemy płaskie Zugdidi, rzeźba terenu zaczyna się uroczo urozmaicać, mijamy sztuszny, wydłużony w kształcie zbiornik retencyjny - woda ma tu niesamowicie piękny, lazurowy odcień. Potem jest już tylko lepiej. Trasa do Swanetii jest ZDECYDOWANIE i nieporównywalnie ładniejsza niż słynna Gruzińska Droga Wojenna do Kazbegi. Generalnie ta część Kaukazu zachwyca mnie najmocniej. 

Zalecenia dla turystów udających się do Mestii - koniecznie zabrać "suchy prowiant" ze sobą, bo chyba nie chcecie za zwykły jogurt czy chleb płacić 3 lari (ok 6 zł)? Paranoja! Godna polecenia restauracja - vis a vis centralnego mini-parku, przy Hostelu Seti (niestety nie pomnę nazwy knajpy) - bardzo dobrej jakości jedzenie, typowo gruzińskie i bez drożyzny. Co do napitków musicie zajrzeć do Cafe Bar Riho, który ma też drugą nazwę "Wschód słońca" (wysiadasz z marszy po 5h jazdy nad przepaściami i co widzisz? polski szyld! gdzie ja jestem?!). Tak, nie mylicie się, to nie przypadek, barem rządzą Polacy, a zatem do wypróbowania czeka wariacja na temat Kamikadze pt. Chachaladze, czy gruzińskie Mojito o wdzięcznej nazwie Chachito. ;)) Pozdrowienia dla całej ekipy, która znosiła nasze wieczorne, polsko-amerykańsko-niemiecko-hiszpańsko-portugalskie dionizje i głupawki niczym eksplozje naładowanego górskim powietrzem humoru ;))

Link do strony Riho na FB:

                                         
A tutaj mini-lotnisko w Mestii, gdzie kilka razy w tygodniu lądują wojskowe helikoptery z Tbilisi z turystami na pokładzie (koszt takiej przyjemności wcale nie jest wysoki, jakies 50-60 lari w jedną stronę):



                                Odrobina Polski w Mestii i polscy, złotowłosi barmani ^^:





                              Moi weseli towarzysze: Manuel z Portugalii (z lewej) i David ze Stanów

   
                                                                  Cheers!!!:

Zatem wybrałam się razem z Manuelem, i dwiema, nastoletnimi córkami naszej guest-mamy (świetnie mówiącymi po angielsku) wczesnym rankiem na górską wycieczkę solidnie opisanym szlakiem pod czoło lodowca Chalaadi, z którego wypływa rzeka Mestiachala. Urocza, łatwa do pokonania trasa, w większości po płaskim, i wówczas o tej porze jeszcze w cieniu - aż do wiszącego mostu i budki strażników, potem lasem lekko pod górę, by na końcu, po około 40 minutach ujrzeć wspaniały lodowiec, rozpościerający się pod imponującym szczytem Chatini. Przez caly czas wędrówki, w razie dobrej widoczności, mamy Ushbę po lewej stronie. Zalecenia: wysoki filtr przeciwsłoneczny niezbędny, gdyż słońce operuje tutaj bardzo, bardzo mocno! Gdy już przeszliśmy pole morenowe, skacząc po okazałych kamieniach, i natykając się co rusz na wieże zbudowane przez wizytatorów z kamyczków, mające przypominać "koszki" - wieże mieszkalno-obronne z których słynie Mestia i cała Swanetia, z szumiącą w uszach rzeką lodowcową, dotarliśmy dokładnie pod jęzor lodowca. 

Pustka, cisza, turyści jeszcze w łóżkach. I tutaj zdarzył się zonk. Razem z Mari postanowiłyśmy wejść dosłownie na minutę pod wysunięty daszek lodowca (widać to na zdjęciach), ażeby dotknąć tej niesamowitej, wiecznej zmarzliny. Okazało się jednak, że lodowce zdaje się takich czułości nie lubią, gdyż zaraz potem Mari dostała kamykiem w głowę, a ja w skroń. Reakcja Mari, gdy zobaczyła moją małą ranę była natychmiastowa: "We have to get out of here!" :D. Na szczęście, kamienie nie były duże, inaczej mogło nie być tak wesoło. Zalecenie: kamienie (nie tylko małe!) z powierzchni lodowca osuwają się, gdy jest gorąco i lód lekko topnieje, NALEŻY ZACHOWAĆ OSTROŻNOŚĆ! A już zupełnie odradzam pomysły wchodzenia głębiej w jaskinię lodową skąd wypływa rzeka lodowcowa (są pory roku, gdy rzeka jest niemal strumyczkiem , co sprawia wrażenie, że jest to na pozór łatwiejsze i bezpieczniejsze) - nieprawda! Bywały tam już wypadki śmiertelne! Nie wchodźcie też pod żadnym pozorem na powierzchnię lodowca - niektórzy to robią, chojraki, ale chyba im życie niemiłe, lodowiec żyje, porusza się, i ma w sobie masę pułapek. Lepiej nie ryzykować.

Nie mniej jednak - Swanetia jest wspaniała, punkt nie do pominięcia w czasie pobytu, nawet krótkiego, w Gruzji. Warto również wspiąć się, aby podglądnąć bliżej Ushbę, na punkt widokowy wokół jezior Koruldi, zajrzeć do lokalnego muzeum etnograficznego z interesujacą kolekcją monet oraz przejechać się do Ushguli ;)



               Psi towarzysze (ogromne! ale niegroźne zazwyczaj) chyba nie do uniknięcia na szlaku:






                                                      I już jesteśmy na miejscu:
             








                                                                 Masyw Chatini:
 

                                                 Wieże pozostawione przez turystów:



                                                              Czoło lodowca Chalaadi:       
                                 







I tutaj dostalam kamieniem od lodowca, shame on you glacier! :D:









środa, 13 sierpnia 2014

Kobiece (i pracujące!) oblicze Tkibuli

Pani ze sklepu "na dole", ratunek dla nieoczekiwanych braków w lodówce:


Pani ze sklepu obok, tu w trakcie porannej sjesty:


   Moja ukochana pani z "warzywniaka", pomidory - tak!! kolendra - nieee, ta pani o tym dobrze wie!:
                                         

Pani z kosmetycznego, dzięki której nawet w Tkibuli nie przestałam udawać, że jestem ładna ;):


I jej kumpela:


Jako że biegam po mieście gdzie "kamień na kamńu", pył, rozwalone chodniki etc, nie oszczędzając ani swoich nóg ani tego co na nich, ta przemiła pani  przywracała mym zdezelowanym butom dawny czar i blask, aby jeszcze móc w nich troche poskakać, przedstawiam panią szewcową!:



Panie (kargi gogoebi!) z piekarni, codziennie z rana ciepłe szotis puri (gruz-chleb) w kombinacji z pomidorami od pani wyżej to dobry początek dnia, z drugiej strony te miłe buzie są współwinne mojego "chaczapuri pregnancy" :D





                             
                                                 Pani obcałowująca jak babcia ;)):


                        Pani "od przypraw" tak mocnych, że palą, tylko dla twardzieli, targ Tkibuli:


                            Pani "od gruzińskiego sera", zawsze "umarilo" (gruz. niesłony):


Pani, która po prostu jest na targu, jak przyklejona, promienna i wszystkich obdarzająca uśmiechem:


Przekochane, zawsze uśmiechnięte panie z baru z najlepszymi chinkali (gruzińskie pierogi):


Majeczka, specjalistka "na russkom jazykie", ze sklepu "na dole" pod pracą, która zdecydowała, że nie powinnam jechać po Gruzji do Portugalii, tylko wracać czym prędzej do ojczyzny zakładać rodzinę :D:


Pani, która zajmowała się moimi włosami, aż do momentu, gdy w Kutaisi sp...sprawe dokumentnie, ale cóż - przeżułam to jak pszczołę :D:


Kolejna piękna Pani "od kosmetyków":


     Policmajstrzyni!! I jak tu sie nie czuć bezpiecznym pod czujnym okiem tych niebieskich oczu? ^^:



Pani od "szybkiego i niezdrowego żarcia", tkibulski McDonalds:


Najmądrzejsze siostry w miasteczku, chociaż ciut postrzelone, z gracją mówią po polsku "spadaj na drzewo prostować banany" ;):


Szefowa TDDF - Keti, niewyczerpany wulkan energii:


Moja urocza "Hot girl", a prywatnie pani psycholog:


Nasza princessa żurnalissa z lokalnej TV Okriba:


I na deser, najbliższa mi kobieta, która towarzyszyła mi przez ten rok - moja nauczycielka języka gruzińskiego i rosyjskiego - Manana, charakterna, silna psychicznie, mądra i ciepła, przeczytała "Lalkę" Bolesława Prusa, gdy się okazało, że książka w tłumaczeniu na gruziński krąży po mieście: