logo

logo
współpracuję z:

czwartek, 10 października 2013

Początki bywają trudne...

Gruzja, ta Gruzja w której spędzę cały rok (nadal ciężko mi w to uwierzyć). Nadeszła wiekopomna chwila. Polskie radio mi w uszach gra, gdy zabieram się do spisania pierwszych wrażeń, jak dobrze...wszystko rozumiem...Chyba zacznę od początku, bo to, co się wydarzyło przez pierwsze 3 dni trudno mi będzie ogarnąć w bardziej wyrafinowaną formę "dziennikarską" niż czyste (czyste w Gruzji - hehe, dobry żart) sprawozdanie. Back to school again. Z góry przepraszam za wtręty obcojęzyczne, ale posługiwanie się kilkoma językami na co dzień, w tym próby generalne gruzińskiego w warunkach naturalnych rzutują na ten ojczysty i wszystko mi się - jednym słowem - miesza (tu użyłabym wulgaryzmu, ale zlituję się już nad własnym językiem), także - mówiąc po angielsku, jak na złość głowę bombardują mi rosyjskie słówka i na odwrót. Ciężka sprawa. Ale też, nie ukrywam, doskonała szkoła przetrwania i budowania refleksu w wielojęzycznym środowisku pracy i bytowania. Wyspowiadam się z tego, to jest z bezczeszczenia (delikatnego)naszego pięknego języka polskiego po powrocie, za rok, za rok za rok... (muszę sobie to ciągle przypominać, żeby się do tej myśli przyzwyczaić). Wyprzedzę nieco fakty: ROZUMIEJĄ MÓJ "GRUZIŃSKI" (sic!). Jedynymi osobami, które mają problem ze zrozumieniem polskiej wersji języka gruzińskiego są Sarah i Drew z Peace Corps (przez miejscowych wołany "Dżu" czyli coś jak Jew, jakoś nie mogą wymówić "r", więc w zamian jest śpiewne "Hey Jew/Jude!" :D) - nasi amerykańscy współtowarzysze niedoli (free spirits), ale przecież oni się nie liczą, ważne że pierwszy lepszy Gruzin z Gruzinką łapią, że marchewka to marchewka, a ziemniak to ziemniak, prawda? ;) Jutro spotykamy się też z naszą nauczycielką gruzińskiego, Mananą. Będzie ciekawie uczyć się gruzińskiego za pośrednictwem rosyjskiego. To się WŁAŚNIE nazywa chwytać dwie sroki za ogon! 

Wylot z Warszawy punkt 22.40. Dzięki KOCHANYM: Krzysiowi, Asi i Oli z GoldenTeam miałam przyjacielską podwózkę na lotnisko (dziękuję!!) i słodycze na otarcie łez nostalgii, która zapikała w moim sercu jeszcze w Warszawie. Siostra była wtedy na planie serialu, w którym gra, więc dojechała do nas, aby się pożegnać, w ostatnim momencie (zresztą do serialu nawiążę nieco później, gdyż tak się zabawnie składa, że tytuł serialu idealnie pasuje do sytuacji, w której się teraz znajduję). Wiedziałam z góry, że muszę kupić drugi bagaż rejestrowany, bo nie ma takiej możliwości, żebym zmieściła się, siebie, mnie, me & myself i prezenty z Polski w jedynych 23 kg. Niewyobrażalne. Tomek, Ania i Ola, z którymi leciałam, namówili mnie już na lotnisku na przepakowanie, tak żeby ten drugi bagaż przeznaczony do luku bagażowego mógł być podręcznym, przecież - i tak tego nie ważą, a inny (lepszy!) cel na wydanie pieniędzy za bagaż znajdzie się szybko, oj bardzo szybko. Ok, let's do it! Niestety obsługa LOT-u była już chyba o tej porze monstrualnie zmęczona, częstując nas swym brakiem zrozumienia i nawet 1 kg nadwagi po kilku przepakowaniach okazał się dla nich nieosiągalnym szczytem życzliwości (pozdrowienia!). To, że wieziemy materiały edukacyjne i słodycze dla dzieci na gruzińską wieś, również nie robiło na nich żadnego wrażenia. Niegodziwcy bez serca. "Warszawiaki" jedne :D Ok, trzeba było zapłacić i tyle, nie ma gadania, ale i tak dużo książek jako "sprzętu" najcięższego kalibru poszło w odstawkę. Potem, gdy już się rozpakowywałam w moim nowym gruzińskim mieszkaniu, zastanawiałam się co tak naprawdę tyle ważyło, bo kosmetyków zaledwie kilka "na przeżycie", książki ze cztery, a ubrań jak na lekarstwo (na szczęście mamy całkiem nową pralkę, żeby jeszcze tylko woda była mniej humorzasta i pojawiała się regularniej, byłoby idealnie - cóż, nie można mieć wszystkiego. edit: na gruzińskiej prowincji - pół pralki i woda w beczce to już naprawdę COŚ).

A wot. Polecieli byli.


Przylecieli byli. Niedospani i zmęczeni. Nad ranem. O 4 rano, dokładnie rzecz ujmując. Dwie godziny do przodu w stosunku do czasu polskiego. Nie ma tego złego, w ten sposób mieliśmy możliwość zobaczyć Tbilisi nocą z lotu mechanicznego ptaka. Piękne miasto. Bogato oświetlone. Jedyne w swoim rodzaju. Niebawem poznam je w dziennym świetle, I hooope. W autobusie, który zabierał nas z płyty lotniska podszedł do mnie całkiem zdrowy (means: przystojny) ;) Gruzin (na oko), który rzucał spojrzenia jeszcze w Warszawie  i - wot - zaczęło się. Jak Gruzini podrywają obcokrajanki (ci, którzy mówią po angielsku). Dają swoją wizytówkę ;) Ale to potem, Najpierw było kilka słów określających i wyjaśniających "kto ty, kto ja", i co ty do cholery tu robisz ;) Tkibuli? Gdzie to w ogóle jest?! Tu mała dygresja kulturologiczna: Gruzini nie podróżują po swoim kraju. Albo bardzo mało. Jest to dla mnie zupełnie zadziwiające i szokujące, gdyż mając pod nosem taaaak przepiękne miejsca, grzechem śmiertelnym jest z tego nie korzystać (w końcu istnieje znana wszystkim gruzjofilom legenda o tworzeniu świata, według której Gruzini mieli otrzymać od Boga, w nagrodę za to, że są tak fajni, gościnni i miłujący życie ;) najlepszy pod słońcem skrawek ziemi, na którym mieli zbudować swoje państwo). Cóż, prawda jest taka, że bardzo mało znają oni swój własny kraj pod względem walorów przyrodniczych - wiedzą o nich, są z nich dumni, ale sami niespecjalnie się fatygują, żeby te cuda na własne oczy zobaczyć. Jest to zarówno kwestia mentalności, niskiej aktywności/mobilności jak i - po prostu - braku pieniędzy. Gruzini mają zazwyczaj rodzinę porozrzucaną po całej Gruzji, i nawet jeśli nie znają ich osobiście, wypada im, udając się do miejsc, w pobliżu których owa rodzina (dalsza raczej) mieszka - kupić odpowiednie prezenty i podarki. Wracając do gruzińskiego lady-killera czy innego womenizera, co to za podrywanie wymęczonej i ledwo kontaktującej Polki się zabrał. O 4 nad ranem ;) Nie pisałabym o nim, gdyby nie to, że dobrze mówi po angielsku jak na Gruzina, więc mogłam się dogadać, że facet przystojny i wykształcony (PhD z fizyki), ma samochód i mieszka w Tbilisi :D Oops, właśnie zrobiłam w tył zwrot i przeczytałam co napisałam. Teraz moje "Me dżer gatchovebas" (gruzińskie "Nie zamierzam na razie wychodzić za mąż") brzmi chyba jakoś mało przekonująco :D. Muszę uważać, bo tzw randkowanie w Gruzji równa się już niemal narzeczeństwu :D Nie mniej jednak, nie patrząc i nie biorąc serio tych tradycji, zwyczajów, whatever, wszak ja obca jestem tutaj, udało mi się zyskać całkiem sensownego przewodnika po Tbilisi - autochtona.  

Z lotniska odbierała nas - tj. mnie i Olę (będziemy pracować razem w Tkibuli) trójka sympatycznych studentów uniwersytetu w Tbilisi: Mari, Nika i Gocha. Zrobiliśmy szybką samochodową rundę po Tbilisi (nasz bardzo młody kierowca jechał bardzo po gruzińsku, tzw. "nocna szarża stosowana", najpierw wysypią się bagaże czy my - rosyjska ruletka!. Udało się rzucić okiem na słynny i ultranowoczesny Most Pokoju (nazywany przez miejscowych - wielką podpaską ;), twierdzę Narikala i Cminda Sameba (Sobór Świętej Trójcy). Reszta - do odrobienia następnym razem. Nasz tygodniowy On-arrival training w listopadzie, organizowany przez SALTO: https://www.salto-youth.net/, który zbiera na cyklu treningów wstępnych, wolontariuszy z wszystkich krajów Europy, którzy zaczynają właśnie pracę w krajach Kaukazu,  odbędzie się prawdopodobnie w Tbilisi lub w Sighnaghi (miasteczko ulokowane w Kachetii - tzw. Toskania Gruzji przez wzgląd na ilość winnic i jakość produkowanego tam wina, niezwykle urokliwe, ze starą zabudową, dlatego też jest powszechnie nazywane Wenecją Gruzji). 



Już w samochodzie podczas przejażdżki przetesowałam swój gruziński - zadziałało, rozśmieszyło. Trzeba kuć to żelazo póki gorące i nie ustawać, nie poddawać się ;) Ostatecznie wylądowaliśmy w studenckim mieszkaniu naszych nowych znajomych, mówiąc raz po angielsku, raz po rosyjsku, czasami po gruzińsku i polsku, tocząc rozmowy oscylujące tematycznie wokół spraw dotyczących młodzieży w Gruzji, narodu i jego problemów, podobieństw i różnic z Polską, polityki i zbliżających się wyborów prezydenckich (chociaż teraz wiem, że to nie jest najlepszy pomysł, polityka to niewdzięczny temat, na początek znajomości przynajmniej). Raczyliśmy się ptasim mleczkiem (poszło w miiiiig) i gruzińskim piwem (Broń Cię Panie Boże wznosić toasty w Gruzji, które są tu otoczone niemalże świętą czcią, piwem - nie jest to mile widziane, toasty wznosimy winem lub - w ostateczności mocniejszym trunkiem typu czacza (wikipedia zapodaje słodkie kłamstwo, które w zasadzie może zabić niedoinformowanego turystę, gdyż czacza może zawierać aż 70-80% spirytusu - jak to określiła Sarah:  "gdyby śmierć miała smak, nie ma żadnej wątpliwości, że smakowałaby jak czacza" :D):  http://pl.wikipedia.org/wiki/Czacza. Można zatem rzec, że pierwszą mini-suprę (nazwa na ucztę w przebogatej tradycji gruzińskiego biesiadowania) w wersji studenckiej w dość ubogim mieszkaniu gdzieś na przedmieściach Tbilisi, ale za to ze wspaniałym widokiem na okalające miasto góry - mam za sobą. CHECKED. Te prawdziwe, z niekończącym się stołem uginającym się pod stosem cudownego jedzenia, z szalonym piciem, głośnymi rozmowami, śmiechem i poczuciem jedności z całym wachlarzem przedstawicieli "gruzińskiego gatunku" jeszcze przede mną! Mam na to caaaały rok ;)

Zrobiło się jasno. Zbliżała się 9 rano, pora było jechać na stację i pakować się w marszrutkę na naszą wieś hen daleko mającą nas dostarczyć. Rzut oka na Tbilisi w dziennym świetle. Jakoś dużo super odstrzelonych, eleganckich młodych kobiet w niebotycznie wysokich szpilkach. JAK one to robią? :O Nika i Gocha upierali się, że odwiozą nas do Tkibuli samochodem, że nie musimy jechać busem, ale nam było już tak monstrualnie głupio, że przez nas zarwali noc a to przecież normalne zajęcia na uczelni się toczą (Gocha: "Nie musimy spać. Wczoraj spaliśmy" ;), że odmówiłyśmy. Ok, szczerze powiedziawszy, trochę obawiałyśmy się o swoje zdrowie i życie, powierzając swoje bezpieczeństwo niedospanym studentom, którzy na dodatek wypili parę godzin temu kilka piw...This is Georgiaaaaaaa!!! :D I tak chłopcy przyjechali za nami, ale niestety znów musiałyśmy ich odprawić spod naszego mieszkania w Tkibuli, gdyż byłyśmy prawdziwymi zombie dogorywającymi w swoich nowych łóżkach po intensywnych kilkunastu godzinach podróży.

Nie mniej jednak było miło. Potwierdziło się bardzo szybko, że Gruzini to niesamowicie gościnni i otwarci ludzie - w stosunku do "obcych", gdyż dla siebie nawzajem są już dużo bardziej wymagający i mniej pobłażliwi;) Krótka rozmowa z Anetą - poprzednią wolontariuszką, która - jak się okazało, ze względów osobistych (bardzo, można się domyślić jakich - trochę nas wcięło z wrażenia) zostaje w Tbilisi i nie wraca  na razie do Polski. Potem krótka acz szokująca wizyta w publicznej toalecie, gdzie za kibelek służą otwory w ziemi, przedzielone niskimi ściankami BEZ drzwi. Gdy tylko zobaczyłam swymi zaspanymi oczętami kucającą panią - zwiałam szybko na najdalszy "ugolek" i załatwiłam sprawę ekspresowo. Nie wiedziałam, że w Gruzji też tak bywajet...A jednak! W końcu, nareszcie wyruszyłyśmy w kierunku naszego gorodka, cel całego tego zamieszania, ale już nie podziwiałyśmy zapierających dech w piersiach widoków za oknem, po prostu szybko zasnęłyśmy wyczerpane po podróży. Jak się później okazało w marszrutce został mój ajfon - nie płakałam po nim jakoś strasznie, miałam drugi telefon, troszkę jedynie żal mi było muzyki i aparatu fotograficznego - ajfonowego, ale nazajutrz, gdy pojawiłam się w biurze, moja nowa szefowa Keti zapytała czy któraś z nas nie zgubiła telefonu, bo znalazł go kierowca. :OO TAAAK! Gruzini są uczciwi. Tak jest i to najprawdziwsza prawda. Bez ściemy. Nie ma co rozwijać tematu - powyższy obrót spraw doskonale to obrazuje. Czuję się tu bezpiecznie. Mimo wszystko.

Mieszkanie, które jest dla nas wynajmowane okazało się - jak na warunki gruzińskie bardzo w porządku. Jest pralka, kuchenka, prysznic, są łóżka, cudny widok z okna na góry (zaraz za nimi znajduje się urocza kraina - Racha, taki przedsionek Wielkiego Kaukazu: http://en.wikipedia.org/wiki/Racha. Co prawda ciepła woda, wróóóć - w ogóle woda, jakakolwiek bieżąca woda, jest wieczorem w określonych godzinach - trzeba się wyrobić ze wszystkim mniej więcej do 23, potem - sorry, jedynie, baniaki z wodą patrzą na ciebie wielkimi niebieskimi oczami :D Woda jest też rano, potem znowu - out. Zatem - cała logistyka mycia siebie i naczyń, sprzątania, gotowania i prania jest nową umiejętnością survivalową, którą nabywam. Na dłuższą metę - idzie się przyzwczaić. W ogóle to bieżąca woda jest taaaaka nudna, przereklamowana i mainstremowa, a my przecież są free spirits, hipsters, szaloni ekolodzy, na wodę chuchamy i dmuchamy, bo co zostanie dla przyszłych pokoleń?  Myślicie o tym czasem? Jeśli nie, dajcie sobie kopniaka przyjazdem do Gruzji. Poukłada się Wam w głowie tak jak być powinno. No! Wracając do tego, o co gdzieś na początku ledwo zahaczyłam. Serial, w którym siostra i moja sukienka wystąpiły, together, jedna na drugiej :D nosi tytuł "To nie jest koniec świata", można wygooglać, pomyślałam zatem w związku z tym, że może powinnam zmienić nazwę bloga na "This is not the middle of nowhere. SOMETIMES" :D Sarah z Peace Corps, która jest tu już 1,5 roku i zostaje jeszcze na kolejny rok (czyli - zna temat boleśnie dobrze) przedefiniowała, to na "This is not the TOP of nowhere. Sometimes". Może polscy producenci serialu "zachecą" sponsorować nasze projekty w Gruzji, jeśli zmienię nazwę bloga na wskazującą na ich dzieło? Taka polsko-gruzińska wymiana? Albo społeczna odpowiedzialność biznesu i pomoc krajom potrzebującym? :D 

O pracy z lokalną młodzieżą, naszej NGO i projektach do zrealizowania, samym mieście, gdzie ku mojemu zdziwieniu, można natknąć się na ...palmy (budynki są bardzo zdemolowane, chyba czasów świetności już nie pamiętają, ale za to wapienne wzgórza otaczające miasto i OCZYWIŚCIE - fantastyczni ludzie, wyrównują nienajlepsze pierwsze wrażenie), pysznym lokalnym jedzeniu, samowolce budowlanej (pan robotnik zabudowuje nam właśnie kuchnię ścianą, na zewnątrz, nie pytajcie - do wyjaśnienia) przemiłych paniach na targu, co to zapraszają nas na lobio do siebie: http://en.wikipedia.org/wiki/Lobio i innych ciekawych zjawiskach życia w Gruzji napisze za jakiś czas. Stay tuned. Gotowanie też będzie. Kiedyś ;)




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz