logo

logo
współpracuję z:

czwartek, 3 października 2013

Co z tą Gruzją?

                                 


"Nie boisz się?”, „Tylko uważaj na tych Gruzinów, przystojni są, a namiętni jacy, nie zakochaj się przypadkiem”, „Ostrożnie z bieganiem, inna kultura, wiesz, trzeba wyczaić co i jak”, „Mała, używaj kuchni gruzińskiej, ile wlezie”, "Obiecaj, że nie wybierzesz się w góry sama", „Naucz się gotować gruzińskie potrawy, pogotujemy razem jak wrócisz”, „A po co tak w ogóle tam jedziesz?”, "Zazdroszczę", "Będę tęsknić", "Podziwiam", "Zwariowałaś" to tylko niektóre, powtarzające się jak w mantrze słowa rodziny dalszej i bliższej, przyjaciół i znajomych, które pojawiły się w repertuarze reakcji na mój dość nieoczekiwany chyba dla wszystkich, w tym poniekąd i dla mnie samej, roczny wyjazd do jakże modnego ostatnio małego kaukaskiego kraju. Żeby nie było, że jestem taka mainstreamowa (a gdzież!) ;) – stanowczo podkreślam - wybór Gruzji jako miejsca realizacji mojego programu wolontariackiego, lokującego się pod nazwą EVS (http://ec.europa.eu/youth/youth-in-action-programme/european-voluntary-service_en.htm), może i wkomponował się w najświeższe hipsterskie zachowania konsumpcyjne w obszarze turystyki i letniego wojażowania prawie-backpakerskiego, świetnie prezentujące się na Facebooku, Instagramie i innych socialach, dodatkowo ułatwiane nowymi połączeniami lotniczymi w super atrakcyjnych promocjach, ale w tym konkretnie przypadku osobowym, Gruzja siedziała w mojej głowie mniej więcej od czasu studiów rosjoznawczych w Krakowie. Potem zagościła również i w sercu. Wpadłam, i tak już zostało. A zaprawdę powiadam, że o miłość tutaj nietrudno, patrząc chociażby na ilość peanów adresowanych pod kątem gruzińskiej ziemi i gościnnego narodu ziemię ową zamieszkującego, które zalewają polski internet i wysypują się znienacka a to w niechcący słyszanej rozmowie w tramwaju, a to na "fejsie", a to na branżowej PR imprezie. 

Tu mała dygresja, chociaż wierzę w odpowiedni, jedynie słuszny poziom braku ignorancji „moich” czytelników  – nie, Gruzja nie jest częścią Rosji (była, ale ZSSR a to już, jak wiadomo, przeszłość), i rosyjski, mimo, że jego znajomość stoi na o wiele lepszym poziomie niż w Polsce, nie jest jej językiem urzędowym (to w kontekście przywołanych ciut wyżej studiów). Bynajmniej. Gruzja to wolne, demokratyczne państwo, które ma szczęście w nieszczęściu zajmować newralgiczny lecz niezwykle atrakcyjny pod każdym względem, teren Zakaukazia, w zasadzie mały jego skrawek, "na styku chrześcijaństwa i islamu", będąc od zawsze otoczonym dość problematycznymi i krewkimi sąsiadami. Posiada swój własny, unikalny, bardzo stary system językowy bazujący na jednym z najbardziej antycznych i najpiękniejszych alfabetów, jakie kiedykolwiek miałam zaszczyt poznawać. 

Tyle tytułem krótkiego wstępu.

A więc Gruzja. Już za chwilę, już niebawem zaczynam - bez cienia wątpliwości - największą przygodę życia, a kraj Kartwelów (Gruzja w języku gruzińskim brzmi nader dźwięcznie - Sakartwelo) dołącza do Niemiec i Anglii, grona państw, w których miałam przyjemność, dłużej lub krócej mieszkać, wzbogacając i "pompując" tym samym swój kapitał kulturowy, stanowiący od zawsze priorytet w moim prywatnym zestawie doświadczeń stymulujących rozwój osobisty. Wszystkie te przeżycia, konieczność radzenia sobie w innych krajach, odmiennych kulturach, "przystosowywania się" (w sumie korci mnie żeby i Warszawę nazwać obcym krajem, w którym zawitałam 2,5 roku temu) zaowocowały przyrostem tkanki kosmopolityzmu okalającej mój ośrodek mowy i odczuwania. Oczywiście, jestem Polką (co prawda trochę mieszaną z naleciałościami niemieckimi - przeciekawa grupa etniczna tzw. głuchoniemców: http://pl.wikipedia.org/wiki/G%C5%82uchoniemcy, ukraińskimi i armeńskimi), nic tego nie zmieni, i choć to trudna miłość, kocham nasz polski grajdołek, naszą szalenie interesującą historię i kulturę, legendę powstańczej Warszawy. Przy okazji gorąco polecam zerknąć na tę reklamę (?), bardzo polskie :D:

http://www.youtube.com/user/ComeAndComplain. 

Także - bez obaw, nie jadę szukać męża na Kaukazie i dlatego zgodnie z poleceniem kolegi Gruzina pierwszym zdaniem gruzińskim, którego się nauczyłam było:  "Me dżer gatchovebas ar vapireb" (w wolnym tłumaczeniu: "Nie zamierzam NA RAZIE wychodzić za mąż") ;) Nie mniej jednak, ewidentna tendencja przesuwania się coraz dalej na wschód w materii "miejsc czasowego pobytu", wywołuje u mnie nieopisany efekt ekscytacji pomieszanej z odrobiną lęku i niepewności. Witaj przygodo! Witaj Tkibuli!

                                 



Kilka kroków wstecz. Najpierw była zmiana Krakowa na Warszawę (Bogu dzięki doskonała i chwalę ten dzień kiedy stanęłam na dworcu głównym ;) Po roku, kolejnym nieoczekiwanym zwrotem akcji był moment, kiedy zaczęłam biegać. Zakochałam się w tej jakże prostej czynności na amen. Wówczas też poznałam ludzi, którzy na stałe wtopili się w moje życie. Cudowna, najwspanialsza ekipa biegaczy Golden Team, z którymi to cyklicznie umawiałam się na wspólne treningi w Lesie Kabackim i po Warszawie "kontynentalnej". Organizowaliśmy wypady na zawody w różne części Polski i Europy, a nawet obozy treningowe. Był fun. Przepraszam bardzo - jest fun, jeszcze się z nich trwale nie wyoutowałam, no way, nie ma mowy, wracam za rok, grupa istnieje i ma się dobrze! 

Po 2 latach pracy w branży mobile, technology i około-PR-owej zaczęłam czuć, że czegoś mi brakuje. Że nie ma już tej dawnej energii, tego zapału i wiary. Pojawiły się piekące wątpliwości, czy to co robię ma jakikolwiek sens - poza banalnie oczywistym - finansowym. Pomyślałam sobie: "hej mała, nie o taką Sylwię walczyłaś!!". Chciałam robić coś, co będzie miało szerszy kontekst, co będzie przynosiło realny pożytek, inspirować i zmieniać czyjeś życie na lepsze, chciałam realizować autorskie projekty w duchu dialogu kultur, jakkolwiek wzniośle i pompatycznie to brzmi. Można powiedzieć, że się wypaliłam. Wiem, szybko. Ale ten kto ma do czynienia z PR-owcami na co dzień, powinien wiedzieć, co mam na myśli. Poza tym wartości stricte materialne, "wyścig szczurów", praca skoncentrowana jedynie na niekończącym się zbijaniu kasy, mimo że mieszkałam (i prawdopodobnie będę mieszkać po powrocie) w epicentrum tychże zjawisk i tendencji, w stolnićnoj Warszawie, nigdy mnie specjalnie nie podniecały. To nie dla mnie.

    

Zupełnie przypadkiem (albo i nie) znalazłam ogłoszenie na stronie Fundacji Schumanahttp://www.schuman.pl/  o aktualnym naborze na EVS do Gruzji do kilku lokalnych NGO (z ang. non-governmental organization), w tym, do małego, postindustrialnego miasteczka Tkibuli w północno-zachodnim, malowniczym regionie Imereti, słynącym z kopalni węgla i manganu, a z trochę bardziej pasjonujących rzeczy - z uprawy najlepszej gatunkowo herbaty, sprzedawanej w całej Gruzji i morwy oraz z wyrobu dzbanów ceramicznych do przechowywania wina tzw. kvevri. Już wcześniej interesowałam się takimi programami pomocowymi, widziałam siebie w roli nauczycielki angielskiego w wiejskiej szkółce gdzieś na krańcu świata. Młodsza (hehe) wersja Martyny Wojciechowskiej skrzyżowanej ze Stasią Bozowską (bohaterka "Siłaczki" Żeromskiego) ;) Teraz oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że był to nader romantyczny i w związku z tym dość przekłamany obraz tego typu pracy i działań (cóż począć, wychowałam się na pozytywistycznym wyobrażeniu nauczycielki-idealistki :D). Gruzja ze względu na moją kilkuletnią już fascynację i osobiste inklinacje wynikające z rzekomych korzeni kaukaskich, wydawała się miejscem wprost wymarzonym. Dodatkowo przy całym szacunku i miłości do Tbilisi (dużo mniejszej do przereklamowanego i zbałamuconego kasą rosyjskich turystów Batumi), wiedziałam, że jeśli już jechać do Gruzji, to tylko na prowincję, aby przeniknąć do prawdziwej tkanki życia autochtonów, nie podkolorowanego piękną, acz quasi-zachodnią stylizacją typową dla stolic postkomunistycznych krajów, aspirujących do bycia z powrotem częścią "wielkiej europejskiej rodziny" (to z kolei moje inklinacje etnograficzne). Wszystko zatem świetnie się składało.


Wysłałam swoje zgłoszenie i po miesiącu zostałam wybrana. Szybka kalkulacja w głowie i na kartce papieru. Wszystkie "za" i "przeciw". Ok, tak, pojadę, klamka zapadła, nie stracę takiej szansy. Wielka i autentyczna radość siostry, której losy jak się później okazało, bardzo sprzęgły się z moją decyzją wyjazdu, dzięki czemu mam siostrę ponownie w Polsce po ponad 10 latach w Londynie. A ja z tego kraju wyjeżdżam. Ot, taka ustawka :D Kilka dni focha rodziców i jakoś popłynęło. Szkolenia, poszukiwanie materiałów do nauki języka, wpatrywanie się w pięknie zaokrąglone, wywijane literki i próba ich ulokowania w pamięci, ekwilibrystyczne siłowanie się z gruzińską fonetyką (to mój piąty język obcy, który staram się przyswoić i zdecydowanie najtrudniejszy). Cała masa książek, artykułów prasowych, map, forów, przewodników o Gruzji - wszystko to przetoczyło się przez moje "ręce", a ja chłonęłam i nadal chłonę każdą ciekawostkę związaną z moim nowym "eldorado".

                           https://scontent-b-ams.xx.fbcdn.net/hphotos-prn1/1237017_10200367270799805_1203767587_n.jpg

Bieganie a Gruzja. Tu się zaczęło ciut pod górkę. Musiałam z bólem serca zrezygnować z udziału we wrześniowym Maratonie Warszawskim, mimo przerobionego już w połowie planu treningowego. Nie każdy potrafił zrozumieć, jak trudna, a jednocześnie jedynie słuszna decyzja była to dla mnie. Chłodna kalkulacja. Nie da się pogodzić kilka stresów na raz, a wylot kilka dni po starcie mógłby zawisnąć na włosku, gdyby coś poszło nie tak w czasie "finalnego" biegu. Maraton potraktowałam zdroworozsądkowo jako projekt długoterminowy - jest cała masa czasu przeznaczonego na ciężkie treningi, jest start obarczony sporą dawką napięcia dla ciała i psychiki, jest wreszcie konieczna "rekonwalescencja" pomaratonowa, która trwa w moim odczuciu kilka tygodni i w żadnym razie nie powinna być zaburzona tak stresogennymi wydarzeniami "pobocznymi" jak zmiana miejsca zamieszkania, kultury, pracy, wszystkiego dosłownie - autentyczny przewrót życiowy nie idzie w parze z odpoczynkiem, który "ustawowo" należy się maratończykom. Odsunięcie realizacji marzenia maratonowego w czasie to jeszcze pół biedy, przebolałam już, że nie znajdę się w leksykonie polskich maratończyków, którego publikacja przewidziana jest na jesień 2013 roku. Cóż w każdym razie wiem, że maraton nie ucieknie, że kiedyś na pewno przebiegnę (a plan jest taki, że stanie się to w Gruzji, trailowy Kazbegi Marathon u stóp Kaukazu: http://www.kazbegi-marathon.com/, ale co z tego wyjdzie - patrz akapit kolejny).

No właśnie. Bieganie rekreacyjne w Gruzji. Dookreślając - bieganie amatorskie, dziewczyńskie, solo, na gruzińskiej prowincji. Tu, nie ukrywam mocno się zastanawiałam przed podjęciem decyzji o exodusie, ale przecież nawet jeśli bieganie darzę wielką miłością, nie może ono stanowić przeszkody w realizacji innych planów. Musi się udać. Rozpuściłam zatem prędko wici wśród nie-gruzińskiej, polsko-amerykańskiej ludności Tkibuli, na czasowych kontraktach przebywających, w oszałamiającej liczbie 3 jednostki, słałam dziesiątki (ok, przesadzam, ale trochę tego było) maili do Sarah i Drew z American Peace Corps, którzy są już na miejscu od ponad roku, oraz do Anety, której zmienniczką jestem, wypytując się o warunki do uprawiania tegoż sportu. Amerykanie - jak to Amerykanie - biegają! Drew biega codziennie, i myślę/mam nadzieję, że będę się do niego doczepiać, zawsze raźniej i bezpieczniej "robić to" z mężczyzną. Sarah również biega, chociaż ostatnio, jak napisała, skupia się bardziej na ćwiczeniach wykonywanych w mieszkaniu. Dała mi też a priori jedną piorunującą radę - "bandażuj się ciuchami i jeśli nie przeszkadzają ci gapiący się przechodnie, którzy nie przywykli do tego typu widoków (w sensie - biegające dziewczę, sport, aktywny wypoczynek i bieganie nie są ulubionymi czynnościami Gruzinów, a już zwłaszcza poza Tbilisi) to dasz radę". Ok, myślę, że zrobię rekonesans zaraz po przyjeździe i jakoś to moje bieganie dogada się z Gruzją ;) Sarah biega teraz po super old-schoolowym, "zardzewiałym" stadionie, uroczo zarośniętym i otoczonym wzgórzami. Tartan? Zapomnij! Zwykły beton. Oczywiście zawsze to jakieś wyjście kręcić kółka jak koń na wyścigach, tylko na ile by się to sprawdzało w przypadku chęci wzięcia udziału w maratonie na jesieni 2014 i konieczności odrabiania zadań domowych z tzw. długich wybiegań? Cóż, we will see soon! A oto nasz stadionik:


                                



2 komentarze:

  1. na życzenie zamieszczam moje wspomnienie z Batumi ;)

    Tata koleżanki, która pochodzi z Batumi ma znajomych, którzy pracują w szkole. Szkoła ta na czas wakacji staje się hostelem (mało uczęszczanym, bo bardzo odbiegającym od tego, czego szukają majętni turyści przybywający do Batumi). W każdym razie idzie się spory kawałek od jakiejś głównej ulicy, gdzie już nie ma chodników i asfaltu, a latarnie palą się jakby rzadziej, mijając po drodze sklepiki z warzywami, w których szybko zaopatrujemy się w rzeczy na kolację (wchodzę ja z Robertem, bo dzięki temu będzie szybciej - Gruzini, których poznałam bardzo długo zastanawiają się, robiąc zakupy ;) no i oczywiście pracownicy sklepów to znajomi), dochodzimy do nienajpiękniejszego budynku (prywatnej!- co w naszym rozumieniu prywatnej szkoły jest szokiem) szkoły. nocleg za - uwaga 8 lari (możliwe że to taryfa dla znajomych) - pan zapisuje sobie do zeszytu. jest wszystko: pokój dwuosobowy w klasie z czystą pościelą, drzwi zamykane na klucz i duży taras z widokiem na rudery i zalane betonowe boisko do czegoś. na tarasie łapiemy wi-fi (z którym sytuacja ma się lepiej niż w hotelu w innym nadmorskim kurorcie, z którego właśnie przyjechaliśmy!), łazienka piętro niżej ("powiedzcie, kiedy chcecie brać prysznic, to włączę wodę"), żona pana woźnego daje nam klucz do kuchni znajdującej się w innym budynku i możemy korzystać ze wszystkiego. Robert (kolega, który studiuje w Tbilisi) upiera się, że nie jemy na mieście, tylko on dla nas raz ugotuje. ja upieram się, że mu pomogę, to pójdzie szybciej. i jemy "rodzinną" kolację przy drewnianym stole przed szkołą popijając ją polską i rosyjską wódką, przegryzając arbuzem, wznosząc toasty i prawie roniąc łzy, że po tych ponad 2 tygodniach znajomości musimy się rozstać.
    jest z nami dwóch kolegów z Norwegii, którzy następnego dnia jadą do Turcji na kilka dni; zostawiają większość bagażu w pokoju, kluczyk mają zabrać ze sobą, rozliczą się później. siedzimy sobie rozmawiając z panami opiekującymi się hostelem. koledzy rozkładają mapę i debatujemy o Abchazji, paląc papierosy (no dobra, ja się bardziej usmiecham, niż debatuję, ale staram się jak mogę po rosyjsku i panów uczę trochę polskiego).
    warto zobaczyć muzeum sztuki(?)/ziemi(?) adżarskiej (muzeum ze wszystkim) też w jakiejś bocznej uliczce, gdzie mało kto się zapuszcza. po drodze zaglądam jeszcze do synagogi (niestety tylko przez okno). oglądając kolejne ekspozycje słuchamy komentarzy i wyjaśnień Roberta i ja wybucham śmiechem, kiedy on opowiadając o jakimś naczyniu podnosi je z postumentu i wręcza mi, żebym sobie pooglądała.
    jeździmy autobusami (bilet na 40 minutową jazdę do granicy z Turcją kosztuje nas 40 tetri), w drodze powrotnej mówię, że wysiądźmy, bo pasą się tu ładne krowy, poza tym chcę zobaczyć z zewnątrz fortecę w Gonio (już jadąc do Sarp widzieliśmy, że jest zamknięta, bo jest niedziela, a w ogóle Turcja to osobna przygoda, podczas której byłam nielegalną migrantką i był mały problem z wydostaniem się z Turcji). po obfotografowaniu krów łapiemy jakąś marszrutkę do Batumi i powrót jest dłuższy, bo krowy chodzą po drodze.
    podczas tego dwudniowego pobytu nie chodziliśmy zbytnio po tym turystycznym Batumi (to załatwione zostało kilka dni wcześniej, kiedy wyskoczyliśmy tam na 1 dzień z Kobuleti), poza przejściem się promenadą wzdłuż morza, bo to zawsze miło wieczorem.
    na pożegnanie piszemy podziękowania w szkole/hostelu na whiteboardzie - po polsku i po gruzińsku (oczywiście mażę sto razy, bo nie jestem wprawiona). Robert rysuje flagi naszych krajów ozdobione serduszkami.
    zgadzam się w pełni, że Batumi straciło dużo z gruzińskiego uroku prąc mocno w kierunku bycia europejskim miastem (powodem do dumy mieszkańców są np. sieciowe hotele), ale ja miałam to szczęście, że dane było mi się zanurzyć w jego nieturystycznej, bocznej części i o dziwo to właśnie tam - otoczona przez paskudne budynki, jedząc ziemniaki i arbuza - poczułam, że mogłabym mieszkać w tym kraju :)

    OdpowiedzUsuń
  2. dziękuję! też myślę, że im bardziej "spartańskie" warunki tym bliżej zrozumienia definicji szczęścia! co do Batumi - tak jak już wspominałam - dla mnie za bardzo zachodnie/rosyjskie, za mało gruzińskie, ale rzeczywiście coś w tym jest, że zależy na jakich ludzi trafisz, zdam relację jak tam dłużej pobędę!...pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń