Właśnie
jesteśmy po pierwszej uberprofesjonalnej lekcji języka gruzińskiego. Uczyć nas
będzie gruzińska free-spirit Manana Alavidze (w samym imieniu można się zakochać!), która jest o
tyleż sroga i wymagająca (good for us!), co miła i uśmiechnięta. Rozwiodła się
z mężem (pijak i drań), gdy miała zaledwie 23 lata, za co, można by
przypuszczać znając już troszkę Gruzję i jej realia obyczajowe, że ją ze wsi na kupie gnoju wywieźli, ale
jednak nic takiego się nie stało. Twarda babka, z przytupem, charakerna.
Słuchają się jej „we wsi”. Rozpolitykowana, poliglotka, mądra i zadziorna. Nie
będę się po raz kolejny nadprodukowywała o tym jak pieruńsko skomplikowany jest to
język zwłaszcza w wymowie, bo to już jest chyba jasne. Ale nagrodą za cały włożony
w naukę trud są orgiastyczne doznania estetyczne - cokolwiek się nie napisze,
wyglądać to będzie niemal jak wyznanie miłości!
Lekcje z
Mananą (z wykształcenia filolog rosyjski) będziemy mieć trzy razy w tygodniu w
miejskim muzeum kolekcjonującym zbiory Okriby (dawna nazwa Tkibuli i
okalających je wsi), w którym pracuje. Parę kroków od naszego mieszkania. Zresztą
Manana pracuje ze świetną ekipą, o czym mogłyśmy się przekonać już w trakcie
pierwszej wizyty – po wyczerpujących zajęciach ciachnęliśmy po kieliszku czachy
razem z paroma pozostałymi osobistościami tegoż muzeum i było, jak zwykle,
wesoło ;). W Gruzji każdy oprócz imienia i nazwiska dostaje też „klićkę” –
tylko mu przypisany i niepowtarzalny na miarę swojej niepowtarzalności ;)
przydomek. Niestety tym razem nie byłam w stanie ich wszystkich zapamiętać, i
to nie przez czachę, ale dlatego, że w głowie mi huczał jeszcze gruziński
elementarz i myśl pt. „Nigdzie nie jadę. Z nikim nie piję. Nawet bieganie poczeka.
Siadam i kuję gruziński! Bo tak!”. Nasza sala operacyjna na żywym organizmie
najpiękniejszego języka świata:
Moje
korytarze wspomnień nie buduje tylko wzrok, ale też w równym, jeśli nie w
większym stopniu - słuch, węch i smak. Piosenką, która już wryła mi się w
pamięć w przegródkę pt. Gruzja 2013 będzie piosenka autorstwa niejakiej Lykke Li - "I Follow Rivers", szalenie, nie wiedzieć czemu, tutaj popularna, wszędzie ją słychać i aż sama ją pokochałam (może Lykke Li
też ma jakieś powiązania z Gruzją jak Katie Melua, kto wie?):
www.youtube.com/watch?v=vZYbEL06lEU&list=PLD73DB643793E634E
www.youtube.com/watch?v=vZYbEL06lEU&list=PLD73DB643793E634E
Odkryciem
smakowym będzie granat, którego soczyście czerwone pesteczki, łechtają moje
podniebienie (przy tym stanowiąc strawę estetyczną dla oczu) i który służy w Gruzji do
ozdabiania potraw, nie tylko słodkich deserów czy ciast. Jednak moim królem smaków Kaukazu
bez wątpienia jest lemoniada gruszkowa, bardzo gruzińska, bardzo gruszkowa, w
skrócie zwana „gruszką” ;). Istnieje też wściekle zielona lemoniada
(estragonowa), zwana „ludwikową”. Doszłyśmy tez już z Olą do momentu, kiedy
jeden dzień bez „chaczapsa” (chaczapuri, chaczo = ser, puri = chleb) powoduje,
że zaczynamy za nim tęsknić. I proceder uganiania się za chaczapsami się powtarza.
Normalka. Serowy rollercoaster. A potem same się w owe chaczapuri zamieniamy.
Dobrze, że istnieje bieganie, mniej regularne, mizerniejsze kilometrażowo niż w Polsce, ale mimo wszystko, mam nadzieję, że ustrzeże moje ciało przed totalnym rozlaniem się w ciasto a’la
chaczapuri :D. Jak wrócę do Polski proszę nie mówić, że przytyłam, KŁAMAĆ!. Jasne?!! ;)
Dziś
pierwszy raz odkąd jestem w Gruzji przebiegłam 15 km (czyli takie 10+, już nie byle co, prawie długie wybieganie hehe)! Z samego rana. Wywiało mnie aż na
drogę wylotową do Kutasi. Paczcie i zazdrośćcie, podbiegów było co nie miara ^^:
Parę
zdarzeń wypełniło mi ostatnio szczelnie czas. Do tego stopnia że nawet nie
miałam wolnej (i spokojnej!) chwili na odpisywanie na maile i np. taką ...
zwykłą pracę :D. Razem z naszym nowym kolegą Gio, którego uśmiech za każdym razem
mnie rozbraja, (kraj pięknych mężczyzn, przyznaję się - powinnam była bardziej
przemyśleć decyzję o przyjeździe tutaj, jakiś research zrobić szerszy, wiedząc jak mało odporna na męski urok jestem;) zwiedziliśmy jedną z opuszczonych kopalni węgla.
Kiedyś górnicy mieli nawet obok kopalni własny basen…Teraz kikuty, gołe okna, samotne
ściany, industrialne piękno zamknięte w marniejących cegłach. Muzeum sztuki
nowoczesnej. Odwiedziliśmy także babcię Gio, a podczas wizyty było i wino i
czytanie wierszy i dyskusja o tym, dlaczego warto pisać dziennik (to Gio: metoda autoanalizy i pamiątka dla siebie na wieczność), a było i nawet granie
na gitarze i podziwianie kwiatków doniczkowych (to coś dla mnie, reminiscencje
ogrodniczych prób na pewnym balkonie w Warszawie).
31
października Ola obchodziła urodziny. Sąsiadka z góry, jako że my wciąż nie
mamy zakupionego nowego piekarnika zaoferowała Oli pomoc przy pieczeniu jej
autorskiego, urodzinowego ciasta czekoladowego. Ciasto, jeszcze ciepłe, wjechało do biura
robiąc furorę. Co chwila ktoś wpadał, składając życzenia. Panowie z urzędu
miasta, Sarah, która przyniosła amerykańskie cukierki i Gio z dużym zapasem
wina z Rachy. Moim skromnym prezentem dla jubilatki był zestaw glinianych pucharów
i tradycyjnych, wyżłobionych rogów do picia wina podczas supry (tzw. khanci) – „Bolomde
unda dailios! (Do dna!). Musisz opróżnić zawartość rogu do końca, bo inaczej
nie odłożysz go z powrotem na stół ;) No bo jak? Taki psikus. Rogi są ozdobione płaskorzeźbą
przedstawiającą św. Jerzego, patrona Gruzji, a pucharki mają wygrawerowane
stare Tbilisi z krużgankami i ażurowymi balkonami tak charakterystycznymi dla
tego miasta. No i takim sposobem wreszcie mamy godne naczynia do wznoszenia
toastów w naszym EVS-owym kwaterunku.
Wieczorna
domówka przy plackach ziemniaczanych zakończyła się, jak każda solidna domóweczka, rano. Po południu miałyśmy kolejne już spotkanie z naszym Youth Clubem. Coraz więcej osób dołącza do grupy, co nas
niezmiernie cieszy. Przy tej okazji słów kilka o tym, czym się tutaj w zasadzie
zajmujemy. Co tydzień spotykamy się z lokalną młodzieżą, z którą poprzez
zabawę, dyskusje, wspólne projekty, inicjatywy i aktywności uczymy się wspólnie angielskiego (jeden z naszych rozszczepionych niczym osobowość borderline obowiązków, o innych - kiedy indziej).
Tydzień
temu w piątek gościliśmy couchsurfingowców z Bratysławy, Petera ze Słowacji i Andreę
z Rumunii, która rok temu sama uczestniczyła w miesięcznym programie EVS w
Jordanii. Opowiedzieli naszym dzieciom o swoich krajach, pokazali zdjęcia, filmy,
opisali swoje wrażenia z podróży po Gruzji. To, co jest bardzo zauważalne,
oprócz tego, że nasi podopieczni coraz mniej się wstydzą mówić, ba, są czasami
wręcz za bardzo „rozbrykani” (mają po 15-17 lat, to chyba „ten” wiek), to fakt,
że chłopcy górują swoją aktywnością w trakcie zajęć i odpowiadają w imieniu
dziewcząt. A tego nie chcemy! Oczywiście, może to tylko czysty przypadek, jakaś zmiana
pokoleniowa, konkretny zestaw osobowości, taka karma i taka energia grupy, ale jednak jakoś rzuca się w oczy swoista,
genderowa, usankcjonowana przez kulturę przewaga męskiej „siły” nad żeńską.
Wiemy na pewno, że tematu homoseksualizmu i w tym kontekście – praw człowieka, nie będziemy poruszać na naszych zajęciach. To jest absolutny temat tabu w Gruzji (i
chyba jeszcze długo będzie), więc mogłybyśmy mieć z tego tytułu niemałe problemy…
Zaangażowaliśmy
też naszych youngsterów w przygotowania do społecznego projektu streetartowego Before
I Die Wall. Jeśli wszystko dobrze pójdzie (a musi, bo to mój projekt-pupilek i
jak Boga kocham – nie odpuszczę!), Gruzja będzie miała swoją pierwszą tablicę
wkomponowaną w miejską przestrzeń publiczną, na której będzie mogła zwierzać
się światu (anonimowo) ze swoich marzeń i bolączek. I to właśnie tu, w Tkibuli
ona zawiśnie! A potem, zakładając że rzeczywiście będzie mobilną tablicą a nie pomalowaną ścianą, może ruszyć podbijać serca dalej do innych miast Gruzji. Jeśli tylko uda nam się znaleźć odpowiednią tablicę, albo chociaż
farbę tablicową…A jak wiadomo czas w Gruzji płynie wolno, mimo że 3h do przodu
w stosunku do Warszawy i nikomu się specjalnie nie śpieszy. Liczymy, że uda się
nam zdążyć przed zimą, albo że zima będzie tak słoneczna i ciepła jak jesień –
tablica, aby zdobyła odpowiednią interaktywność nie może przegrać z pogodą. Według
mojego planu, najlepszym rozwiązaniem będzie podwójna wersja tablicy – po gruzińsku,
tak, aby każdy, bez względu na znajomość języków obcych, mógł się „dopisać”, w
ten sposób dając nam szansę zobaczenia całego przekroju społeczeństwa na
tablicy, oraz po angielsku - zgodnie z naszym pedagogicznym posłannictwem
niesienia „krużganka oświaty” :D Więcej o projekcie zapoczątkowanym w Stanach
Zjednoczonych tutaj: http://beforeidie.cc/.
O innych
pomysłach stricte project managerowych, w tym o moim drugim dziecku, równie
mocno kochanym, to jest o kooperacji polsko - gruzińskiej w zakresie
organizowania mieszanych wypraw trekkingowo-raftingowych z wykorzystaniem
dobrodziejstw nieskażonej i dzikiej natury sąsiedniego regionu Racha (rafting
na rzece Rioni o dużym stopniu trudności w otoczeniu gór Przedkaukazia) –
napiszę niebawem. Mamy już partnera tutaj na miejscu, mamy opcję mikrograntu na
rozwój turystyki lokalnej, teraz tylko przyciągnąć polskiego operatora, sklecić sensowny
biznesplan i jedziemy z tym koksem! Za kilka dni wyruszamy podbijać Tbilisi, a
potem udajemy się na cykl treningów SALTO dla wolontariuszy EVS do Kachetii. Będzie się działo ;))))
Końcóweczka
(obiecuję!). 3 listopada były moje imieniny o których przypomniało mi kilka
smsów z rana. Byłam wówczas, wraz z Gio i Olą w drodze na szczyt Nakerali, potężnie,
skaliście górującej nad Tkibuli (1570 m.n.p.m.) na której znajdują się
pozostałości kapliczki z XI wieku, zwanej przez autochtonów „Dziewięcioma Krzyżami”(gruz.
Tskhrajhvari). Z wierzchołka rozpościerają się zapierające dech w
piersiach widoki na ośnieżony Kaukaz i jezioro Akhalsopeli (zbiornik
produkujący energię dla całej okolicy). Sama góra ma też rozbudowany system
jaskiń i jest tematem kilku legend, których jednakowoż nie pamiętam ^^ (można poczytać na naszej stronie również po angielsku: www.tkibuli.net/en/index_attractions.php?dzial=3. Dla
Gio, jako dla typowego Gruzina, poruszającego się wszędzie samochodem, była to
najdłuższa piesza wycieczka od 10 lat i po mętnym spojrzeniu z góry na panoramę naszego miasteczka i okolice rzekł pod nosem, acz słyszalnie: "absurd" ;) Mam nadzieję, że wejdzie mu to (aktywność fizyczna w zamian innej, mniej fajnej aktywności do której się był niestety mentalnie przyczepił) w krew,
szkoda chłopaka…
Do następnego! Szechvedramde!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz