Od jakiegoś czasu tkwiła mi w książce "Kuchnia polska" karteczka z przepisem na typowo gruzińskie lobio. Obok odręcznie wykaligrafowanego przepisu mamy na polski sernik wrzucony między stronami zaraz przed wyjazdem niczym kwiat do zasuszenia z wakacji. W szafce zaś czekał worek fasoli wygrzebany w przepastnej spiżarni nauczycielki języka (do której to schodzi się po drabince ;). Coś trzeba było w końcu z tym zrobić. Ugotować lobio, chociażby ;)
Lobio semantycznie zawiera w sobie element wieloznaczności i jest bazą dla najczęściej spożywanych tutaj potraw, a etymologia słowa jest bardzo prosta, gdyż oznacza ni mniej ni więcej niż fasolę. Dowolną. Lobio może przybrać postać gęstej pasty, potrawki, spożywanej na zimno i na gorąco, do smarowania pieczywa lub do włożenia w mączny placek - powstaje wówczas lobiani (typ ogólnie pojętego chaczapuri, które zamiast sera w środku ma zmiksowaną suchą pastę fasolową, zazwyczaj czerwonej barwy, zdrowsze i mniej tłuste niż zwyczajowy chaczaps). W Gruzji można spotkać bardzo wiele odmian, kształtów i kolorów tej rośliny strączkowej. Prowadząc "dywagacje" o fasoli, do głowy przychodzi mi automatycznie pamiętna scena z "Amelii", gdy bohaterka zanurza dłoń w worku fasoli - potwierdzam, bardzo miłe doznania zmysłowe, prawie jak grzebanie w chłodnej ziemi podczas sadzenia wszelakiej zieleniny ^^.
Najpopularniejszą potrawą określaną stricte jako lobio (i to będzie zazwyczaj stało za punktem "lobio" w restauracyjnym jadłospisie - w Gruzji oczywiście, nie ręczę za restauracje serwujące para-gruzińską kuchnię w Polsce lub w innych krajach, krakowska sieć "Gruzińskie chaczapuri" to niestety śmiech na sali) jest gęsta, przecierowa, parująca zupa-krem z czerwonej fasoli, podawana często z chlebem typu lawasz (jako "stara" maniaczka chleba w najróżniejszej postaci powiadam - chleb jest dobry na wszystko ;). Każde lobio będzie się nieco różnić od siebie (zresztą jak wersje tego samego dania - wszędzie), gdyż spinający smak zależy w dużej mierze od ilości i kombinacji użytych przypraw i od ręki "sypiącego" ;) - istnieje specjalna mieszkanka przypraw zwana "lobiostvis" (można kupić na dowolnym targu), przeznaczona do przyrządzania tejże zupy i według mnie - rzeczywiście robi różnicę. Lobio
z czerwonej fasoli jest bardzo sycące, idealna potrawa na zimę lub chłodne, deszczowe wieczory, powinno być mocno pikantne i aromatyczne, z
wyczuwalną nutą czosnku i orzechów, wydobywającą smak fasoli.
Moje danie, skromnie przyznam, wyszło doskonałe! Niektórzy idą na łatwiznę i miksują prawie dogotowaną fasolę lub mieszają z puszkowaną (trochę herezja..), ja natomiast dzielnie gotowałam fasolę parę godzin aż do jej całkowitego rozpadu. Namaczania nocnego jednak nijak się nie ominie w przypadku strączków (no chyba, że użyje się tylko fasoli z puszki). Po mojej kolejnej już sesji z kuchnią gruzińską w mieszkaniu długo unosił się ciepły aromat fasolowy. Niestety nie miałam soku z granatów, który się zwykle dodaje do tej przepysznej zupy i który też - ponoć - robi różnicę, ale wkładam w przepis, niech będzie po Bożemu ;)
SKŁADNIKI:
- 0,5 kg czerwonej fasoli
- szklanka soku z granatów
- 4 ząbki czosnku
- 1 duża cebula
- 1-2 ostre papryczki
- kilka listków laurowych
- 2 duże marchewki
- spory pęczek natki pietruszki (jeśli ktoś dostanie świeżą kolendrę - to można pomieszać i zrobić mix zieleniny, osobiście kolendry nie włączam, gdyż ma dla mnie zbyt dominujący smak)
- garść orzechów włoskich
- sól i pieprz, mix przypraw do lobio "lobiostvis"
- olej do smażenia
PRZYGOTOWANIE:
Fasolę zalewamy wodą na noc, dodajemy listki laurowe. Rano cedzimy i zalewamy świeżą wodą. Gdy fasola rozmięknie, zmieniamy wodę po raz kolejny i zagotowujemy. Gotujemy kilka godzin (3-4 h), mieszając, żeby nie przywierała i dolewając wody, gdy zbyt mocno gęstnieje. Fasola zacznie się rozpadać w gęsty krem koloru bordowego. W tym czasie kroimy w kostkę cebulę, czosnek i ostrą papryczkę, marchewkę w talarki. Zasmażamy wszystko na oleju. Orzechy lekko rumienimy na patelni. W ostatniej fazie gotowania dodajemy warzywa oraz przyprawy, sól i pieprz według uznania (lepsza jest ostrzejsza, chociaż papryczka już robi swoje). Wlewamy sok z granatów. Na koniec dodajemy zieleninę - pietruszkę lub kolendrę. Porządnie mieszamy. Pozostawiamy do lekkiego ostygnięcia. Ozdabiamy liśćmi pietruszki i orzechami. Podajemy z chlebem (lawasz, szotis puri) lub grzankami.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz