2 tygodnie bez
biegania :( (celowa przerwa na Tbilisi i Kachetię, wymuszona prolongata odłączenia kroplówki z endorfin spowodowana zachwianiem wiary we własne bezpieczeństwo w gąszczu małomiasteczkowych powiązań quasimafijnych i koniecznością identyfikowania stalkera na zdjęciach w policyjnych kronikach oraz zwykłą, beznadziejną grypą...)
Sobotnia lekcja
gruzińskiego z Mananą w jej domu. Klimat jak u babci, trochę książek... Widok z
okna - Plac Niepodległości cały we flagach gruzińskich. Pełne słońce, "na
polu" (proszę wybaczyć, żadne "na dworze", jestem z południa
Polski ;) zdecydowanie cieplej niż w "mrożących krew w żyłach" gorącej Polki mieszkaniach. Za ogrzewanie bloków
odpowiadają tu li tylko piecyki elektryczne, a zatem docieplanie metodą
skupiskową, punktową, domiejscową, nie ukrywajmy - duża odpowiedzialność spoczywa na
owych niepozornych urządzeniach, z którą zresztą często sobie nie radzą, wypalając dziury w
gniazdkach i powodując mój stan przedzawałowy. Strach myśleć o zimie...
Dziś (23 listopada)
przypada święto św. Jerzego, patrona Gruzji, tzw. Giorgoba. W poniedziałek ma
przyjechać do Tkibuli patriarcha Autokefalicznego Kościoła Gruzińskiego - Ilja,
więc miasteczko jakby z lekka w oczekiwaniu. Z tej okazji odbędzie się w
teatrze koncert. Manana po skończonych zajęciach wyjęła album ze zdjęciami i
zaznajomiła nas ze swoją córką, wnukami i ulubionymi uczennicami, sięgając po
rodzinne historie, rysując w naszych wyobraźniach szybki i poplątany szkic
drzewa genealogicznego domu Alavidze. Był więc kiedyś jeden Gruzin, który wziął
sobie za żonę Niemkę poznaną w chińskim Harbinie - dziadek Manany, którego w
latach czystek stalinowskich wysłali na sybirską katorgę. Oczywiście, przy
okazji opowiedziałam etymologię mojego nazwiska i zawiłości pochodzenia, skoro
rzecz niemiecka już była wypłynęła. I napomknęłam o mym rodzinnym pierwiastku
ormiańskim.
Jutro jesteśmy
umówione z sąsiadką z góry, Mariką, na wspólną naukę robienia chaczapuri,
tradycyjnych gruzińskich placków z serem. Chociaż przyrzekłam sobie, że już nie
będę, że wracam do zdrowego fizia na punkcie dietetyki i harmonijnego
odżywiania z czasów warszawskich, że sięgnę po chaczapsa (narzędzie szatana w
dziele otłuszczania rodzaju ludzkiego) tylko w wyjątkowych sytuacjach, to z
drugiej strony obiecałam też już rodzinie, że z okazji mojego przyjazdu do
Polski na Boże Narodzenie, własnoręcznie "ukleję" im autorskie sylviani
chaczapuri imeruli. Relacja z przebiegu wypadków w kuchni będzie oczywiście
spisana w miarę wstrzelenia się w wolniejszy czas, bo inaczej poczuję się
moralnie nie w porządku w stosunku do tych nieświadomych niczego zbłąkanych (i głodnych) dusz, który trafiają na ów blog w
poszukiwaniu przepisów kuchni gruzińskiej lub opisów zezwierzęcenia zmysłów w
trakcie supr z uginającymi się, pod nieznośnie dobrym jedzeniem, stołami.
Co sie wydarzyło w
Kachetia Country...
Środa rano 13-go
listopada. Biegniemy z Olą na tbiliską stację Samgori, skąd odjeżdża nasza
marszrutka do Sighnaghi, położonego w sercu Kachetii, nazywanego miastem
miłości (że niby klimat włoski, że taka-jakby Wenecja tyle, że bez śmierdzącej wody, że romantycznie
etc.), i gdzie następne kilka dni spędzimy w europejskim towarzystwie na
treningach dla wolontariuszy, w ładnym hotelu (Old Sighnaghi) z niedobrym
jedzeniem, z ciepłą wodą przez 24 h na dobę. Już przy wpakowywaniu się do busa
poznajemy pierwszą dwójkę EVS-ów, którym, podobnie jak nam, w obliczu cyklu szkoleń, przyświeca nie tyle
ambitny cel poszerzenia wiedzy, uzyskania odpowiedzi na nurtujące pytania
dotyczące mentalności gruzińskiej, mapowania networkingu, co banalna, by nie
powiedzieć prymitywna chęć wykorzystania na maxa ciepłej, bieżącej i niekapryśnej wody (prysznic kilka
razy dziennie - bo tak!) i najedzenia się na parę nadchodzących tygodni na zapas :D (całość pobytu pokrywana jest z kieszeni SALTO - komórki UE). Co
chwila dołączają kolejni uczestnicy zjazdu, co rusz słychać język polski, przed
odjazdem nie można oprzeć się pokusie, by stwierdzić "Polacy przejmują tę
marszrutkę". W sumie połowa osób
biorących udział w treningach to nasi współbratymcy, i tak jest ponoć
przy każdym on-arrivalu. Moda? Mało powiedziane, opanowujemy Gruzję..
Hotel ok. Jedzenie
jak na Gruzję tragiczne. Net działa tylko w pobliżu recepcji i to też nie
zawsze. Ale oczywiście nie przyjechaliśmy tutaj, żeby siedzieć na facebooku ;)
Miasto powstałe w XVIII wieku, solidnie odrestaurowane (widać "zbawczą rękę" Saakaszwilego), podrasowane, może gdzie nie gdzie
ciut za bardzo "pod turystów" jest rzeczywiście piękne, z wąskimi
uliczkami, odnowionymi fasadami budynków uroczo podświetlanych nocą, murami obronnymi
ciągnącymi się faliście po okolicznych wzgórzach z 23-ma wieżami obronnymi. Bardzo dużo wałęsających się psich hord, które przejmują rolę przewodników po mieście, a pyszczki mają uśmiechnięte aż miło! Przemycam dla nich szotis puri z hotelowego śniadania ;) Nasza grupa treningowa bardzo szybko znajduje własne miejsce kontemplowania
urody miejsca oraz bielących się w oddali szczytów Kaukazu na dachu jednej z
wież, skąd można podziwiać szeroką Równinę Alazańską - to tu produkuje się (bez
dwóch zdań!) najlepsze wino na świecie! Także - jesteśmy w niebie ;)
Korzystając z przerw w zajęciach, prowadzonych przez Ukraińca i Gruzina, wymykamy się na wieżę, kupując po drodze
domowe wino w butelkach po Borżomi lub lemoniadzie.
Nieopodal Sighnaghi
znajduje się też miejsce szczególnie dla Gruzinów ważne pod względem tożsamości
religijnej - w monastyrze Bodbe pochowana została bowiem św. Nino z Kapadocji, która w 337 roku doprowadziła do
chrystianizacji Gruzji (stąd tak wiele dziewczynek dostaje tu na chrzcie imię
po najważniejszej gruzińskiej świętej). Woda ze źródła przy kompleksie
klasztornym ma ponoć uzdrawiające właściwości. Tak mówią mądre księgi.
Wśród wolontariuszy
obecnych w Sighnaghi są Niemcy, Holenderka, Francuzi, Hiszpan, Litwinka,
Estonka, Słowak, cały przekrój narodowości i osobowości, odbywających swój
wolontariat europejski w Gruzji, Armenii lub Azerbejdżanie. Podczas ćwiczeń i
programowych dyskusji, które okazują się bardzo inspirujące i angażujące, mam
czasami problem ze zrozumieniem francuskiej wersji języka angielskiego, akcent
jest niezwykle silny ;) Jedna sesja jest łączona z sesją dla koordynatorów EVS z organizacji goszczących i wysyłających, która
kończy się wielką, wieczorną suprą z reprezentacją wszystkich najważniejszych potraw
narodowych, toastami wznoszonymi przez polskiego tamadę (mistrz ceremonii, przewodnik biesiady wybierany wg zasady starszeństwa lub poprzez gremialne mianowanie), masą śmiechu i tańcami gruzińskimi pod kierunkiem pań
kucharek.
Bez cienia wątpliwości bardzo owocnie spędzony czas, szalone wieczory z Dixit, winem i najlepszymi czurczchelami jakie miałam przyjemność próbować, wymiana doświadczeń wolontariackich, gra miejska powodująca niemałe zamieszanie wśród lokalsów, nawiązane nowe znajomości, które mogą być przydatne w razie prób inicjowania w przyszłym roku projektów na większą skalę. Nie mniej jednak w drodze powrotnej z Sighnaghi do Tbilisi, czując przybierającą na sile grypę, dzieląc marszrutkowy "fotel" z Martinem ze Słowacji, pracującym w Baku (miejsce konieczne do odwiedzenia!) i słuchając jego bardzo osobistych wyznań dotyczących roli Jezusa w jego życiu (przy całym szacunku dla tak mocnej wiary, bo to rzadkość w dzisiejszych czasach) poczułam swoistą ulgę, że to już koniec tych intensywnych 9 dni non stop z ludźmi i wśród ludzi i że wracam na moje małomiasteczkowe zacisze.
Bez cienia wątpliwości bardzo owocnie spędzony czas, szalone wieczory z Dixit, winem i najlepszymi czurczchelami jakie miałam przyjemność próbować, wymiana doświadczeń wolontariackich, gra miejska powodująca niemałe zamieszanie wśród lokalsów, nawiązane nowe znajomości, które mogą być przydatne w razie prób inicjowania w przyszłym roku projektów na większą skalę. Nie mniej jednak w drodze powrotnej z Sighnaghi do Tbilisi, czując przybierającą na sile grypę, dzieląc marszrutkowy "fotel" z Martinem ze Słowacji, pracującym w Baku (miejsce konieczne do odwiedzenia!) i słuchając jego bardzo osobistych wyznań dotyczących roli Jezusa w jego życiu (przy całym szacunku dla tak mocnej wiary, bo to rzadkość w dzisiejszych czasach) poczułam swoistą ulgę, że to już koniec tych intensywnych 9 dni non stop z ludźmi i wśród ludzi i że wracam na moje małomiasteczkowe zacisze.
Następna randka z
Sighnaghi pewnie dopiero wiosną 2014 roku, w marcu, na moje urodziny, nieodzowny punkt na
mapie zwiedzania Gruzji z Siostrą jako nieuleczalną miłośniczką Italii, wina, chleba i włoskich
klimatów. Tutaj, coś czuję, odnajdzie kawałek swojego alternatywnego w stosunku
do Rzymu, raju...Czas pokaże.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz