logo

logo
współpracuję z:

sobota, 23 listopada 2013

W krainie wina na treningach EVS - post-tbiliska opowieść part 2

2 tygodnie bez biegania :( (celowa przerwa na Tbilisi i Kachetię, wymuszona prolongata odłączenia kroplówki z endorfin spowodowana zachwianiem wiary we własne bezpieczeństwo w gąszczu małomiasteczkowych powiązań quasimafijnych i koniecznością identyfikowania stalkera na zdjęciach w policyjnych kronikach oraz zwykłą, beznadziejną grypą...)

Sobotnia lekcja gruzińskiego z Mananą w jej domu. Klimat jak u babci, trochę książek... Widok z okna - Plac Niepodległości cały we flagach gruzińskich. Pełne słońce, "na polu" (proszę wybaczyć, żadne "na dworze", jestem z południa Polski ;) zdecydowanie cieplej niż w "mrożących krew w żyłach" gorącej Polki mieszkaniach. Za ogrzewanie bloków odpowiadają tu li tylko piecyki elektryczne, a zatem docieplanie metodą skupiskową, punktową, domiejscową, nie ukrywajmy - duża odpowiedzialność spoczywa na owych niepozornych urządzeniach, z którą zresztą często sobie nie radzą, wypalając dziury w gniazdkach i powodując mój stan przedzawałowy. Strach myśleć o zimie...

Dziś (23 listopada) przypada święto św. Jerzego, patrona Gruzji, tzw. Giorgoba. W poniedziałek ma przyjechać do Tkibuli patriarcha Autokefalicznego Kościoła Gruzińskiego - Ilja, więc miasteczko jakby z lekka w oczekiwaniu. Z tej okazji odbędzie się w teatrze koncert. Manana po skończonych zajęciach wyjęła album ze zdjęciami i zaznajomiła nas ze swoją córką, wnukami i ulubionymi uczennicami, sięgając po rodzinne historie, rysując w naszych wyobraźniach szybki i poplątany szkic drzewa genealogicznego domu Alavidze. Był więc kiedyś jeden Gruzin, który wziął sobie za żonę Niemkę poznaną w chińskim Harbinie - dziadek Manany, którego w latach czystek stalinowskich wysłali na sybirską katorgę. Oczywiście, przy okazji opowiedziałam etymologię mojego nazwiska i zawiłości pochodzenia, skoro rzecz niemiecka już była wypłynęła. I napomknęłam o mym rodzinnym pierwiastku ormiańskim.



Jutro jesteśmy umówione z sąsiadką z góry, Mariką, na wspólną naukę robienia chaczapuri, tradycyjnych gruzińskich placków z serem. Chociaż przyrzekłam sobie, że już nie będę, że wracam do zdrowego fizia na punkcie dietetyki i harmonijnego odżywiania z czasów warszawskich, że sięgnę po chaczapsa (narzędzie szatana w dziele otłuszczania rodzaju ludzkiego) tylko w wyjątkowych sytuacjach, to z drugiej strony obiecałam też już rodzinie, że z okazji mojego przyjazdu do Polski na Boże Narodzenie, własnoręcznie "ukleję" im autorskie sylviani chaczapuri imeruli. Relacja z przebiegu wypadków w kuchni będzie oczywiście spisana w miarę wstrzelenia się w wolniejszy czas, bo inaczej poczuję się moralnie nie w porządku w stosunku do tych nieświadomych niczego zbłąkanych (i głodnych) dusz, który trafiają na ów blog w poszukiwaniu przepisów kuchni gruzińskiej lub opisów zezwierzęcenia zmysłów w trakcie supr z uginającymi się, pod nieznośnie dobrym jedzeniem, stołami.

Co sie wydarzyło w Kachetia Country...

Środa rano 13-go listopada. Biegniemy z Olą na tbiliską stację Samgori, skąd odjeżdża nasza marszrutka do Sighnaghi, położonego w sercu Kachetii, nazywanego miastem miłości (że niby klimat włoski, że taka-jakby Wenecja tyle, że bez śmierdzącej wody, że romantycznie etc.), i gdzie następne kilka dni spędzimy w europejskim towarzystwie na treningach dla wolontariuszy, w ładnym hotelu (Old Sighnaghi) z niedobrym jedzeniem, z ciepłą wodą przez 24 h na dobę. Już przy wpakowywaniu się do busa poznajemy pierwszą dwójkę EVS-ów, którym, podobnie jak nam, w obliczu cyklu szkoleń, przyświeca nie tyle ambitny cel poszerzenia wiedzy, uzyskania odpowiedzi na nurtujące pytania dotyczące mentalności gruzińskiej, mapowania networkingu, co banalna, by nie powiedzieć prymitywna chęć wykorzystania na maxa ciepłej, bieżącej i niekapryśnej wody (prysznic kilka razy dziennie - bo tak!) i najedzenia się na parę nadchodzących tygodni na zapas :D (całość pobytu pokrywana jest z kieszeni SALTO - komórki UE). Co chwila dołączają kolejni uczestnicy zjazdu, co rusz słychać język polski, przed odjazdem nie można oprzeć się pokusie, by stwierdzić "Polacy przejmują tę marszrutkę". W sumie połowa osób  biorących udział w treningach to nasi współbratymcy, i tak jest ponoć przy każdym on-arrivalu. Moda? Mało powiedziane, opanowujemy Gruzję..






Hotel ok. Jedzenie jak na Gruzję tragiczne. Net działa tylko w pobliżu recepcji i to też nie zawsze. Ale oczywiście nie przyjechaliśmy tutaj, żeby siedzieć na facebooku ;) Miasto powstałe w XVIII wieku, solidnie odrestaurowane (widać "zbawczą rękę" Saakaszwilego), podrasowane, może gdzie nie gdzie ciut za bardzo "pod turystów" jest rzeczywiście piękne, z wąskimi uliczkami, odnowionymi fasadami budynków uroczo podświetlanych nocą, murami obronnymi ciągnącymi się faliście po okolicznych wzgórzach z 23-ma wieżami obronnymi. Bardzo dużo wałęsających się psich hord, które przejmują rolę przewodników po mieście, a pyszczki mają uśmiechnięte aż miło! Przemycam dla nich szotis puri z hotelowego śniadania ;) Nasza grupa treningowa bardzo szybko znajduje własne miejsce kontemplowania urody miejsca oraz bielących się w oddali szczytów Kaukazu na dachu jednej z wież, skąd można podziwiać szeroką Równinę Alazańską - to tu produkuje się (bez dwóch zdań!) najlepsze wino na świecie! Także - jesteśmy w niebie ;) Korzystając z przerw w zajęciach, prowadzonych przez Ukraińca i Gruzina, wymykamy się na wieżę, kupując po drodze domowe wino w butelkach po Borżomi lub lemoniadzie.

Nieopodal Sighnaghi znajduje się też miejsce szczególnie dla Gruzinów ważne pod względem tożsamości religijnej - w monastyrze Bodbe pochowana została bowiem  św. Nino z Kapadocji, która w 337 roku doprowadziła do chrystianizacji Gruzji (stąd tak wiele dziewczynek dostaje tu na chrzcie imię po najważniejszej gruzińskiej świętej). Woda ze źródła przy kompleksie klasztornym ma ponoć uzdrawiające właściwości. Tak mówią mądre księgi.














Wśród wolontariuszy obecnych w Sighnaghi są Niemcy, Holenderka, Francuzi, Hiszpan, Litwinka, Estonka, Słowak, cały przekrój narodowości i osobowości, odbywających swój wolontariat europejski w Gruzji, Armenii lub Azerbejdżanie. Podczas ćwiczeń i programowych dyskusji, które okazują się bardzo inspirujące i angażujące, mam czasami problem ze zrozumieniem francuskiej wersji języka angielskiego, akcent jest niezwykle silny ;) Jedna sesja jest łączona z sesją dla koordynatorów EVS z organizacji goszczących i wysyłających, która kończy się wielką, wieczorną suprą z reprezentacją wszystkich najważniejszych potraw narodowych, toastami wznoszonymi przez polskiego tamadę (mistrz ceremonii, przewodnik biesiady wybierany wg zasady starszeństwa lub poprzez gremialne mianowanie), masą śmiechu i tańcami gruzińskimi pod kierunkiem pań kucharek.

Bez cienia wątpliwości bardzo owocnie spędzony czas, szalone wieczory z Dixit, winem i najlepszymi czurczchelami jakie miałam przyjemność próbować, wymiana doświadczeń wolontariackich, gra miejska powodująca niemałe zamieszanie wśród lokalsów, nawiązane nowe znajomości, które mogą być przydatne w razie prób inicjowania w przyszłym roku projektów na większą skalę. Nie mniej jednak w drodze powrotnej z Sighnaghi do Tbilisi, czując przybierającą na sile grypę, dzieląc marszrutkowy "fotel" z Martinem ze Słowacji, pracującym w Baku (miejsce konieczne do odwiedzenia!) i słuchając jego bardzo osobistych wyznań dotyczących roli Jezusa w jego życiu (przy całym szacunku dla tak mocnej wiary, bo to rzadkość w dzisiejszych czasach) poczułam swoistą ulgę, że to już koniec tych intensywnych 9 dni non stop z ludźmi i wśród ludzi i że wracam na moje małomiasteczkowe zacisze.












Następna randka z Sighnaghi pewnie dopiero wiosną 2014 roku, w marcu, na moje urodziny, nieodzowny punkt na mapie zwiedzania Gruzji z Siostrą jako nieuleczalną miłośniczką Italii, wina, chleba i włoskich klimatów. Tutaj, coś czuję, odnajdzie kawałek swojego alternatywnego w stosunku do Rzymu, raju...Czas pokaże.














Brak komentarzy:

Prześlij komentarz