logo

logo
współpracuję z:

środa, 30 kwietnia 2014

Bo żadne miejsce nie powinno być milsze od ojczyzny...

Tekst prawdopodobnie nie dla twardzieli i choleryków.

                                               Tak świętowałam sobie Dzień Ziemi ^^:

Nostalgia mnie naszła nagła, trochę uwierająca, trochę nawet głaszcząca serce, połączona z instynktem macierzyńskim. Albo bardziej może refleksja czy zaduma...Ponownie byłam wczoraj na występach w naszym tkibulskim teatrze (przepiękna scena z widownią, jakiej nie powstydziłby się żaden europejski teatr łącznie z wiedeńskim, przykryta kopulastym sufitem ozdobionym malowidłami przedstawiającymi historię Gruzji - prawdziwe cudeńko). Koncerty owe zawsze zogniskowane są wokół trzech nadrzędnych dźwigni, by nie powiedzieć - katapult gruzińskiego patriotyzmu - tańca ludowego, śpiewu polifonicznego oraz nieco "wzdętych" i egzaltowanych deklamacji wierszy o ojczyźnie. Zatem oczekując wczoraj niecierpliwe - jak zwykle - opóźniających się o dobre pół godziny występów na scenie głównej teatru, zwłaszcza zaś ich części tanecznej (staramy się obecnie o zdobycie środków na kapitalny remont sali treningowej dla działającej w ramach teatru grupy tanecznej "Okriba"), będąc otoczona pięknymi dziećmi o nieznośnie długich rzęsach nad szeroko otwartymi oczyma (to już wątek instynktu macierzyńskiego), myślałam sobie, że lubię te chwile, te celebracje gruzińskiej kultury pojawiające się zazwyczaj zupełnie z zaskoczenia, często gdzieś w środku tygodnia - dzwoni mój szef  Zaza (którego uwielbiam): "jest dzisiaj koncert w teatrze, chcesz iść?", "pytanie!! jasne!". Taka sytuacja. Ciastka sobie nie odmówisz. 
    
                                                             Front  teatru w Tkibuli:

Jednak to okazjonalne zadumanie nad pięknem, precyzją i dynamizmem tańców narodowych w Gruzji pociągnęło kilka grubszych sznureczków w moich myślach - zaczęłam się zastanawiać nad tym, że w sumie to im, Gruzinom, zazdroszczę tego szacunku, niemal deifikacji własnej kultury, historii, jej toposów, przywiązania do niej i absolutnej, chwytającej za serce i po prostu - wzruszającej - admiracji. W Polsce tego niestety nie widzę. Nie czuję. Pomijając fakt regularnego pielgrzymowania mojej siostry do Muzeum Powstania Warszawskiego przy okazji odwiedzin przyjaciół z zagranicy ;). Dzieciaczki oczekując na występy nie mogły usiedzieć w miejscu z niecierpliwości, a gdy koncert się rozpoczął z entuzjazmem reagowały na każdy żywszy podmuch wiatru na scenie. Nie wiedziałam czy patrzeć na scenę czy wokół siebie. Magnetyzm. Poczucie jedności w zachwycie nad rozgrywającym się właśnie widowiskiem. Coś niesamowitego. A może byłam tylko w takim nastroju...


Czy wystarczająco kochamy swój kraj? Uczmy się od Gruzinów. Może i umiłowanie własnego folkloru, w którym mają szanse ewoluować naturalne, artystyczne predyspozycje danego narodu, nie powinno być wytyczną na podstawie której mierzymy poziom patriotyzmu "we krwi". Jednak dla tak małych narodów jak Gruzja, o szczególnie newralgicznej lokalizacji geopolitycznej, znaczenie patriotyzmu jest tym bardziej rzeczą priorytetową, ogólnie dopieszczaną, i podkreślaną. Gdyby nie ta niezłomna miłość do ojczyzny, Gruzini byliby kolejnymi bezpaństwowcami, porozrzucanymi po całym świecie. Gdyby nie było winorośli, nie byłoby Gruzji ;)



I TO JEST PIĘKNA STRONA GRUZJI!:

http://www.youtube.com/watch?v=ujo65bBRQ4I

sobota, 26 kwietnia 2014

Lelo Lelo Saqartvelo

Jest taka stara, wielowiekowa tradycja wielkanocna w kraju mojego czasowego "pożywania", która wydobywa wszelkie zwierzęce instynkty biorących w niej czynny udział dobrowolnych "zapaśników". Trochę coś tu zgrzyta, wiem - niby ten baranek, pokój, rodzinne spacery, odkupienie grzechów ludzkości, a z drugiej strony brutalna gra, męski pot, krew, chmura pyłu, błoto, pogubione buty, fruwające eksklamacje zakrapiane niewyszukanymi wulgaryzmami, rozdarte koszulki, spod których wyzierają owłosione klaty. Brzmi prymitywnie i niewiarygodnie, tym bardziej jak na świąteczny obyczaj? Nie w Gruzji. Tutaj mało co może zadziwić (albo to ja już się uodporniłam, wówczas - mea culpa, jestem "betonem"). 

Leloburti (gruz. burti - piłka, lelo zaś tłumaczone jest na ang. jako "try", pewnikiem - "próba", albo "próbuj") jest grą "folkową", w klimacie "rustykalnym i soczyście przaśnym", rozgrywaną w przestrzeni wiejskiej (zawsze w Niedzielę Wielkanocną i zawsze w maleńkiej miejscowości Szuchuti w czarnomorskim regionie Guria), przypominającą bardzo popularne w Gruzji rugby, tyle że ze zdecydowanie dłuższą historią sięgającą wieków antycznych (pierwszy raz wspomniana w literaturze dopiero w XII wieku) i w zasadzie - z brakiem jakichkolwiek sensownych zasad. Ok, może za wyjątkiem jednej. Jako że w regularnej bitwie "bez reguł" o przeboską piłkę biorą udział męscy mieszkańcy dolnej części wsi Szuchuti oraz górnej jej odnogi, celem priorytetowym i decydującym o wygranej, jest przepchnięcie piłki, w szaleńczym pędzie rozochoconych, spoconych i potarganych  przedstawicieli płci brzydkiej, do rzeki po stronie rywala. Kiedyś wierzono, że wygrana jest obietnicą lepszych plonów. Dziś to już tylko satysfakcja "krwawej" jatki i możliwość "poocierania się" o swoich ziomali-sąsiadów bez groźby posądzenia o zainteresowanie mężczyznami. Nie ma podanej oficjalnie i ustalonej liczby uczestników - każdy dorosły, zdrowy mężczyzna "się nadaje" i jest to dla niego zazwyczaj sprawa honoru. Nie ma także ograniczeń czasowych. Gra się tak długo, dopóki piłka nie znajdzie się w wodach rzeki.








Przygotowania do zabawy trwają od samego rana. Chłopcy spuszczeni z małżonkowych smyczy (z których i tak sami bez problemów się spuszczają) napełniają swoje krwiobiegi różnej maści alkoholem, aby wyzwolić właściwe temperamenty i znieczulić instynkt samozachowawczy (tak, zdarzają się interwencje lekarzy). Ponoć jest zasada (jak dla mnie, a byłam, widziałam, przeżyłam - zasad tu raczej brakuje), zakazująca akcji blokowania przeciwnika, jeśli nie jest on w posiadaniu rzeczonej piłki. Przed gwizdkiem startowym piłkę chłopcy napełniają ziemią, kompostem, eko-śmieciem o łącznej wadze 16 kg, podlewają winem (w kraju wina na takie marnotrawstwo mogą sobie pozwolić, niech im będzie), a na koniec oddają ją w ręce popa, który dokonuje symbolicznego święcenia. Od tego momentu, gdy piłka jest w grze, nie liczy się nic więcej niż zwycięstwo - nawet po trupach. W związku z tym, dla okolicznych gapiów, turystów, dziennikarzy wszelkich stacji świata, fotografów, sekundantów i cheerliderek nie ma zmiłuj się - jeśli nie chcą być stratowani na równi z płotkiem, wgnieceni w trawę bądź też uduszeni pyłem - muszą trzymać się od epicentrum rzezi w rozsądnej odległości.

Najlepszym rozwiązaniem jest usadowienie swoich czterech liter na wygodnej i bezpiecznej wysokości pozwalającej (wydawałoby się) na spokojne konsumowanie popcornu w czasie gry. Niestety ta metoda zawodzi (sprawdzone) - chmura kurzu, która unosi się nad ruchomym pieprznikiem pozwala jedynie identyfikować miejsce najgorętszych walk i lokalizować piłę. Reszta pozostaje w domysłach. Po rozstrzygnięciu gry, "zawodnicy" udają się (jeśli jeszcze mogą) na lokalny cmentarz (jeden z dwóch) i kładą umęczoną piłkę na grobie stałego gracza leloburti, który ostatnio zmarł (co wiąże się z tradycją odwiedzania grobów bliskich w czasie Świąt Wielkanocnych - piszę o tym poniżej) - dość interesujący zwyczaj ;) Cóż, życie statystycznego Gruzina przepływające między kosmiczną ilością wypalonych papierosów, jeszcze większą wypitego alkoholu i pożartych placów z serem vel chaczapuri, nie może trwać zbyt długo...

Wielkanoc, kolejne duże święta w roku, przyszło mi tym razem spędzić w Gruzji. Zgodnie ze zwyczajem autochtoni pakują swoje wypieki, paschy, chaczapsy, pomalowane zawsze na czerwono (bez żadnych dodatkowych ozdób) jajka i balony domowego wina, po czym całymi rodzinami udają się na ucztowanie na cmentarz. Tak jest, nie żartuję. W niedzielę i Poniedziałek Wielkanocny ludzie zbierają się na grobach swoich bliskich, gdzie przy suto zastawionym stole (którym jest w tym przypadku płyta nagrobna) poddają się pijaństwu za ich wieczne odpoczywanie. Wygląda to zatem tak:



Jasna sprawa, że był pomysł, aby się u kogoś zawiesić na tym, czy innym grobie by oddać się kompulsywnemu i niemal bezbożnemu pijaństwu, ale został on ostatecznie zamieniony na inny. Spontan, jak zwykle. Jako że mamy z Olą znajomych wolontariuszy polsko-pribałtyckich (z Estonii, Łotwy i Litwy), stacjonujących w mieście Ozurgeti, stolicy Gurii, nie zastanawiałyśmy się długo i zaplanowałyśmy wspólny wyjazd w świąteczny poranek na oględziny zamieszania pod nazwą "leloburti" we wsi Szuchuti. Nie żałowaliśmy. Wpakowaliśmy się do jednej marszrutki i wylądowaliśmy w południe w najgorętszym tego dnia siole w całej Gruzji, gdzie ponętne brzuchy "Giorgijów" w dzikim, testosteronowym pędzie bronią zaciekle jakiejś śmiesznej piłki. Co więcej, udział w grze postanowił wziąć (na własną odpowiedzialność, ewentualnie naszego ubezpieczyciela) kolega z Estonii, Janar, który wykazał się podziwu godną odwagą, kwitując swoją decyzję "skoro już tu jestem, to szkoda by było nie spróbować!" - "Lelo, Lelo, Janar!" (krzyczały dziewczęta). Nasz człowiek, mimo że jego zespół poniósł sromotną klęskę, wrócił do nas żywy i prawie bez szwanku. Teraz leczy się w prywatnej klinice zdrowia psychicznego. Mam nadzieję, że wyleczy traumę do lipca, bo jedziemy razem do Abchazji! ;)

Leloburti jest bez wątpienia jedną z najbardziej bezsensownych, ale i niesamowitych rzeczy, które miałam przyjemność zobaczyć w życiu na żywo. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. To jak bitwa na pomidory albo inne ciekawe sposoby spędzania wolnego czasu. Przed kulminacyjną rozgrywką, znalazł się także i czas na hodowanie pierwszego w tym roku poparzenia słonecznego (ukwiecona trawka kusiła, a dobre humory podtrzymywał zapas dość parszywego szampana). Wielkanoc bardzo udana!

                                                          Zdj. Justyna Mielnikiewicz:






wtorek, 22 kwietnia 2014

Sataplia - miodowy ogród

O Kutaisi, drugim największym mieście po Tbilisi (aczkolwiek ciężko mi w to czasem uwierzyć), pisałam już kilkakrotnie. Ulubione mini-lotnisko z zaprzyjaźnioną ekipą i katedra Bagrati - idealne miejsce do kontemplowania Małego Kaukazu, której lazurowy kolor dachu pięknie komponuje się z otoczeniem. Ach tak, plus oczywiście hostel "Kutaisi", prowadzony przez ambasadora rozwoju gruzińskiej turystyki - Konstantina (komunikuje się bez problemu po polsku), szczerze polecam, wysoki standard i atmosfera nie do podrobienia (polsko - gruzińska zazwyczaj): 





Patrząc na mapę wydawałoby się, że moja zapadła mieścina - Tkibuli jest niemalże przedmieściem Kutaisi, może nawet i jego "sypialnią" (hahah) - w rzeczywistości droga, choć piękna widokowo, nieco wydłuża czas pokonania tych zaledwie 35-u km (za jej stan przeprasza gruziński rząd na trudnych do przeoczenia wielkich banerach postawionych przy szosie). Nowym miejscem, które udało się zwiedzić z siostrą w okolicy w czasie jej krótkiego pobytu, był, pozostający pod ścisłą ochroną rezerwat Sataplia (gruz. tapli - miód), stworzony w 1935 roku, solidnie odnowiony (na zdecydowanie europejskim poziomie) parę lat temu. Czyż sama nazwa nie jest wspaniała? Pochodzi ona od bardzo starych tradycji hodowli pszczół na tym obszarze Imeretii. Na terenie rezerwatu znajduje się zagospodarowana i oświetlona prawie jak Piccadilly Circus jaskinia, warte uwagi wiekowe drzewostany (tzw. las kolchidzki) niczym we "Władcy Pierścieni" ;), zawieszone w powietrzu szklane tarasy widokowe, gdzie można oglądać kipiące zielenią drzewa pod stopami, muzeum speleologiczne, autentyczne odciski dinozaurów (i kilka atrap udających żywe gady), które kiedyś sobie tutaj radośnie wędrowały zanim nieszczęśliwie zamarzły. Do Sataplii można się dostać z centrum Kutasi ("spod McDonalda") biorąc taksówkę, która powinna kosztować nie więcej niż 15 lari w obie strony. Wstęp do rezerwatu - 6 lari. Uczciwie stwierdzam, że jakkolwiek samo Kutaisi nie robi specjalnego wrażenia tak park jest czarujący i stanowi jedno z must-see w Gruzji. 








Jaskinia ma 900 m długości, a jej największą atrakcją jest Komnata Kamiennego Serca, gdzie w samym środku pulsuje (naprawdę!) gigantyczny stalagmit w postaci mięsistego guza rzeczywiście przypominającego ludzkie serce. Regułą jest dotknięcie tego niesamowitego nacieku i pomyślenie życzenia. 









Czas powrotu.

Odwiezienie siostry na lotnisko (pożegnania zawsze są smutne), spontaniczna supra z nowymi gośćmi Kote (pozdrawiam!) i tak oto zakończyłam swoją pierwszą większą objazdówkę. Teraz, skoro przyszło lato (z pominięciem wiosny) czas najwyższy na eksplorację czarnomorskiego wybrzeża - Batumi, Ureki, Kobuleti, here we come! ;)

                                                               zdj. Janusz Gawron:
   

piątek, 18 kwietnia 2014

Włosów obcinanie po wina piciu - Signagi, Mccheta i Upliscyche

Nasz niezastąpiony driver Zviad, vel Zenek, który z gracją kierowcy rajdowego trawestował półdzikie tereny na granicy z Azerbejdżanem (przedtem objeżdżając więzienia o podwyższonym rygorze), wysadził nas w miejscowości Sagarejo (punkt przerzutowy z Garedży na wschód kraju), skąd dalej postanowiłyśmy się zabawić w autostopowanie w kierunku Kachetii. Chociaż raz złamać rutynę (acz ciekawą) poruszania się publicznym transportem! Mimo że na szosie zagajały nas żołnierskie ponoć (w cywilu) Czeczeny, wybór padł ostatecznie na samotnie podróżującego zioma, przedstawiającego się tajemniczo wybitnie gruzińskim imieniem Johnny ;) Johnny niestety nie mówił w żadnym obcym języku, zatem przyszedł czas mojej intensywnej praktyki w kaleczeniu gruzińskiego i skromnego acz na pełnym uśmiechu przytakiwania siostry mej, która bardzo mocno nad zatamowaną własną możliwością komunikowania ubolewała. Bo Johnny fajny chłopak był (i mało pił), religijny, spokojny, bez żony, na co dzień "robił" w mleczarstwie, a jechał do Lagodechi, słowem - dobra partia. Gdy pytają cię w Gruzji, czy podoba ci się ich kraj, musisz rozpływać się w zachwytach, inaczej to dla kaukazczyka potwarz, sztylet w serce - tak też i zadziałało tym razem. Po drodze Johnny zatrzymał się kupując nam na przydrożnym straganie dużą "wiązankę" czurczcheli (gruzińskie słodycze), zresztą jak na dobrego gospodarza i ambasadora piękna swojej ojczyzny przystało, zatrzymywał się przy każdym punkcie widokowym, aż ostatecznie musiałam schować aparat - żeby chłopaka nie kusiło te parkingi stawiać co kilkanaście metrów (mówił, że się nie śpieszy). Zahaczyliśmy też o Bodbe, gdzie w okazałej katedrze pochowana jest największa gruzińska święta, odpowiedzialna za chrystianizację Gruzji - św.Nino z Kapadocji.

O Signagi pisałam już kiedyś a  propos treningów dla wolontariuszy EVS, dlatego teraz jedynie relacja foto. Spacerując po mieście, kręconymi, wąskimi uliczkami, z widokiem na ośnieżone szczyty Kaukazu, wstąpiłyśmy do pamiętnego hotelu, w którym kilka miesięcy temu odbywały się wspomniane wyżej szkolenia - tam piłam najlepsze wino w życiu (a przy tym mocno uderzające do głowy, oj mocno). Pani "kuchenna" mnie bez problemu poznała, usadziła nas w części restauracyjnej i zniknęła prędko na zapleczu. Po chwili na stole pojawiły się dwa kieliszki wypełnione bordowym, kachetyjskim winem Saperavi - swój niebiański, słodki smak zawdzięcza ono wyselekcjonowanemu szczepowi winorośli, spotykanemu jedynie w Dolinie Alazanii. Wieczorną kolację zjadłyśmy w towarzystwie Johnnego z jego chudym giermkiem, którzy się lekko wprosili - ale do tego to akurat już zdążyłam się w Gruzji przyzwyczaić. Magda, jako wyznawczyni witarianizmu, a przy tym nie trawiąca czosnku i cebuli mogła spróbować bakłażanów z pastą orzechową z pominięciem nielubianych składników (czosnek i cebulę dodaje się zawsze do masy)

Nazajutrz, po opróżnieniu flaszki TEGO wina na jednej z baszt widokowych, siostra postanowiła liznąć nieco turystyki alternatywnej i zrobić rundkę po miasteczkowych (a warto wiedzieć, że Signagi jest najmniejszym miastem w całym kraju) salonach fryzjerskich. Trafiłyśmy do sympatycznej pani fryzjerki, która kategorycznym ruchem wprawnej, fachowej ręki obcięła Magdzie włosy, w międzyczasie wzywając telefonicznie swoje dwie siostry na "oględziny" zwariowanych Polek. Namiar mam, więc jeśli ktoś miałby ochotę ostrzyc się akurat (bo tak!) w Gruzji - to do mnie proszę. Gwarancja jakości i profesjonalizmu na 100%. I obyło się bez płaczu - dzieło nie zostało, Bogu dzięki, spartaczone ;). Signagi na zawsze zakoduje się w mojej pamięci jako miasto przemiłych ludzi, szalonych akcji, najlepszego wina i wszędobylskich psich przewodników. Miejscem godnym polecenia do zatrzymania się w Signagi  jest guest-house "Maia" położony na malowniczej skarpie - ładne pokoje, miła kuchnia, dużo przestrzeni, fajny, pomocny właściciel mówiący po angielsku i taras z widokiem zapierającym dech w piersiach (na pierwszym planie kamienny mur ciągnący się wokół miasta, na nieco dalszym Dolina Alazani skąd pionowo wystrzeliwują się w górę zbielone szczyty Kaukazu Wysokiego) - taras wprost idealny do degustowania porannej kawy ^^:

https://www.facebook.com/signagi.hotelmaiko?ref=ts&fref=ts


















W kolejne dni pojechałyśmy do Mcchety, starej stolicy Gruzji. Ze wzgórza z kościołem Dżvari (można pokonać trasę pieszo, lub wziąć taksówkę na szczyt z centrum miasta) roztacza się ciekawy widok na okolicę - rzeka Mtkvari rozwidla się tu i meanadruje, owijając swoimi brunatnymi wodami najbliższe góry i osiedla. Mccheta jest chyba jednym z najładniej położonych miast w których dotąd byłam. Wreszcie udało się też wpaść na chwilę do Gori (oprócz twierdzy zawieszonej nad miastem skąd jak na dłoni widać Osetię Południową, nie jest ono szczególnie interesujące), i do kolejnego miasteczka skalnego - Upliscyche (kilka km na północ od Gori), położonego również nad brzegami rzeki Kura, porównywanego do jordańskiej Petry. Pierwsze ślady ludzkiego osadnictwa są tutaj datowane na II tysiąclecie p.n.e. Upliscyche różni się nieco od Wardzi czy Davida Garedży - jest bardziej horyzontalne, w szerszym planie, a skały są wygładzone przez wiatr (który wieje tam chyba nieustannie). To z kolei idealne miejsce na wiosenny piknik. Po spacerze po jasnych komnatach starożytnego miasta, kiedyś tętniącego życiem, o własnej strukturze społecznej, przyszedł czas na ostatni przystanek w naszej podróży - miasto Kutaisi, drugie co do wielkości po Tbilisi oraz okoliczny rezerwat Sataplia, słynący z dobrze zachowanych odcisków dinozaurów oraz podniebnego, szklanego szlaku, gdzie pod stopami zielenią się drzewa ;)