logo

logo
współpracuję z:

sobota, 28 czerwca 2014

Interpretacja utworu "Batumi" by Filipinki

Ostatnimi dniami, korzystając z krystalicznej pogody i faktu, że sezon jeszcze się na dobre nie rozpoczął, co pozwala uniknąć dzikich, bananowych tłumów, spędziłam trochę zwariowanego czasu w Batumi z kochaną mą Ulą (całujee), tymczasową rezydentką Kutaisi. Przyznaję, że jest to jedno z moich ulubionych miast w Gruzji (wcześniej nie byłam do niego przekonana, bardziej mnie interesowały górskie destynacje podróżnicze) ze względu na jego bezprecedensowy, w kosmos wyjechany - sięgając po slang młodzieżowy i po prostu zadziwiający w wielu momentach architektoniczny eklektyzm. Łączy on w sobie zarówno stare, piękne kamienice, wystawne pałace czy nadmorskie, bulwarowe wille jak i dziwne, hipernowoczesne (?), błyszczące w słońcu iglice, tudzież przezabawne "skyscrapery" z diabelskim kołem na szczycie chociażby, a wszystko to okraszone palmami i soczystą zielenią trawników. No i gdzie coś podobnego znajdziecie? To jak wygranie wielkiej kumulacji! :D Być może kamienista plaża nieco zawodzi (nieraz boleśnie), a woda nie jest pierwszej klasy, ale samo miasto, jego atmosfera i nocne życie (Batumi wręcz tonie w światłach nocą, co robi autentycznie spektakularne wrażenie) tworzą bardzo pociągającą mieszankę.

Obchodziłyśmy zatem z Ulą uliczki i atrakcje ulokowane w centrum miasta i wzdłuż głównej promenady ciągnącej się kilka kilometrów, pouprawiałyśmy spontaniczny shopping (cóż, w końcu światowy kurort :D), wjechałyśmy kolejką na rozległą górę z fenomenalnym widokiem na całe miasto i Morze Czarne (bardzo polecam, jak dla mnie lepsza niż w Tbilisi), by oglądać zachód słońca i rozbłyskujące światła nocnego Batumi i na koniec wpadłyśmy na chwilę popływać z pewnymi, uroczymi ssakami do lokalnego delfinarium (o tym w następnym wejściu na scenę). Leniwe leżakowanie pod mocnym słońcem wydobyło z nas mały głód, dlatego zgodnie z kaprysem zapragnęłyśmy zjeść sushi i napić się pinacolady (ostatecznie nie znaleziona i zastąpiona mohito, a sushi okazało się być sushi imitacją)

Ula zwróciła moją uwagę na piosenkę "Batumi" Filipinek (można ją usłyszeć podczas pokazu tzw. Tańczących Fontann nad jeziorem Ardagani). Oczywiście trudno jej nie znać, gdyż w ówczesnych czasach była pieśnią opiewającą mekkę PRL-wskiej turystyki, w ciągu lat nabierając jedynie mocy symbolicznej, nawet gdy Gruzja na chwilę wpadła w zapomnienie. Dzisiaj niestety chyba mało kto wsłuchuje się w jej tekst (jeśli się z nią przypadkowo zetknie), co jest dużym błędem, dlatego zaraz to naprawimy! Radosna nuta to nie jej cały urok, gdyż, jak się okazuje, dziewczyny widać nieźle się w Batumi bawiły, na co ewidentnie wskazują słowa utworu (if you know what I mean ^^). Przyjmijmy, że siedzimy właśnie na maturze (sprzed ery gimnazjalnej) i jednym z tematów wypracowań na egzaminie z języka polskiego jest interpretacja tekstu, czyli "co autor miał na myśli" w kultowej piosence "Batumi" (powstała w 1963 roku, autorką słów była Ola Obarska, a w plebiscycie Polskiego Radia została uznana najpopularniejszą piosenką roku). 

Jako zajawka słynna piosenka frywolnych (co zaraz udowodnię) Filipinek oraz nocne Batumi (coby wprowadzić brać czytelników w imprezowy klimat ^^)















Zacznijmy zatem analizę warstwy lirycznej utworu "Batumi":

W swych wędrówkach przeszłyśmy wiele miast (siedem lasek tworzy zespół pod nazwą "Filipinki", szybko zdobywają popularność, tłum jest spragniony show i wspólnego kręcenia bioderkami w rytm ich piosenek, dlatego  też dziewczyny regularne jeżdżą na tournee po miastach i miasteczkach całego świata, ba, bywają nawet w Hameryce!) 

Wiele mórz i rzek, wiele gór wśród gwiazd (dziewczęta zawitały i nad morzem i w górach, prawdziwe kosmopolitki i podróżniczki, bywałe w świecie, otwarte, zalotne, erotyczne marzenie mężczyzn sojuzu w latach 60-tych XX wieku)

Ale miasto, o którym śpiewamy dziś (sugestia, że Batumi jest inne, że jest lepsze, że więcej przygód i słodkich wspomnień obiecuje, zbiorowy podmiot liryczny o tym wie, to czuje i tego pragnie)

Milsze jest, bo z nim wiążą się nasze sny (i tu przechodzimy do sedna - sen jest jedynie subtelnym symbolem obrazu balujących w nocnym Batumi młodych Polek czyli taki PRL-owski "Seks w wielkim mieście", które napotykają na swojej drodze gruzińskich towarzyszy ich wakacyjnego snu)

Batumi, ech Batumi (znaczy "Gruziny, ech te Gruziny")

Herbaciane pola Batumi (dowiadujemy się, że pola herbaciane, które kiedyś były, a po których dziś już niestety nie ma ni śladu, są dobrym, acz niepozornym miejscem potajemnych, jakże ekscytujących schadzek młodzieży sojuzu, celem nawiązywania przyjaznych stosunków polsko-gruzińskich, nie wiemy czy grupowo czy jeden na jednego, ale sądząc po srogim klimacie obyczajowym sojuzu lat 60-tych, nawiązywanie stosunków grupowych mogłoby nieść ze sobą opłakane skutki) 

Cykadami dźwięczący świt
 (onomatopeje budują delikatną aurę "syndromu dnia następnego", co słyszał podmiot liryczny, gdy już było "po", skacowane - wczasowym romansem odurzone - dziewczęta obudziły znienacka owady piewikowate niejakie cykady, co na zawsze pozostało w ich pamięci jako asocjacja wszelkiego dobra i najwyżej, egzotycznej przyjemności)

Świadkiem był szczęścia chwil (znaczy się, że było okej, południowa krew, te sprawy, być może nad ranem powtórka z rozrywki)

Batumi, ech Batumi
Herbaciane pola Batumi
Cykadami dźwięczący świt                             (powtórzenie, potwierdzenie tego co wyżej)
Świadkiem był szczęścia chwil.

Z ciężkim sercem żegnamy Gruzji brzeg (zabawa z Gruzinami była przednia - na brzegu, na herbacie i chachy, noc pełna wrażeń, ale trzeba już wracać do swoich polskich chłopaków)

Śpiew twój dźwięczny jak drogi echo biegł  (któryś z napotkanych Gruzinów nie mógł się pogodzić z tymczasowością, żeby nie powiedzieć jednorazowością spotkania z śpiewającą Polką, pewnie jakiś romantyczny nieuleczalnie, nie wiedział jeszcze, że istnieje coś takiego jak "one night stand", chciał poślubić swoją  polską wybrankę, ona jednak była już zakontraktowana więc go olała)

Dziś gdy oczy przymkniemy widzimy znów (wszystkie Filipinki po pamiętnej nocy w Batumi, wyszły za mąż, urodziły dzieci, gotowały obiady i prały, a kiedy szara codzienność, myśli o utraconej młodości i karierze scenicznej dawały o sobie znać, te zamykały oczy, wspominały gorące Batumi i gorącą, południową krew)

Obraz ten, to marzenie naszych snów (to se ne vrati, ale pofantazjować zawsze można ...) ;)))

I na koniec dzienne Batumi:

















Nowy budynek uniwersytetu batumskiego. Tak, to złote "coś" to diabelskie koło. Jeszcze nie użytkowane :D:

 Fontanna Chachy na Nabiereżnej (raz w tygodniu przez kilka minut zamiast wody, płynie tutaj gruziński samogon, mocny jak diabli - tzw. chacha, fontanna nocą pulsuje milionami kolorów):



W Batumi można znaleźć mnóstwo podobnych instalacji i rzeźb utrzymanych w romantycznej, kurortowej stylistyce, jakże wspaniale korespondującej z aurą odpoczynku, siesty, zabawy i wakacyjnej miłości :P:





                                          Park 6-go Maja w którym mieści się delfinarium:




                                                               Wakacyjne "selfie" ^^










niedziela, 22 czerwca 2014

Mięso za free dla każdego czyli Hate Georgia Day

Nie jestem żadną pięknością. Czasami jestem ładna, czasami nie. Dbam o siebie. Bywam pedantką i "higienistką" (Gruzja to nie jest miejsce dla takich jak ja). Normalna dziewczyna. Być może o trochę bardziej egzotycznej urodzie i wyglądająca na trochę mniej lat niż ma w rzeczywistości. Przed wyjazdem do Gruzji chodziłam sobie anonimowo po ulicach, patrząc w oczy mijanym ludziom, uśmiechając się do siebie, swoich myśli, pomysłów, nagłych skojarzeń i do innych osób wokół bez zagrożenia, że ktoś coś sobie mylnie ubzdura, weźmie to za sygnał "chce cię, chodź do mnie, rozpłyńmy się w fali namiętności". Mogłam sobie radośnie biegać na wpół roznegliżowana, gdy upał uderzał po tkankach, wbrew hipsterskiej nowo-modzie na turbo-spalanie we frotte dresie z kapturem przy 30 stopniach lejącego się żaru. Mogłam sobie usiąść sama przy barze, zakładając noga na nogę bez tabuna niechcianych adoratorów w niespełna minutę. Well...


Przyjechałam tutaj i wszystko uległo diametralnej zmianie. Jasne, że musisz się podporządkować realiom nowego miejsca, zwłaszcza tak hermetycznego, gdzie ludzie rozpoznają się po samochodach (sic!), jego immanentnym regułom "gry", aby nie narażać siebie na nieprzyjemności czy plotki. Jesteś na cenzurowanym. Oglądana i komentowana (za plecami) od góry do dołu. Zasada numer jeden: żadnego prowokowania "mięsem", świecenia biustem, zapominasz, że masz ciało, fizycznie stajesz się zakonnicą, mentalnie - starą zakonnicą. Naturalnie nasza z Olą obecność nie mogła ujść uwadze w tak małej mieścinie, gdzie wszystko stoi, a jak nie stoi to prawie się wali i gdzie anonimowość jest fikcją. Wprost z nieskalanego nawet ino brudem organicznym, wypucowanego, sterylnego i rzutkiego świata "warszawskich spotkań biznesowych" w szklanych domach Mordoru na tzw. Domaniewskiej trafiłam na zdewastowaną materialnie prowincję kraju rozwijającego się, z absurdalnie wysokim bezrobociem, unurzoną w marazmie, apatii i beznadziejności. Tak właśnie sobie zrobiłam. Tak chciałam. Fakt faktem, że jest to jedno z tych doświadczeń z gatunku "szkoły życia" i pozaformalnej edukacji interkulturalnej, które się ceni - tyle, że po jakimś czasie. Nie teraz. Nie kiedy "to się dzieje". Swoje musisz przecierpieć.

Aktualnie jestem na Gruzję zła, żeby nie powiedzieć wkur...Do tego stopnia, że rozważam wykorzystanie urlopu hurtem, która to opcja daje mi możliwość wcześniejszego powrotu do Polski, na początku września. Pisząc o Gruzji długo i rozwlekle (co dla wielu jest próbą cierpliwości), odczarowując ją nieco lub wręcz znacznie, nie chcę jej przy tym doszczętnie deprecjonować, bo nie o to przecież chodzi. To niesłuszne wrażenie. Jedyne czego pragnę, to - dla siebie: spokoju. I prawdy - dla ludzkości i tych wszystkich ślepo zakochanych w Gruzji (trochę prawdy nie zaszkodzi, zwłaszcza jeśli jesteś rzeczywiście zainteresowany tym krajem i nie zadowalasz się peanami agencji turystycznych kreowanymi na potrzeby zysku). Życie w innym, nie-swoim kraju jest trudne. Żadna nowość, żadne odkrycie. Powie to każdy, kto wie coś na ten temat - z autopsji, bardziej lub mniej bolesnej. Kiedyś jedna z internautek skomentowała mój tekst o wadach Gruzji opublikowany na łamach blogerzyzeswiata.pl, będący efektem szczytu przesilenia nostalgicznego i zmęczenia krajem (nie mniej - bardzo szczere spojrzenie na gruzińską rzeczywistość, nie podyktowane tylko ino Hate Georgia Day), słowami "Po co tam jesteś, skoro nie widzisz NIC dobrego w tym kraju???". Najpierw się głośno zaśmiałam, a potem pomyślałam "whatever", pisz kobieto co chcesz, nie znasz mnie zupełnie, prawdopodobnie nie znasz też realiów, ale dla świętego spokoju czym prędzej odesłałam do równoważącego tekstu o zaletach Gruzji - tak, tak, COŚ pozytywnego się jednak znalazło i to całkiem sporo. Rozgrzeszonam. 

Wracając do meritum, skoro już się postarałam o tak piękny i łapiący za serce wstęp :D Świeże wydarzenie z dnia dzisiejszego, sprzed paru godzin zaledwie, jest bezpośrednią inspiracją, aby popełnić ten tekst. Idąc przez tzw. centrum miasta, ubrana niewyzywająco (wiadomo - próbuję, chociaż po prawdzie - jeśli jest już bardzo, bardzo gorąco, macham ręką i zwyczajnie wskakuję w krótkie spodenki, bo nie zamierzam jeszcze dodatkowo podgrzewać swojego ciała dla tej całej maści śliniących się "obserwatorów", niczym soczystego szaszłyka na ruszcie, którego "uosobieniem" jestem dla większości nabuzowanych gruzińską mutacją testosteronu lokalnych "mężczyzn"), no więc szłam sobie spokojnie, uzbrojona w nieobecny wzrok patrzący prosto przed siebie i w zdecydowaną minę hetery, zimnej księżniczki i zołzy w jednym, gdy drogę zajechał mi z piskiem opon jakiś cieć. Popatrzyłam spojrzeniem nr 1 (podstawowy) - "spadaj", nie odpowiadając na zaczepki słowne. Gość jednak nie dał za wygraną, wybiegł z samochodu, szedł za mną kawałek, po czym zaczął ciągnąć mnie za ramię - na środku ulicy. Ciecia prawie pobiłam (potrafię), ale zgłaszania na policję już sobie daruję, zwyczajnie mi się nie chce, mimo że ten ruch był bez wątpienia bardzo drastycznym pogwałceniem prawa nietykalności fizycznej. W mojej "karierze" cudzoziemki w Tkibuli przewinęło się już paru stalkerów, z większością sobie poradziłam, kogoś identyfikowałam w policyjnych kartotekach, był czas, że radiowozy dyskretnie śledziły moje kroki, był jeden, który zdobył mój numer telefonu (wszyscy wiedzą gdzie mieszkamy, a nasze numery są chyba przekazywane z ręki do ręki dla zainteresowanych) i wysyłał sms-y za każdym razem, gdy mnie gdzieś zobaczył (przy czym sam się nigdy osobiście nie pokazał), lub informując mnie, że stoi właśnie w mojej klatce schodowej. Rzecz jasna, nie miałam ochoty sprawdzać "cóż to za książę na rumaku u mych drzwi". 


Nie biegam tak jak dawniej. Obleśne spojrzenia, czasami wręcz prześmiewcze "naśladowanie" stanowczo mnie do biegania w moim "przytułku" (więzieniu??) zniechęciły. Jedynym wyjściem są treningi poranne, zanim stada creeperów wylezą na ulice wystawiając swoje brzuszyska do słońca. Do czego zmierzam...Jeśli jesteś kobietą, kiedyś tam na urlopie zachwyciłaś się "gościnnością" kaukazczyków i teraz tak ci się w życiu złożyło, że masz okazję/ofertę pracy/wolontariatu/zastanawiasz się po prostu przy nie przyjechać na jakiś czas pomieszkać w Gruzji, coś ciekawego tu podziałać - proszę cię, przemyśl to kilka razy - porządnie, albo przynajmniej dobrze wybierz miejsce docelowe swojego pobytu. Weź pod uwagę swoje zdrowie psychiczne i własne bezpieczeństwo - mnóstwo tu popaprańców, a "mandat" gościa wcale ci nie pomoże, wręcz przeciwnie. Chociaż, zupełnie szczerze, nawet Tbilisi czy Kutaisi (nazwa jest adekwatna do rzeczywistości - seksturystyka kwitnie tu ostatnio wręcz spektakularnie, chyba Egipt się już paniom znudził...), a zatem stolica i większe miasta NIE są gwarancją normalnego, "nieinwazyjnego" życia dla kobiety z innego kraju (tym bardziej jeśli jest ładną blondynką). Uwierzcie, że KAŻDA cudzoziemka jest tu traktowana jako ta "dostępna" i chętna, co znacznie uprzykrza życie, generalnie jest to kultura bardzo opresyjna dla kobiet, bez znaczenia "stąd czy nie stąd". 

Na drugim planie - wyselekcjonowana reprezentacja miasta, moje "roznegliżowanie" konieczne ze względu na upalny wówczas dzień:

Nie przyjechałam do Gruzji szukać męża, chłopaka czy przygód, ale mimo to Gruzini są wręcz śmiertelnie obrażeni, gdy otwarcie stwierdzam, że generalnie ich nie toleruję i nie szanuję (wyjątki mogę zliczyć na palcach jednej dłoni), a moim ostatnim życzeniem byłoby zamążpójście w takiej dziurze jak Tkibuli. Mężczyźni w Gruzji mają tak niewyobrażalnie przerośnięte ego, a przy tym tak mało samokrytyki, że doprawdy - przekroczyło to moje wszelkie oczekiwania. Wszyscy tutaj, niezależnie od cyferek w metryce, czują się niemalże jak greckie bóstwa wykute z alabastru. Gruzińska telenowela w wydaniu "realisty show" kładzie na łopatki wszystkie tureckie czy latynoskie - tutaj mówi się jedno, robi się drugie, faceci modlą się ze spuszczoną głową w chramach, a potem idą zdradzać swoje żony - z kim popadnie. Bardzo mięsożerny naród, którego myślenie zalewa chuć. Szaszłyki Gruziny robią wyśmienite - nanizują jeden kawałeczek mięsa za drugim, solidnie pieprzą (!) i wieszają nad ogniem - niczym trofeum. Bo przecież każdy NORMALNY Gruzin lubi "mięso" i nie ma sobie równych w świecie w jego właściwym "doprawianiu"...Wszystko przez ten testosteron...







piątek, 13 czerwca 2014

Małe narody muszą mieć długie kindżały

Wbrew pozorom, nie będzie powtórki z "życia seksualnego dzikich" mimo sporego zainteresowania czytelników tematem "jak tam sprawy stoją w Gruzji" (na co wskazują statystyki wejść na posty). Ze względu na to, że w ciągu wielu miesięcy spędzonych tutaj, z czego wiele godzin w podróży po innych częściach kraju, poznając masę ludzi o odmiennych korzeniach (fascynujące mieszanki!), nieustannie słyszałam sprzeczne nieraz opinie o rdzennych mieszkańcach pozostałych regionów, jak również anegdoty, żarty, dowcipy i prztyczki w nos. Postanowiłam więc zebrać te zasłyszane, kolorowe (lub podkolorowane, kto ich tam wie) dywagacje w tzw. kupę! Mnóstwo w tym siermiężnego generalizowania i stereotypizowania, co jest oczywiście z gruntu bardzo ludzkim zjawiskiem (vide: szufladkowanie jako potrzeba ludzkiego umysłu włożonego w kontekst współżycia społecznego), ale wszak jakże ciekawie jest zestawić ze sobą spojrzenia Gruzinów na siebie nawzajem. Trzeba pamiętać, że gros tych opowieści ma się nijak do rzeczywistości, ale mimo to są one uparcie przekazywane z pokolenia na pokolenie bez chęci poznania prawdy u źródeł (naród ów wymyka się współczesnym paradygmatom mobilności i niezależności przestrzennej o której pisał Zygmunt Bauman i zamknięty jest w swojej  małej ojczyźnie lokalnej - na amen)


Gruzja zajmuje mikroskopijny skrawek ziemi, na którym pomieścić się muszą praktycznie odrębne mniejszości narodowe kojarzone tutaj niemal jako udzielne księstwa, spinane religią, językiem (choć i to nie zawsze) oraz wspólną walką z najeźdźcami w przeszłości dalszej i bliższej (stąd cytat z Góreckiego o długich kindżałach w tytule). Oglądnęłam właśnie po raz wtóry film "Najsamotniejsza z planet" w reżyserii Julii Loktev (nie wiem czy polecać, to nie jest film dla wszystkich i nie jest też na pewno specjalnym arcydziełem), gdzie za tło obyczajowe i przyrodnicze robi Kaukaz w wersji gruzińskiej. Jedna z przygód dwójki amerykańskich backpakersów (Gael Garcia Bernal) w ich tułaczce przez majestatyczne góry (i w zasadzie jedyna, bo czas dłuży się niemiłosiernie, a widz współodczuwa zmęczenie monotonią podróży niemal fizycznie), stanowiąca punkt kulminacyjny osi fabularnej, sprowokowana jest w owym obrazie przez czynniki stricte zewnętrzne, a zatem gruzińskie, zahaczające bezpośrednio o różnice obyczajowe i mentalnościowe pomiędzy poszczególnymi regionami administracyjnymi tegoż państwa. Sami Gruzini jakże często nie potrafią się ze sobą dogadać i to na skalę większą niż w innych krajach, które znam z autopsji. Zapewne wynika to też z ich nieokiełznanego temperamentu i swego rodzaju apodyktyczności. Poniższy skrót można potraktować jako przewodnik po wewnętrznych stereotypach Gruzji, idealny również jako "poglądowy wgląd" w gruzińskie animozje, nierzadko podszyte niegroźną uszczypliwością i żartem. 

Trochę teorii. Gruzja podzielona jest z grubsza na 9 regionów administracyjnych z własną władzą lokalną (="udzielne księstwa"), 2 republiki autonomiczne (Adżaria i Abchazja - od wojny w 2008 roku uznawana za samodzielny byt państwowy przez Rosję i kilka innych krajów) oraz miasto wydzielone Tbilisi. Tak mówią mądre księgi internetu i prawa państwowego, a co mówi lud o sąsiednich regionach?:

1. Abchazja (ze stolicą w Suchumi): z tym regionem wszyscy Gruzini jak jeden mąż mają spory problem - dlatego nieco szerzej. Według Góreckiego, specjalistów-etnografów i politologów różnych szkół Abchazja etnicznie należy do Kaukazu Północnego, co stawia jej mieszkańców na równi niemal z Rosjanami. Newralgiczne usytuowanie przez wieki narażało ten mini-naród na wchłanianie bądź masową emigrację sąsiadów, z naciskiem na Gruzinów, a będąc jeszcze bardziej precyzyjną - Megrelów. Gruzini są podzieleni co do identyfikacji rdzenia etnicznego Abchazów - dla jednych są to wyrodni, zbuntowani Gruzini, dla innych - kompletnie odmienna etnicznie grupa, nieprzystająca do gruzińskiej, za czym przemawiają nawet same rysy twarzy przeciętnego Abchaza z krwi i kości (ale mimo to, wielu Gruzinów ma im za złe "bunt" i chce monolitu, odwołując się do tezy, że gdyby każdy mały nacjonalizm kaukaski "puścić samopas", ta część świata nigdy nie zaznałaby spokoju, pogrążając się w niemal bratobójczych wojnach). Najczęściej powtarzającą się opinią na ich temat jest to, że Abchazi są mało otwarci, bardziej wycofani i nie mają tak wybujałego temperamentu. Jednocześnie są gościnni (a przy tym nienachalni, spokojniejsi i łagodniejsi). Generalnie zapytani o Abchazję Gruzini smutnieją, potem mówią, że to piękna, ale odszczepieńcza i niebezpieczna kraina. Póki co, nie mogę nic na razie od siebie dodać, gdyż wyprawa do Abchazji, gdzie wysokie góry wpadają wprost do morza, dopiero w planach, aż nastroje się uspokoją (sytuacja napięta nawet w kierunku wojny domowej). Nie mniej jednak, myślę, że - oczywiście, jadąc tam trzeba zachować ostrożność, bo w razie wypadku/problemów, nie obejmuje nas żadne ubezpieczenie (podmiot nieuznawany w świetle prawa międzynarodowego), to dla obcokrajowców (bo dla Gruzinów granica jest bezwzględnie uszczelniona), Abchazja jest w miarę bezpiecznym regionem, chociaż dopiero budzącym się do życia i wciąż mocno zdewastowanym materialnie. Warto odwiedzić Abchazję dla jej subtropikalnych walorów przyrodniczych. 


2. Adżaria (ze stolicą w Batumi): ach, jak ja lubię Batumi..ok, ale nie o moich preferencjach teraz ;)! Adżarowie w oczach reszty Gruzinów stanowią niegroźną ciekawostkę kulturową ze względu na ich muzłumańskie wyznanie, które na tle prawosławnej w zdecydowanej większości Gruzji jest swoistym kuriozum (ale już ujarzmionym i podporządkowanym). Adżarscy mężczyźni nawet jak gradusów na dworze 40, nigdy nie założą krótkich spodenek! :D Poza tym mieszka tu stale bądź okresowo bardzo wielu Rosjan i generalnie rosyjski jest językiem dominującym na ulicach.

3. Dolna Kartlia (ze stolicą w Rustavi): na temat tego południowego, półpustynnego regionu słyszałam niewiele, prawie nic. Mniemam jednak, że skoro Rustavi jest najgorętszym miastem Gruzji, ludzie muszą być bardzo ospali ^^

4. Guria (ze stolicą w Ozurgeti): mówi się o nich jako o zabawnych, roześmianych ludziach, pełnych polotu i fantazji, ze szczyptą szaleństwa. Ponoć Guryjczycy posługują się językiem gruzińskim tak zwinnie i szybko, że nawet sami Gruzini z pozostałych części kraju nie są w stanie wyłapać sensu wypowiedzi :D

5. Imeretia (ze stolicą w Kutaisi): mój region!! Bardzo przyzwoici ludzie, mieszkańcy Kutaisi charakteryzowani są jako ci z dużym wigorem i nieco montypythonowiskim poczuciu humoru. W Imeretii najlepiej gotują i robią najlepsze chaczapuri!

6. Kachetia (ze stolicą w Telawi): produkują najlepsze wina (i mają do tego cierpliwość), Również spotkałam się z opinią, że to ludzie "na poziomie", szlachetni i prawi, "twardzi" i z zasadami, wysoce moralni, z drugiej strony też - że leniwi, powolni i ociężali umysłowo (istnieją dowcipy na ich temat) ;) Prawdą jest, że nigdy nigdzie się nie śpieszą. 

7. Racha (ze stolicą w Ambrolauri): porządni, robią najlepsze szaszłyki i niezłe wina, na podstawie własnych doświadczeń dodam - trochę ezoteryczni, wierzący "w moce natury", generalnie sympatyczni i godni zaufani.

8. Megrelia (ze stolicą w Zugdidi): notoryczni kłamcy, podrywacze, oszuści, pazerni wyzyskiwacze. Istnieje pogląd (oparty jakkolwiek na faktach), że ileś lat temu Megrelowie porywali najładniejsze dzieci i wywozili do Poti na sprzedaż (w co jestem skłonna uwierzyć). Porywczy, jeżdżą jak wariaci, często po pijaku. Nie znają umiarkowania w piciu. Nie można im zaufać. Poza tym mają swój język, niezrozumiały przez resztę społeczeństwa gruzińskiego, chociaż na co dzień posługują się gruzińskim. 


9. Górna i Dolna Swanetia: górale, odcięci od świata, co też w naturalny sposób sprowokowało wyodrębnienie się własnej kultury i zupełnie innego języka (bez formy pisanej). Swanowie, mimo że powszechnie szanowani za hart ducha, wymagany przy tak trudnych warunkach naturalnych, są przedmiotem niezliczonej ilości żartów (że niby "nieokrzesani wieśniacy", coś jak nasz Wąchock być może). Kobiety są bardzo dostojne, religijne, silne psychicznie i mądre życiowo. Mężczyźni bez problemu odczytują znaki przyrody, czują z nią głęboką więź. Rdzenni mieszkańcy Swanetii ze względu na panujący przez wieki zwyczaj zemsty rodowej, rozwinęli w sobie potężną godność, prowadzącą do ścisłego zaznaczania swoich terytoriów. Kwestie moralne zawsze stały na pierwszym miejscu w hierarchii wartości i każdy przestępca musiał się liczyć z tym, że nawet jeśli jemu samemu uda się zbiec, sprawiedliwość zbierze krwawe żniwo wśród jego najbliższych. Słyszałam też opinie, że są mało lotni ;) Lud bardzo wojowniczy, świetnie władający bronią, dziarski, ale też uczynny i gościnny.

Niestety nie zasłyszałam nic godnego odnotowania o Kartlii Wewnętrznej (Gori), Samcche-Dżawachetii i Mccecie-Mtianetii. Jeśli się to zmieni - niezwłocznie wypełnię lukę ;)
















środa, 11 czerwca 2014

Chłodnik z ogórków, z makaronem, jajkiem i prażonymi orzechami

Skoro lato, to i chłodniki. Proste równanie. Jakoś nie toleruję gorącego, tłustego i mięsnego jedzenia w upalne dni. W zasadzie organizm chyba w ogóle się wówczas przed jedzeniem, a już zwłaszcza ciepłym i ciężkim, broni. Bo pracuje na najwyższych obrotach, aby schłodzić komórki. Easy. Żarło jedynie zawadza. Wrzucam zatem szybkie i orzeźwiające danie na bazie maconi i z nieodłącznym, gruzińskim składnikiem - orzechami włoskimi (tutaj zwanymi greckimi). W sam raz na upały, które nas ostatnio doprowadzają do wrzenia (zwłaszcza Tbilisi i okolice, całe południe - parno i skwarno, współczuję globtroterom, mnie by się nawet odechciało zwiedzać, gdy nie mogę normalnie oddychać i funkcjonować). Wiem, że Warszawa ma teraz podobnie, także - gorący (hehe) znak pokoju Kochani Przyjaciele! 

SKŁADNIKI:    (na około 9-10 porcji)
3 zielone ogórki
2 opakowania maconi (lub kefiru)
kilka kopiastych łyżek śmietany 15%
kilka garści makaronu muszelek (im drobniejszy tym lepszy)
duża garść orzechów włoskich
4 całe jajka
8 ząbków czosnku
świeży koper i szczypiorek
sól, pieprz

PRZYGOTOWANIE:
Maconi (lub kefir) rozbełtać ze śmietaną. Posolić, popieprzyć. Ogórki obrać ze skórki i zetrzeć na tarce z drobnymi oczkami, odcisnąć sok, posolić. Czosnek przecisnąć przez praskę. Posiekać drobno koperek i szczypiorek. Ugotować jajka na twardo, ostudzić, pokroić w kostkę. Orzechy uprażyć na rozgrzanej patelni. Ugotować makaron, wychłodzić. Wszystkie składniki dokładnie wymieszać. Odłożyć do lodówki na co najmniej godzinę. Podawać mocno schłodzone (nazwa zobowiązuje ;) i delektować się! ;)