logo

logo
współpracuję z:

poniedziałek, 31 marca 2014

Tbilisi walczy o ostatni skrawek zieleni miejskiej

Zagrzebałam się w internecie na pół dnia, czytając o wydarzeniach zupełnie bezprecedensowych jak na Gruzję. Wiedziałam o tym już wcześniej, informacje docierały także i od naocznych świadków, ale teraz dopiero, wyłuskując detale niemal hipsterskiego pospolitego ruszenia, przecierałam co raz oczy ze zdumienia. Otóż, Tbilisi nagle, znienacka zaskoczyło zorganizowaną akcją ekologiczną i społeczną zarazem, która trwa już dobrych kilka miesięcy, i wspierana jest zarówno przez alternatywne jednostki pokroju nadwiślańskiego hipstera jak i wymuskane gwiazdy gruzińskiej sceny. Proszę mi wierzyć, Gruzji poziom świadomości dotyczącej ochrony środowiska jest bardzo znikomy, zerowy niemal - już pominę sam fakt szokującego i masowego zaśmiecania własnego dobytku kulturowego i przyrodniczego, wystarczy spojrzeć z jaką bezmyślnością pakuje się tu każdą, najdrobniejszą rzecz w sklepie w foliową czarną śmierć dla środowiska. O co się zatem rozchodzi? 


Vake Park jest tbiliskim parkiem publicznym oddanym do użytku w 1946 roku, który oprócz okazałego ogrodu botanicznego sąsiadującego na Mtacmindzie z twierdzą Narikala, jest jedynym ocalałym wobec szalejącej aglomeryzacji (ponoć Tbilisi rozciąga się już na przestrzeni 40 km), przylądkiem zielonym w tym starożytnym mieście blokowisk. Mało. Reszta to skaliste wzgórza albo autostrady i ruchliwe ulice bez przejść dla pieszych. Prócz tego, Vake jest rajskim przedsionkiem najbardziej lansiarskiej dzielnicy Tbilisi o tej samej nazwie, której to barwny i radosny przekrój społeczny znakomicie uchwycił niejaki Zaza Burczuladze w książce "Adibas" (Tbilisi = fake city). Gorąco polecam, świetna proza! Mogę też uczciwie potwierdzić - park ów jest bardzo przyjemnym, obleganym nieustannie, nawet przez biegaczy (sic!) miejscem rekreacji całych pokoleń. Wszystko pięknie, do czasu. Jakieś pół roku temu, może dalej wstecz, nieznany mi jeszcze z detali biznesmen bądź też zagraniczna grupa kapitałowa zakupiła za śmieszną kwotę całkiem sporą połać ziemi wliczającą się ewidentnie w Vake Park. Krwiożercze biznesmeny postanowiły wybudować na owym terenie okazały, 7-piętrowy, luksusowy hotel. Inwestycję zresztą mocno popierają władze miasta, tłumacząc to tym, że "Tbilisi potrzebuje rozwoju i łóżek" (może mają na myśli rozwój demograficzny z udziałem zagranicznych czytaj - przypadkowych dawców?;)


Takoż i lud się zbuntował. Zbudował barykady, rozwiesił plakaty z hasłami na "nie", lampiony, pomalował twarze, dziewczyny przywiązują swoje nagie ciała do drzew (ok, żartuję, tu mnie ponosi wyobraźnia, a szkoda, bo fajnie by było obserwować takie rozpasanie w ultrakonserwatywnym kraju), zablokował dojazd buldożerów na miejsce paskudnej, krezusowskiej, kapitalistycznej budowy, ba! Rozstawiono nawet obszerne żołnierskie namioty, tworząc tym samym czasowe miasteczko protestacyjne i alternatywne koczowisko w jednym, zjednując sobie poparcie opinii społecznej warsztatami artystycznymi, wystawami, koncertami muzycznymi, wspólnym gotowaniem, graniem w frisbee i gorącą herbatą, gdy zimno. Zielone ludki stworzyły w mig 24-godzinną gwardię ochronną swojego ukochanego parku, miejsca, gdzie się spotykają, czytają, uprawiają swoje sporty lub seks ;). Kalendarz eventowy gruzińskiej eko-akcji robi wrażenie i ma dać do zrozumienia władzom i biznesmenom, że przestrzeń publiczna powinna pozostać nienaruszona jako dobro wspólne, nietykalne i ma być miejscem odpoczynku, rekreacji, zabawy, inspiracji, a nie bezmyślnego zbijania kasy na turystach. 




Dwiema "odnogami" organizacyjnymi koordynującymi akcją protestacyjną, w którą zaangażowały się już setki mieszkańców są Alternative Cultural Centre of Tbilisi (w skrócie ACCT), stworzone przez naszych znajomych z Hiszpanii i Litwy oraz Guerrilla Gardening Tbilisi (też się dziwię, że coś takiego tu mają, no ale co stolica to stolica jednak, sama też chcę zaszczepić ideę guerrilla gardeningu w moim mieście prowincjonalnym - pewnie nikt tu o tym nie słyszał, niedługo się przekonam ^^). Nie wiem jak się zakończy ta arcyciekawa historia, nie mniej jestem pod niemałym wrażeniem siły akcji, determinacji agendy za nią stojącej, poczucia jedności celu wśród tbilisczyków oraz spektakularnego przeobrażenia ruchu społecznego w wydarzenie o wielkim potencjale kulturalnym. Trzymam mocno kciuki, żeby w Vake Parku nie pojawiły się wkrótce luksusowe łóżka z Ikei dla celów prokreacyjnych zamiast drzew, trawy i zarośli, które przecież najlepiej spełniają tę rolę. Naturalnie ;)



niedziela, 23 marca 2014

Subiektywna typologia mężczyzn

Nie będę grzebać w charakterach Gruzinów, tym razem odpuszczę, zwłaszcza, że mogłabym ewentualnie pisać o jednym, wybranym charakterze wybranego mężczyzny, którego znam lepiej i który jest mi bliższy (i tu obraz byłby koślawy, bo nazbyt optymistyczny). Pisząc o całej reszcie (jest dość spora dysproporcja w udziałowym procencie mężczyzn i kobiet w społeczeństwie na korzyść tych pierwszych, odwrotnie niż w Polsce, co zresztą swego czasu zaowocowało bilateralną kooperatywą zatroskanych niżem demograficznym państw: http://sympatia.onet.pl/tips/gruzini-podbija-serca-polek,5455797,advice-detail.html), musiałabym bazować na moich nieprzyjemnych często doświadczeniach, co z kolei stawiałoby kolegów Gruzinów w jednoznacznie negatywnym świetle i byłoby niesprawiedliwe. Poza tym - jak zwykle, nie ma co generalizować.

Nie mniej jednak, żyjąc tutaj, nie sposób wyłączyć czystej obserwacji. Lubię przyglądać się ludziom (acz dyskretnie) bez względu na płeć (potrafię parę razy odwracać się za piękną kobietą, którą minę albo - w sytuacji bardziej statycznej i uziemionej - gapić się na taką nimfę dobrą minutę, po czym, korzystając z "okazji" powracać do jej podziwiania jak bumerang). Z mężczyznami rzecz ma się podobnie, ale nie Gruzji - tu muszę uważać. Tu Gruzini przejmują pałeczkę w dziedzinie przypatrywania się i jeśli nie chcesz mieć 237 zaproszeń od "nie wiadomo kogo" na fb w ciągu kilku dni i doświadczać innych natrętnych sytuacji - sama lepiej powstrzymuj się od gapienia, nawet jeśli jakiś "owoc" niebezpiecznie kusi. Bywają w Gruzji faceci przystojni, nawet bardzo, bywają mniej, jak wszędzie. Może nie zabrzmi to dobrze - ale lubię oglądać ludzi jako obiekty estetycznego zachwytu i często robię to na wpół świadomie. W Gruzji też czasami mi się to zdarza, chociaż zdecydowanie rzadziej niż w Polsce - z wiadomych względów.


Dziś zajmę się opakowaniem, urodą, pochylę się jak entomolog ze szkiełkiem nad okazami gatunku. Wydestyluję estetyczne walory z jakże ciekawego całokształtu, a bebechy charakteru, usposobienia i mentalności odrzucę jako - tym razem - nieistotne w rozważaniach.

W Gruzji istnieje kilka typów urodowo-atrybutowych mężczyzn. Wyodrębniłam najważniejsze (przy czym raczej skupiam się na młodszych egzemplarzach):

1. typ najczęściej spotykany - neandertalski (zupełnie serio - są naukowe opinie że rejon Kaukazu to jedno z miejsc początku rozwoju gatunku ludzkiego), trochę gangsterski, mocno zarośnięty czarną szczeciną, czasami kędzierzawą, kwadratowa sylwetka, czarne oczy (często nieco wyłupiaste - cecha nabyta) z zadziwiająco długimi rzęsami (to na plus), pełne policzki, jeśli nieco starszy - już z brzuchem, do cna niewysportowany (w każdym wieku) i raczej powolny w ruchach, złoty krzyżyk dumnie walczący o miejsce na klatce piersiowej z gęstym zarostem, spojrzenie (mało rozgarnięte) i postawa macho (nawet jak liliput), skóra, fura (z niebieskimi światłami) i Iphonura (w zasadzie to jest to, co my mieliśmy u siebie w latach 90. z różnicą w marce telefonu), karnacja ciemna lub jasna, niezbywalnym atrybutem są okulary przeciwsłoneczne pilotki (nawet w zimie bez ekspozycji na słońce) i papierosy (chcą wyglądać jak kaukaska wersja James'a Deana, ale im się nie udaje, za to śmierdzą papierochami na kilometr), oczywiście bywają i względnie atrakcyjne przypadki (które być może dałoby się wyodrębnić w osobną grupę, gdyż cechuje ich także większa delikatność rysów twarzy a'la Oliver Martinez), zwłaszcza te młode jeszcze, ale ze względu na przeogromne poczucie własnej ważności, wyższości i zajebistości (brak samokrytycyzmu to cecha tego narodu) - raczej są przeze mnie notorycznie wyśmiewani, mogę ich ewentualnie podziwiać na zdjęciach, okazy ożywione włożone w pozę kaukaskiego macho są już tylko niestety godne politowania.

Neandertalskie (przyjaźń męska bardzo tu popularna, ale to "tylko" przyjaźń, proszę pochopnie nie wyciągać wniosków, panowie zawsze całują się w policzek na powitanie :D):
                       
Oficjalnie jednak są homofobami:
W związku z czym  nawet po śmierci chcą być pamiętani w blasku maczyzmu (no, może nie wszyscy są/byli mafiosami jak ten tu niżej):
I uładzone "Martinezy": 

2. typ ryżawy, rzadszy (ku nieszczęściu autorki) i spotykany raz na jakiś czas (ku wielkiej chęci częstszego kontaktu z okazami), rudy lekko, symbolicznie lub jaskrawo, ewentualnie rudo-blondyn, typ roboczo nazywany "gruzińskim Vincentem Casselem", jasna skóra, oczy niebieskie, oczywiście w pakiecie z rudością - częste występowanie piegów, mocno zarysowana szczęka, szczupły, męski i zdecydowany nos Samuela Becketta (mój ideał wśród męskich nosów) nie wiem na ile niestandardowość tegoż typu urodowego w zalewie gorylowatych (jak wyżej, pomijając "Martinezy") wpływa na zachowanie, ale coś jest na rzeczy, gdyż typ ryży nie przejawia wybitnej natarczywości, tudzież namolności, zazwyczaj jest spokojniejszy w obejściu (ale zdarzają się też wyjątki - razu jednego autostopowego szalony ćpun za kierownicą, wypisz wymaluj Cassel). mój osobisty number one. na żywo do spotkania w hostelu Kote w Kutaisi.
           
                                                     Wzorzec z Sevres dla "Casseli":
                                                                   Nos "Casseli":

3. typ "niewiadomoskądto" - bo ani czorny, ani rudy, jakiś taki nawet zgrabny na ciele (ale wciąż cherlawy, niewysportowany, kaloryfera na brzuchu niet - i to go w jakiś sposób stygmatyzuje na Gruzina) ciemno-blondyn, można by pomylić z Polakiem czasami (informatykiem), jasna karnacja skóry, chude nadgarstki, okulary (korekcyjne dla odmiany). Kaukazczyk co prawda a Słowianin jak nic! i mówię tu o okazach, co do których mam pewność, że są z krwi i kości gruzińskiego pochodzenia, nie o przechodniach-turystach w Tbilisi. zdecydowanie przyjemniejszy estetycznie typ niż gruboskórny "czarny" w czarnej skórze i z petem, wyróżnia się tym, że jest jak niczym się nie wyróżniający Polak (czyli już lepiej niż typowy macho Gruzin), chociaż zdarzają się ciekawe estetycznie typy "disco polo". mało ich, ale są.  

                                                              "Niewiadomoco":

4. typ ostatni = zabroniony (ale dla koneserek "piękna" brodatego w sam raz), prawosławny pop (wciąż mimo to mężczyzna) - men in black, macho prawie jak typ numer 1, choć w sukience, na co dzień długa czarna spódnica, czasami spodnie, toczek i obszerna kamizela, najlepsza limuzyna w całej okolicy jako niezbędny atrybut i komórka w jednym pęczku z modlitewnikiem i różańcem, wielka broda zasłaniająca pół twarzy (w zależności od tego czy jest typem czarnym, rudym czy "niewiadomojakim" - adekwatny kolor zarostu), zdecydowany chód, długi krok, autorytarne, pewne siebie spojrzenie, wiecznie w biegu, śluby, chrzty i pogrzeby w jedyne 5 minut.
                 
                                                                  Popowe:

Mimo, że trafiają się przypadki niewyględne, jest to dość przystojny naród, w sukience czy bez. I w przypływie szczerości powiem, że uwielbiam ich oglądać na scenie, gdy tańczą, skaczą i wymachują tymi swoimi mieczykami moje lubione rachuli lub inne tańce gruzińskie. 100% do seksowności, dla każdego typu :)

czwartek, 20 marca 2014

Panierowane pieczarki zapiekane pod gruzińskim serem

Oprócz tego, że jestem fanką chleba i wina, lubię też grzyby. I grzybobranie o wschodzie słońca w lasach janowskich (w sąsiedniej Rachy tkibulskie chłopaki zbierają grzybki innego rodzaju, halucynogennego, ewentualnie uprawiają "maryśkę" na parapecie u babci - sama widziałam). Kiedy zdobyłam w końcu w moim nieco niedoasortymentowanym miasteczku (co ciekawe, jeśli coś lubimy i wykupimy zapas, później zazwyczaj następnej dostawy się już nie doczekujemy) opakowanie świeżych pieczarek nie musiałam się długo zastanawiać co z nimi zrobić, tym bardziej, że zostało mi trochę tartego razowca. Będzie pysznie ;)) ! 

Ponoć, jak wyczytałam w internetach, Gruzja ma swoje plantacje pieczarek m.in w okolicach Gori, czym zaspokaja własne, krajowe zapotrzebowanie. Małe są i mizerne (przynajmniej te które ja dostałam), ale ważne, że swoje, prawda? Zawsze twierdziłam, że jeśli nie ma warunków do uprawy jakichś warzyw czy owoców na miejscu to trzeba inwestować pieniądze w takie innowacje, które pozwolą tworzyć krok po kroku zręby samowystarczalności ekonomicznej, a innowacje i tak szybko stanieją. Autarkia (samowystarczalność gospodarcza ~ izolacja) co prawda może prowadzić także do izolacji  politycznej, ale jakże dobrze nie musieć liczyć na innych w tak strategicznych obszarach jak uprawa pieczarek chociażby! Zatem kompletnie niesamodzielna ekonomicznie Gruzja nie musi uzależniać się od sąsiadów w kwestii dostaw pieczarek. Tym razem oni mogą dyktować warunki.

Kilkakrotnie zdarzało mi się w czasie supr, wyjazdów i restauracyjnych kolacji próbować gorącej przekąski zwanej po gruzińsku sokos qudebi (gruz. sokoebi - grzyby) - są to kapelusze grzybów, zazwyczaj właśnie pieczarek, uduszone w sosie własnym, na żywca, w grubej glinianej piali z cebulą, czosnkiem i serem, którym tradycyjnie jest sulguni (niesłony, biały, miękki ser w rodzaju mozzarelli). Można kombinować z przyprawami (w ogóle w kuchni NALEŻY kombinować, zawsze!). Mnie wystarcza świeżo zmielony czarny pieprz. Pieczarki świetnie się dogadują z pieczonymi, złocistymi plasterkami ziemniaków. Generalnie moja wersja jest nieco inna - przed zapieczeniem grzybów z serem, panierowałam je w razowcu. Czyli takie dwa w jednym - panierowane & faszerowane pieczarki.

PRZEPIS (2 porcje)
Składniki:
  • opakowanie pieczarek
  • 2 jajka
  • sól, pieprz
  • szczypiorek
  • tarta bułka, lub chleb razowy - szklanka
  • masło lub olej
  • ser typu sulguni (w Polsce - mozzarella z fetą, w moim przypadku - najmniej słony ser jaki znalazłam na bazarze)
  • 1 cebula, 3 ząbki czosnku
  • 3 nieduże ziemniaki
PRZYGOTOWANIE:

Kroimy drobno cebulę, przeciskamy czosnek przez praskę. Podsmażamy na oleju. Obieramy pieczarki, odrywamy nóżki, panierujemy w rozbełtanym jajku i bułce tartej. Gotujemy ziemniaki, kroimy na talarki i podsmażamy na złocisto. Siekamy szczypiorek. Ser kroimy w małe kwadraty (tak żeby zmieściły się w kapeluszach pieczarek). Odstawiamy panierowane pieczarki, wkładamy ser. Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni. Pieczarki faszerowane serem wkładamy do żaroodpornego naczynia. Pieczemy (w zasadzie chodzi jedynie o lekkie podtopienie sera na wierzchu) ok. 10 minut. Parujące grzyby kładziemy na warstwie ziemniaków, polewamy sosem czosnkowo-cebulowym i posypujemy zieleniną. Delektujemy się!

Niezbyt zdrowe toto, ale raz na jakiś czas można!
Moja wersja:



A tak to będzie prawdopodobnie wyglądać w gru restoranie z dorodnymi, ładnymi pieczarkami (w zwykłym przydrożnym barze w Gruzji raczej nie uraczycie, ale w takiej na przykład "Małej Gruzji" w Warszawie - jak najbardziej!):










niedziela, 16 marca 2014

Lobio - wariacja na temat czerwonej fasoli i orzechów

Od jakiegoś czasu tkwiła mi w książce "Kuchnia polska" karteczka z przepisem na typowo gruzińskie lobio. Obok odręcznie wykaligrafowanego przepisu mamy na polski sernik wrzucony między stronami zaraz przed wyjazdem niczym kwiat do zasuszenia z wakacji. W szafce zaś czekał worek fasoli wygrzebany w przepastnej spiżarni nauczycielki języka (do której to schodzi się po drabince ;). Coś trzeba było w końcu z tym zrobić. Ugotować lobio, chociażby ;)

Lobio semantycznie zawiera w sobie element wieloznaczności i jest bazą dla najczęściej spożywanych tutaj potraw, a etymologia słowa jest bardzo prosta, gdyż oznacza ni mniej ni więcej niż fasolę. Dowolną. Lobio może przybrać postać gęstej pasty, potrawki, spożywanej na zimno i na gorąco, do smarowania pieczywa lub do włożenia w mączny placek - powstaje wówczas lobiani (typ ogólnie pojętego chaczapuri, które zamiast sera w środku ma zmiksowaną suchą pastę fasolową, zazwyczaj czerwonej barwy, zdrowsze i mniej tłuste niż zwyczajowy chaczaps). W Gruzji można spotkać bardzo wiele odmian, kształtów i kolorów tej rośliny strączkowej. Prowadząc "dywagacje" o fasoli, do głowy przychodzi mi automatycznie pamiętna scena z "Amelii", gdy bohaterka zanurza dłoń w worku fasoli - potwierdzam, bardzo miłe doznania zmysłowe, prawie jak grzebanie w chłodnej ziemi podczas sadzenia wszelakiej zieleniny ^^. 

Najpopularniejszą potrawą określaną stricte jako lobio (i to będzie zazwyczaj stało za punktem "lobio" w restauracyjnym jadłospisie - w Gruzji oczywiście, nie ręczę za restauracje serwujące para-gruzińską kuchnię w Polsce lub w innych krajach, krakowska sieć "Gruzińskie chaczapuri" to niestety śmiech na sali) jest gęsta, przecierowa, parująca zupa-krem z czerwonej fasoli, podawana często z chlebem typu lawasz (jako "stara" maniaczka chleba w najróżniejszej postaci powiadam - chleb jest dobry na wszystko ;). Każde lobio będzie się nieco różnić od siebie (zresztą jak wersje tego samego dania - wszędzie), gdyż spinający smak zależy w dużej mierze od ilości i kombinacji użytych przypraw i od ręki "sypiącego" ;) - istnieje specjalna mieszkanka przypraw zwana "lobiostvis" (można kupić na dowolnym targu), przeznaczona do przyrządzania tejże zupy i według mnie - rzeczywiście robi różnicę. Lobio z czerwonej fasoli jest bardzo sycące, idealna potrawa na zimę lub chłodne, deszczowe wieczory, powinno być mocno pikantne i aromatyczne, z wyczuwalną nutą czosnku i orzechów, wydobywającą smak fasoli. 


Moje danie, skromnie przyznam, wyszło doskonałe! Niektórzy idą na łatwiznę i miksują prawie dogotowaną fasolę lub mieszają z puszkowaną (trochę herezja..), ja natomiast dzielnie gotowałam fasolę parę godzin aż do jej całkowitego rozpadu. Namaczania nocnego jednak nijak się nie ominie w przypadku strączków (no chyba, że użyje się tylko fasoli z puszki). Po mojej kolejnej już sesji z kuchnią gruzińską w mieszkaniu długo unosił się ciepły aromat fasolowy. Niestety nie miałam soku z granatów, który się zwykle dodaje do tej przepysznej zupy i który też - ponoć - robi różnicę, ale wkładam w przepis, niech będzie po Bożemu ;)


PRZEPIS NA LOBIO
SKŁADNIKI:
  • 0,5 kg czerwonej fasoli
  • szklanka soku z granatów
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 duża cebula
  • 1-2 ostre papryczki
  • kilka listków laurowych
  • 2 duże marchewki
  • spory pęczek natki pietruszki (jeśli ktoś dostanie świeżą kolendrę - to można pomieszać i zrobić mix zieleniny, osobiście kolendry nie włączam, gdyż ma dla mnie zbyt dominujący smak)
  • garść orzechów włoskich
  • sól i pieprz, mix przypraw do lobio "lobiostvis"
  • olej do smażenia
PRZYGOTOWANIE:

Fasolę zalewamy wodą na noc, dodajemy listki laurowe. Rano cedzimy i zalewamy świeżą wodą. Gdy fasola rozmięknie, zmieniamy wodę po raz kolejny i zagotowujemy. Gotujemy kilka godzin (3-4 h), mieszając, żeby nie przywierała i dolewając wody, gdy zbyt mocno gęstnieje. Fasola zacznie się rozpadać w gęsty krem koloru bordowego. W tym czasie kroimy w kostkę cebulę, czosnek i ostrą papryczkę, marchewkę w talarki. Zasmażamy wszystko na oleju. Orzechy lekko rumienimy na patelni. W ostatniej fazie gotowania dodajemy warzywa oraz przyprawy, sól i pieprz według uznania (lepsza jest ostrzejsza, chociaż papryczka już robi swoje). Wlewamy sok z granatów. Na koniec dodajemy zieleninę - pietruszkę lub kolendrę. Porządnie mieszamy. Pozostawiamy do lekkiego ostygnięcia. Ozdabiamy liśćmi pietruszki i orzechami. Podajemy z chlebem (lawasz, szotis puri) lub grzankami.






piątek, 14 marca 2014

Co dobrego o Sakartvelo?

Jako że, po jednym z ostatnich postów (i może po kilku westchnieniach w stronę Warszawy na fb) rozeszła się plotka, że Gruzji nie lubię i wręcz cierpię tu niewysłowione katusze, że popełniłam jakiś monstrualny błąd wypuszczając się w Kaukaz, a na mojej gustownej tapecie w mieszkaniu wycinam kolejno kwiatki odliczając dni do wyjazdu, śpieszę z postem równoważącym to wrażenie. Po pierwsze należy zrozumieć, że czym innym jest podróżowanie po Gruzji, stricte turystyczna (mainstreamowo turystyczna) i krótkotrwała zabawa odbijania się od jednego wygłaszczonego miejsca wskazanego przez przewodnik do drugiego i na koniec ucieczka do własnego, ciepłego, wygodnego łóżka z masą napstrykanych zdjęć "zielonego Eldorado" do poduszki, a czym innym mieszkanie tutaj bite 24 h na dobę. Z wszystkimi niedogodnościami i nonsensami included. Zresztą, wybaczcie cliche, nie dotyczy to tylko Gruzji, ale każdego bez wyjątku państwa w którym przebywamy nieco dłużej, a które - po prostu - nie jest naszą ojczyzną. Francja, Anglia czy Bangladesz - wszystko jedno, bo cała istota sprawy, jakże bolesna nieraz kwintesencja, nie leży bynajmniej w stopniu rozwoju cywilizacyjnego konkretnego państwa (chociaż, po prawdzie, mieszkając parę lat temu w Niemczech praktycznie nie doświadczałam nerwicy - ale to pewnie wina wybiórczości pamięci). 

Kraj, w którym się urodziliśmy niemal niezauważenie wstrzykuje nam do krwiobiegu lokalne kody kulturowe (co nie przeszkadza nam w jego permanentnym krytykowaniu, bo to wszak zwykle trudna miłość jest), w obcym kraju poruszamy się już zwykle po omacku, bez znajomości owych kodów, które i tak są zazwyczaj niewyuczalne, działamy metodą prób i błędów, niezależnie od tego jak wiele mądrych ksiąg i opracowań akademickich grzebiących w danej mentalności przeczytaliśmy. To po prostu trzeba przeżyć. Na własnej skórze. Ale nie ma tego złego, bo w końcu "scars are tattoos with better stories". Nie, nie żałuję swojej decyzji, bo dzięki "przetarciu" się w zupełnie innym (i trochę odjechanym) mentalnościowo sosie dowiedziałam się bardzo wiele o sobie samej i chyba dojrzałam albo może do-dojrzałam. I Wam również polecam życie chociaż przez moment (rok w perspektywie całego życia to ledwie moment) w innym kraju - nie ma lepszej szkoły nad własnymi słabościami, lękami, pragnieniami i celami niż włożenie siebie z premedytacją w odmienny kontekst kulturowy. 


Z pełną szczerością i odpowiedzialnością (za ostateczne odkrycie kart i odczarowanie Gruzji przedstawianej obecnie w Polsce w nazbyt kolorowych barwach) wyłuskałam część rzeczy, które mnie w Gruzji denerwują (niektóre są czynnikiem drażniącym tylko w reakcji z moją osobą, podczas gdy wiele z tych spostrzeżeń jest dzielonych z innych ekspatami spotykanymi w Gruzji, powiadam Wam, że gdy już się zbierzemy tylko w naszym ekskluzywnie gronie "nie-Gruzinów" gros naszego czasu zajmują dyskusje dlaczego "jest jak jest", będące zawsze niedoskonałą próbą zbudowania kompletnego studium socjologicznego narodu wśród którego obecnie żyjemy). Nie mniej jednak, naprawdę, przyrzekam, znajduję też miłe sercu pozytywy, za którymi będę rzeczywiście, bez ściemy, tęsknić! Może rok to również wcale nie tak dużo, może nie mam prawa krytykować, wypominać...Ale na pewno mam prawo zauważać! Życie jest krótkie, dobrze więc żeby chociaż nie było banalne.


A zatem co my tu mamy...Wybór w pełni autorski. Nie wiem czy to dużo czy mało, ale tyle jestem w stanie na ten moment sobie przypomnieć.
  • przyroda. nie podrasowana, nie zniekształcona ręką człowieka, dzika, naturalna. autentycznie majestatyczne góry Kaukazu, wodospady, lodowce, czyste rzeki. nie są to Stany, nie jest to Kanada, w Polsce też można znaleźć piękne rezerwaty przyrody (i w prawie każdym kraju świata), ale trzeba być uczciwym i przyznać Gruzinom, że jakkolwiek geopolitycznie Zakaukazie jawi się prawie jak przekleństwo, to uroda krainy wynagradza ewentualne straty moralne (również dosłownie - w banknotach turystów), jeśli nie są posunięte do zniknięcia z mapy politycznej świata np. za sprawą Matiuszki Rossiji; będę tęsknić za kontrapunktowością przestrzeni, której brakuje w Warszawie (Warszawa ma za to inne zalety)
  • absolutnie najpiękniejsze gwiazdy jakie kiedykolwiek w życiu widziałam, zdają się być bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki; uczty na dachach pod rozgwieżdżonym niebem to jest żywa magia!
  • wybrane potrawy - np. chaczapuri adżarskie z jajkiem na wierzchu (kulinarna śmierć, ale przepyszna) czy bakłażany z pastą orzechową, świeże czurczchele (orzechy w polewie winogronowej), gruzińskie pierogi - chinkali też dają radę; dobrze, że niektóre z nich można przygotować w Polsce bazując na tym co u nas dostępne; naturalne, nie przekombinowane genetycznie owoce i warzywa - zwłaszcza wiosną i latem, bo zima to już zdecydowanie należy tylko li prawie do ziemniaków (które nomen omen są o wiele lepsze niż w Polsce!)
  • specjalne, multifunkcyjne automaty płatnicze na każdym kroku (zdarzało mi się już spotykać je dosłownie w sklepach postawionych w "żywym polu", na kompletnym odludziu, co sprawiało dość kosmiczne wrażenie), za pomocą których można dokonywać wszelkich opłat, począwszy od doładowania telefonu, przez regulowanie rachunków za gaz, światło czy prąd, skończywszy na usługach sprzątania. bardzo praktyczna rzecz. 
  • ogromne katedry i monastyry położone często gdzieś "na końcu świata" w otoczeniu ośnieżonych szczytów - co prawda, wiele z nich jest "na jedno kopyto", na planie krzyża, z kopułami, i podobnymi w treści freskami - zgodne z ortodoksyjnymi wytycznymi architektury prawosławnej, po "zaliczeniu" któregoś z rzędu zabytku wiadomo czego się spodziewać następnym razem, główną ich zaletą jest antyczność - wielka zaleta, racja, mury pamiętające setki lat, ale wszystko to kosztem oryginalności. jedna szkoła architektury sakralnej gwarantuje te same doznania estetyczne we wszystkich regionach Gruzji
  • brzmienie języka i czyste piękno starożytnego alfabetu, które "egzotyzuje" otoczenie, mocowanie się z gramatyką też bywa bardzo przyjemne
  • niezwykła aromatyczność ziół i przypraw, które potrafią nadać ostateczny szlif potrawom, nie do podrobienia w zasadzie nigdzie poza zasięgiem dostępności owych mieszanek i kombinacji przypraw, do tego są tak tanie!
  • dobre wina, zwłaszcza w Kachetii; fakt, że niemal każda rodzina produkuje własne wino, niczym swój herb smakowy, poplątane winorośla przy każdym domostwie - "w dzikie wino zaplątani" ^^
  • krużganki, patia i balkony - ażurowe, zdobione, szerokie, zadaszone, ażury współgrają ze światłem i cieniem tworząc tymczasowe świetlne płaskorzeźby na fasadach; nieodłączona część staromiejskiego krajobrazu Tbilisi
  • megrelski ketchup, rosyjski majonez i gruzińska lemoniada
  • bezpośredniość interakcji na bazarach i targach - wszystkiego można spróbować, powąchać, dotknąć, poradzić się co do przepisu, poplotkować, poćwiczyć swój gruziński, odchodząc zawsze z komentarzem w tle "kargi gogo" ("dobre dziewczę"); co prawda po wyprawie na duże bazary tbiliskie jestem wykończona, ale za to naładowana pozytywną energią i ciepłem ludzi (nawet jeśli trochę wyuczonym "pod turystów"), ten rodzaj otwartości od czasu do czasu, zupełnie mi odpowiada
  • toasty podczas supr (tradycyjnych gruzińskich uczt) - niektóre, mimo że powtarzane i słyszane wielokrotnie, za każdym razem traktowane z najwyższym szacunkiem i odbijające osobowość wznoszącego toast, przybierające częstokroć postać przypowieści i alegorii, część spuścizny literackiej Gruzinów; atmosfera przyjaźni i tolerancji przy stole (który może być zupełnie prowizoryczny); supry na cmentarzach - wznoszenie toastów za zmarłych na grobach (naprawdę to lubię! i nie widzę w tym "profanacji" miejsca spoczynku)
  • fotografie lub portrety nagrobne (często naturalnej wielkości) przedstawiające zmarłego w charakterystycznej dla niego sytuacji z całym inwentarzem przedmiotów dla niego typowych - np. w samochodzie za kierownicą, wznoszącego toast, tudzież rąbiącego drewno - bardzo zabawne :D
  • super-delikatne zapachowe chusteczki higieniczne (jestem prawie całkowicie poczytalna, gdy to piszę :D)
  • nieprzewidywalność, temperament, uciekanie schematom - także bywa fajne, bo znamionuje przygody, gdziekolwiek by się nie poruszyć
  • gruzińskie kobiety, pomocne, ciepłe, pracowite, skromne, wykształcone, świadome i dużo, duuużo mądrzejsze od mężczyzn - różnica w reprezentowanym poziomie jest kolosalna; muszę też z drugiej strony przyznać, że mężczyźni bywają czasami bardzo przystojni (ale palą, piją i nie uprawiają sportów, co całkowicie ich skreśla w moich oczach)
  • rozbrajająca dbałość o dzieci. dzieci mają tu rzeczywiście ładne. i zdolne. niestety potem szybko i paskudnie bisurmanieją, dotyczy głównie  płci męskiej
  • Tbilisi, saute. wyjątkowe miasto, może właśnie dlatego, że bardziej europejskie niż gruzińskie; oglądanie gwiazd i nocnych świateł miasta na Mtacmindzie; łaźnie tbiliskie i sauny
  • niesamowity, barwny folklor i stosunek do niego - traktowany z poważeniem, wychuchany i dopieszczony, powód do uzasadnionej dumy - wspaniałych tańców gruzińskich uczy się tu dzieci od samego początku edukacji (w ramach edukacji formalnej, a nie dodatkowej, umiejętność zatańczenia narodowych tańców nie podlega dyskusji i wyborowi - trzeba i już!)
  • bezbrzeżna horyzontalność przestrzeni, stepowość, vide: okolice David Garedża oraz Parku Waszlowani na granicy z Azerbejdżanem
  • świeże, gorące szotis puri - gruziński chleb w kształcie wrzeciona prosto z pieca, z soczystymi  pomidorami
  • doskonałe, wyborne wręcz warunki dla raftingu -  rwące, górskie rzeki, zwłaszcza w regionie Racha
Więcej grzechów nie pamiętam ;)



środa, 12 marca 2014

Urodzinowy występ w Georgian TV

Tak się złożyło, że inauguracja naszego projektu artystycznego Before I Die Wall, nad którym pracowałyśmy kilka dobrych miesięcy, przypadła w moje urodziny, 9 marca. Ok, wróć - bardzo chciałam, żeby start projektu-pupilka zsynchronizował się z oficjalnym dniem mojego osobistego jubileuszu i tak też się stało, dopięłam celu. Chciałam, bo bycie częścią międzynarodowego, ogólnoświatowego projektu street-artowego i społecznego, któremu życie dała Candy Chang parę lat temu w Nowym Orleanie, chodziło mi po głowie od dawna, zyskując po drodze postać małego marzenia (dużym jest przebiegnięcie maratonu, raz już byłam blisko), które równie dobrze mogłam zapisać na tablicy. Zabawne, że dokładnie rok temu pisałam o projekcie w ramach mojej współpracy z kampaniespołeczne.pl, zupełnie nie spodziewając się, że za 12 miesięcy sama pokieruję akcją lokalnie i to na dodatek w innym kraju, wklejam zatem link do pamiętnego tekstu, niechże posłuży za sentymentalny wstęp:

http://www.kampaniespoleczne.pl/projekty_zaangazowane,5526,marzenia_wypisane_kreda_na_murze

Okazja dołożenia własnej cegiełki do globalnej akcji, nazwanej przez prasę - jedną z najbardziej owocnych i ciekawych kampanii społecznych w historii (na pewno o najszerszym zasięgu), trafiła się tutaj, w Gruzji, co było tym większym wyzwaniem (obca mentalność, inny język, problemy ze zdobyciem niezbędnych materiałów, przeciągające się rozmowy z autochtonami dotyczące logistyki, nieufność lokalsów), a co za tym idzie - daje większą frajdę i satysfakcję z wykonanego ostatecznie zadania. Już po ceremonii otwarcia, która odbyła się w starym miejskim amfiteatrze (nie umniejszając - "Tkibulan Forum Romanum"), jesteśmy właśnie w trakcie przeprowadzania eksperymentu w Tkibuli, po czym, naszym celem, zgodnie z koncepcją mobilności projektu, będzie wysłanie tablicy w podróż po miastach Gruzji (jeśli małe tkibulskie "przestępczyki" i chuligany całkowicie nam jej nie zaprzepaszczą i będzie się jeszcze do czegoś nadawała). W przygotowanie tablicy włożyłyśmy sporo serca, czasu i zachodu własnego oraz innych "aktorów" na scenie (którzy chociażby podawali nam w ostatniej chwili przez marszrutkę w Tbilisi kolejną białą farbę w sprayu do robienia napisów, gdy nieoczekiwanie skończyły się zapasy bez możliwości ich uzupełnienia w naszej  niedoasortymentowanej pustyni cywilizacyjnej).











Idea projektu: stawiamy tablicę kredową (lub malujemy ścianę budynku za pozwoleniem zarządców miasta) w centralnym miejscu z zapewnionym regularnym ruchem pieszych. Na ścianie widnieje duży tytuł: Before I Die...oraz cała sekwencja pieczątek o treści: Before I Die I want...", co jest niemym wezwaniem dla przechodnia o dopisanie własnej odpowiedzi za pomocą kolorowej kredy. Wychodząc naprzeciw zróżnicowaniu w zakresie znajomości języków obcych w Gruzji, zrobiłyśmy tablicę w wersji dwustronnej - można zarówno wyrazić swoje pragnienia w języku gruzińskim (co jest znaczenie częstsze w przypadku Tkibuli) lub w języku angielskim (po drugiej stronie). Tablica została postawiona na okres około tygodnia (w zależności od pogody wydłużamy czas) przy głównym placu Tkibuli, pod teatrem. Start: 10 marca 2014 roku.


Na kilka dni przed wydarzeniem przygotowałyśmy akcję promocyjną – w kilku strategicznych miejscach pozostawiłyśmy ulotki z informacją o projekcie i zaproszeniem na otwarcie oraz rozwiesiłyśmy plakaty. Oczywiście, w kraju nieprzytomnie zakochanym w Facebooku, nie mogłybyśmy nic wskórać bez utworzenia eventu w tym kanale i zaproszenia imiennego naszych gości. Złożyłyśmy również wizytę u mera miasta Tkibuli, gdzie przy „prawie” okrągłym stole wyjaśniłyśmy ideę projektu i uzyskałyśmy pełną zgodę i wsparcie miejskich notabli.

Dzień ceremonii otwarcia zaczął się od poszukiwania męskiej ekipy do przeniesienia tablicy z naszego biura na scenę amfiteatralną pod Pałacem Młodzieży (w każdym mieście w Gruzji łącznie z Tbilisi można znaleźć tzw. pałace młodzieży, które często są siedzibami wyśmienitych szkół szachowych). Nieoceniony nasz przyjaciel, Giorgij, szef (i szach) miejskich wodociągów, dzięki któremu już nie mamy więcej problemów z niedoborem wody w mieszkaniu, posiadający najbardziej wypasiony (znaczy się największy gabarytowo) wóz w całym mieście został ku tej okazji wezwany i stawił się natychmiast. Dzięki naszym kochanym kolegom (tak, tak, są też fajni faceci tutaj, ale to rarytas i rzadkość na miarę białego kruka): Valeremu, Zazie (pieszczotliwie zwanym "Zazuna" = gruz.chomik), Guramowi, Avto i Giorgiemu udało się przetransportować tablice i przygotować scenę. Niestety, mimo że pogoda się poprawiła i wyszło piękne słońce, wiatr był niemiłosierny, więc na czas eventu musiałyśmy "zatrudnić" dwóch panów do trzymania tablicy, której niestabilność nie miała tego dnia szans z silnymi podmuchami. I tak kilka razy, korzystając z naszej nieuwagi, "ściana" nam z hukiem upadła, ale przynajmniej było śmiesznie (widok masowego ruchu naszych gości rzucających się ratować tablicę - bezcenny!);) Ostateczne miejsce, gdzie stanęła tablica - przed gmachem teatru, zostało już, rzecz jasna, przed podobnymi upadkami i niefrasobliwościami solidnie zabezpieczone.

Na ceremonii otwarcia opowiedziałyśmy krótko po gruzińsku o projekcie, jego proweniencji, zasięgu, ideach etc. Następnie na scenie wystąpił gruziński wirtuoz gitary i prywatnie nasz przyjaciel, Guram Beżanishvili, zwany "Czukczu" lub "Little Santa Claus", który w latach 70-tych frontmenował popularnej rockowej kapeli. Po oficjaliach przyszedł czas na wzniesienie toastu w tradycyjnych gruzińskich rogach za pomyślność projektu i zdrowie gości oraz krojenie pięknego (i zniewalająco pysznego) tortu z napisem "Before I Die..."(który nieoczekiwanie dla mnie przybrał postać urodzinowego ze świeczkami bezbronnymi wobec siły wiatru). Tort autorstwa naszej sąsiadki Mariki, miastowej specjalistki od tortów na wszelkie okazje. Poszły w ruch pierwsze wpisy na Tablicy. W międzyczasie mocno rozbawiona udzielałam wywiadu dla lokalnej TV (było już składanie zeznań po rosyjsku na policji, teraz trzeba postawić na karierę w gruzińskiej telewizji :D). LINK DO FILMU (materiał przygotowany przez Okriba News): https://www.youtube.com/watch?v=30HPZw5T76I&feature=youtu.be

Urodziny (pierwsze i raczej ostatnie w Gruzji) zakończyła spontaniczna supra w murach Pałacu Młodzieży przy pętach kiełbasy, stosie chaczapuri i lobiani oraz szklankach szampana (dla równowagi), podczas której wysłuchałyśmy pięknych, długich toastów (tamada, wznosząc swój toast, niczym Jared Leto po otrzymaniu Oscara, pamiętał także o newralgicznej sytuacji na Ukrainie) oraz gruzińskich pieśni przy akompaniamencie gitary. Same, na prośbę Gruzinów, sięgnęłyśmy po polski repertuar i zaśpiewałyśmy nieśmiertelne "Sokoły" oraz "Kołysankę dla nieznajomej".







Wiekopomny wywiad dla gruzińskiej telewizji. Pokażę kiedyś swoim dzieciom jak to się matka produkowała  za granicą ;):








 

Pierwsze dni projektu dzięki łaskawej, słonecznej i wiosennej pogodzie zagwarantowały nam dobre nastroje i spory ruch przy tablicy. Większość zaangażowanych w udział w projekcie stanowiła młodzież szkolna i licealna wracająca ze swoich zajęć lekcyjnych, starsi podchodzili co prawda zainteresowani, z lekka zawstydzeni i niepewni, wypytywali nas o akcję, ale często, mimo naszych próśb, nie chcieli napisać swojego marzenia, zbywając nas „to dla młodych, my już za starzy na to”. Nie mniej jednak pojawiło się kilkoro odważnych seniorów, co nas bardzo ucieszyło. Pierwszego, najbardziej intensywnego dnia, spędziłyśmy kilka godzin przy tablicy, wchodząc w interakcje z mieszkańcami, usilnie ćwicząc swój gruziński i chyba zdobywając sympatię i aprobatę dla naszych działań. W kolejne dni doglądałyśmy tablicy, pilnie śledząc zmiany, nowe wpisy, dokumentując je i czyszcząc powierzchnię, robiąc miejsce dla nowych marzeń. Oczywiście, jak można było się spodziewać, każda akcja w miejscu publicznym wiąże się z mniej przyjemnymi sytuacjami, którymi w naszym przypadku były wulgarne wpisy (usuwane tak szybko jak się dało), wydrapane słowa/rysunki na tablicy czy notoryczne znikanie kredy. Projekt – lustro odbijające marzenia i pragnienia społeczności lokalnych, wypadł ciekawie, dowiedziałyśmy się więcej o naszych tymczasowych sąsiadach, teraz pora na inne miasta, dzięki czemu na koniec, przed naszym wyjazdem z Gruzji, będziemy mogły zrobić porównanie różnych regionów w które zawita nasza tablica z wykorzystaniem socjologicznych metod badawczych. Jedyne na co liczymy to szacunek Gruzinów wobec tablicy, aby jej stan nie pogarszał się drastycznie aż do całkowitego unicestwienia oraz sumienna dokumentacja efektów przez inne grupy projektowe, przejmujące tablicę w swoje czasowe posiadanie. Następnym przystankiem będzie Gori!!

Skończone 29 lat, rozpoczęty kolejny projekt na skalę krajową! Więcej zdjęć akcji na naszej stronie na FB:

https://www.facebook.com/media/set/?set=a.667830353277465.1073741832.652995648094269&type=3



















Tkibulskie gęsi z Central Staw także wygdakały swoje marzenie (każdy reprezentant ludzkiego gatunku bez wyjątku, jednocześnie mieszkaniec Tkibuli, upiera się i wmawia nam, że są to łabędzie, my jednak chyba trochę znamy się na zoologii) :D: