logo

logo
współpracuję z:

środa, 28 maja 2014

Reklamiarze - mistyfikarze i Gruzinek czar osobisty

Najpierw o mnie. Mój blog, moje zasady :D Tak się składa, że mam dość mocno "podbite" światłem, niebieskie oczy, rodzicom pewnie ciut za dużo dolało się krystalicznej jak łza wody Borjomi w akcie tworzenia. I mimo, że czasami mówią mi w Gruzji na dzień dobry niemal, że wyglądam jak "ich", jak swoja, to jednak oczami jestem się w stanie z tego "pomówienia" równie szybko wymigać. Po prostu - jakkolwiek blondy i rudości są na ulicach obecne, tak naturalnie błękitne oczy już raczej rzadko. Jeśli się pojawią - 80% szans, że posiadacz/ka jest innego pochodzenia etnicznego niż to dominujące u stałych mieszkańców Kaukazu. I 100% szans, że obdarzona takim kolorem oczu kobieta nie przemknie niezauważona, jakby pewnie sobie tego życzyła (ja zawsze sobie życzę, ale zazwyczaj mi nie wychodzi). Podczas 8 miesięcy przeżytych w Gruzji, zostałam w ten sam, niewyszukany sposób skomplementowana na temat moich oczu - nie przymierzając - setki razy. I - nie, nie spowodowało to renesansu mojej samooceny, którą mimo wszystko staram się opierać na czymś mniej powierzchownym i niezależnym od wewnętrznej pracy, a poza tym bądźmy szczerzy - co mi po takich komplementach kiedy wychodzą z ust podrzędnych typów, albo pań na straganie (z całym szacunkiem dla przemiłych pań). Dziś chciałam napisać pokrótce o kaukaskim typie urodowym w kontekście działań marketingowych stricte gruzińskich marek i modeli, którzy patrzą na nas z billboardów w kampaniach owych firm, oczywiście w obrębie dużych miast, Tbilisi, Kutaisi lub Batumi.

Zatem "co" nam chodzi po ulicach? Młode Gruzinki zwykle mają piękne, długie, wypielęgnowane włosy w odcieniu od ciemnego blondu przez brąz po czerń, co stanowi ich wielką zaletę, nieco dłuższy nos, dość ostre, wyraziste rysy twarzy (wysokie kości policzkowe) dodatkowo podkreślane jaskrawą szminką i z reguły ciemne oczy. Makijaż jest najczęściej mocny. Według mnie również zdecydowana większość może się poszczycić bardzo jasną lub wręcz mleczną karnacją - też na plus. Osobiście, jako koneserki piękna, w ich urodzie brakuje mi "finezji", delikatności, zwiewności, są jakby trochę "grubo ciosane" w swoich rysach, mimo zgrabnej zazwyczaj sylwetki. Generalnie są zadbanymi i nowoczesnymi z wyglądu kobietami, chociaż dla takich np. Paryżanek z ich wypracowaną naturalnością pewnie byłoby to zadbanie przerysowane i w złym guście (makijaż). To co spostrzegłam w ich ogólnym zachowaniu, nazwijmy to - "publicznym", to również fakt, że są wyciszone, skupione i zadumane, jakby - skierowane do środka. Niestety, im dalej w las tym gorzej. Starsze kobiety, już oczywiście po urodzeniu dzieci, "odpuszczają", tyją niemiłosiernie (chociaż wciąż im daleko do Amerykanek), lekceważą swoje zdrowie i wygląd,  przestają kompletnie o siebie dbać nawet w bardzo podstawowym zakresie. Temat dotyczący wizerunku osób przedstawianych na ulicznych billboardach, chociażby w metrze tbiliskim i innych "węzłach komunikacyjnych", podsunęła mi siostra podczas wizyty, którą uderzyło to, jak bardzo niegruzińskie typy urody są na nich reprezentowane, bliższe tym znanym nam z ogólnie pojętego "Zachodu".
                                                   
                                              Salome Chelishvili (miss Gruzji 2005)
                                             Piosenkarka (genialna) Ketevan Melua:

W Gruzji jest kilka naprawdę potężnych marek rodzimych, które ekspansywnie dryfują w stronę rynków europejskich, zresztą - często z niemałym sukcesem. Jak w każdej stolicy na świecie, i w niemal każdym państwie, również i tutaj obecny jest (wciąż rozbudowujący się) segment reklamowy, marketingowy i PR-owy. A o wykorzystaniu w tym wszystkim social mediów chyba moglibyśmy się wiele nauczyć od gruzińskich specjalistów, którzy bodajże największy nacisk kładą na promocję swoich produktów oraz realizację planów PR-owych właśnie w kanałach typu Facebook, wręcz okupowanych przez młode pokolenie (absolutną normą jest posiadanie smartphone'a i bezproblemowy dostęp do internetu z każdego miejsca w kraju). Jednak, to co podpowiada moja wiedza na temat promowania marek w danym regionie, to potrzeba ścisłego dopasowania, skrojenia na miarę docelowego klienta, występujących w reklamach TV lub na banerach aktorów czy modeli, celem wywołania efektu identyfikacji i sympatii wobec marki i jej asortymentu. Oczywiście nie jest to święta zasada, lecz moje rozumienie marketingu w tym zakresie. Jak to wygląda w Gruzji? Otóż jedyną firmą, która moim zdaniem z takiego zadania się wywiązuje i nie "bałamuci" hollywodzkim uśmiechem zapożyczonej skandynawskiej gwiazdy jest jeden z większych gruzińskich banków - Bank of Georgia. Lica bardzo przyjemnie gruzińskie, więc nic mi tu nie zgrzyta ;):



W zasadzie i ta pani w reklamie popularnej, ekskluzywnej marki wina Badagoni mogłaby chyba uchodzić za "swoją" w Gruzji, gdyby nie włoszczyzna pod spodem, powodująca lekkie drganie podświadomości niepewnej co do jej autentycznego pochodzenia:


A teraz pozwolę sobie zaprezentować przykłady gruzińskiej, wielkoformatowej myśli marketingowej, odbiegające od mojej linii rozumowania, przedstawionej wyżej. Nie twierdzę, że są gorsze, ale po prostu jakieś za bardzo europejskie, z tymi europejskimi czy wręcz amerykańskimi aparycjami, stąd - sztuczne i trochę "oszukańcze". Tym bardziej, że nie są wystawiane w Mediolanie czy Nowym Yorku, ale u siebie - w takim Tbilisi czy nawet Chiaturze (hahah). Wśród nich znajdziemy tuzy gruzińskiego biznesu, starych wyjadaczy, magnatów i często - monopolistów danej branży, bez wchodzenia w szczegóły na pieniądzach jakiej proweniencji owe kapitalistyczne nowotwory wyrosły. Mamy tutaj zatem branżę FMCG - słynne Borjomi oraz Natachtari (znane głównie z produkcji smakowej lemoniady, gruzińskiego odpowiednika "Coca-Coli"), TBC Bank, druga co do wielkości instytucja finansowa w Gruzji oraz Magticom, drugi obok Geocell największy operator telefonii komórkowej w kraju. Jakoś kobiety w kaukaskim typie urodowym dało się umieścić w reklamach (tych wyżej, bo na dole będzie już bardziej "uniwersalnie"), trudniej poszło z mężczyznami, którzy wydają się raczej ściągniętymi z londyńskiego baru wyspiarzami niż Gruzinami - może po prostu statystyczne "Gruziny" nie nadają się do pokazywania na wielkim formacie. W sumie może racja ;) Nastolatki z billboarda operatora telefonicznego (drugie zdjęcie w kolejności) też jakby bardziej amerykańskie... 






I statystyczna męska prawda wizualna w GE (co prawda znany fotograf, no ale pasuje ;)

Jest oczywiście duże prawdopodobieństwo, że przesadzam, że nie ma "rasy kaukaskiej", i że to w sumie nieważne kto występuje w reklamie, bo to przecież świat przedstawiony i wyimaginowany, zwykły świat reklamy, dmuchanej bańki, nie mniej wydaje mi się, żyjąc tu już trochę i obserwując ludzi, że istnieje pewien statystyczny zestaw cech, które wyróżniają urodę Gruzinów. Poza tym, z tego co wywnioskowałam z rozmów, Gruzinki nie są szczególnie zadowolone ze swojego wyglądu i mają duży problem z samoakceptacją, zwłaszcza w dobie bombardowania wzorcami wychudzonego, platynowego piękna z tzw. Europy czy Stanów. Tłumaczy to też olbrzymia popularność operacji plastycznych, o czym już kiedyś pisałam. Z kolei panowie są w sobie bezkrytycznie (i oczywiście zazwyczaj niesłusznie) zakochani, świetnie czując się w swojej zbroi macho, nawet kołysząc pokaźnym brzuchem. Może zatem gruzińscy reklamiarze na usługach wielkich korporacji chcąc się przypodobać społeczeństwu, zwłaszcza żeńskiej jego części, kreują jedynie wizerunek chciany, a nie zastany, bez odwołania się do otaczającej rzeczywistości? I może dlatego od czasu do czasu na królową piękności wybiera się "bardzo" gruzińską w urodzie kobietę z prawdopodobnymi, słowiańskimi dodatkami genetycznymi ;)):

                                                             Tamar Shedania:
                                                           Janeta Kerdikoshvili:


środa, 21 maja 2014

W dzikie (jeszcze) wino zaplątani...

Oczywiście, wino będące od tysięcy lat integralną częścią składową kultury Gruzji i jej znakiem firmowym (jak to ujął Saakaszwili "winem wejdziemy w Europę" :), przewija się w mym blogowym skrawku Internetu niemal nieustannie. Trudno, żeby było inaczej. Dotychczas (tj. do momentu przyjazdu na Kaukaz) kojarzyłam wino i wszelkie okoliczności z winem w tle z szlachecką czy wręcz arystokratyczną elegancją, wyrafinowaniem i wykwintnością porównywalną wręcz do francuskiego szampana. Moja rodzina, tu się pochwalę, również ma własne, długie tradycje winiarskie zapoczątkowane przez linię mamy - stąd wino, jego smak, i "misterium leżakowania" nie jest mi obce, ba, stanowi obyczajową ramę mojego dzieciństwa (nie traktowaliśmy wina jako mocnego trunku, raczej jak "lekarstwo na wszelkie bolączki" i smakową pieczątkę ważnych, rodzinnych wydarzeń, dlatego w moim domu nie trzeba było mieć skończonych 18 lat, aby pić /ale nie upijać się!/ najlepszy sort domowego wina tzw."Wino Dziadzine"). Przez lata to słodkie lub półsłodkie (w zależności od rocznika) czerwone i białe wino było wożone ze mną na studia do Krakowa i łącznie z owsianymi ciasteczkami zawsze było powodem spotkania z przyjaciółmi celebrowanego dzięki temu niczym wspaniała, zmysłowa uczta. Wino nie służyło upijaniu się. Winem należało się delektować i dyskutować przy nim o teorii pozytywnej dezintegracji Kazimierza Dąbrowskiego. Co najmniej.


Podejście do wina trochę mi się przewartościowało, gdy trafiłam tutaj, do miejsca na granicy regionów Imeretia i Racha, wchodzących w skład wielkiej gruzińskiej trójcy najważniejszych krain winiarskich zaraz po królewskiej Kachetii. Obserwując zachowanie Gruzinów, poznając stopniowo ich charakter narodowy, widząc ich nieraz "hedonistyczne" traktowanie trunku podczas supr i innych okoliczności, nabrałam przekonania, że wino, chociaż cenione i hołubione przez Gruzinów, także rzecz jasna z prozaicznych względów merkantylnych (duży udział tego segmentu w zyskach eksportu), jest w jakimś stopniu dobrem spowszedniałym (mówi się zresztą o nadprodukcji wina na świecie), przetartym w świadomości i pozbawionym nawet symbolicznej czci, którą wino jest otaczane w regionach bez większych tradycji winiarskich (ewentualne oddawanie czci jest wyuczone, na pokaz i pod turystów). Naturalnie istnieją te powszechnie znane, piękne, długie toasty-przypowieści wznoszone winem właśnie, ale jednak w wielu sytuacjach ulokowanych w tzw. gdziekolwiek, wino służy ino tylko szybkiemu upiciu, bez ceregieli. Jak gruziński bimber - chacha. Mimo wspaniałej historii tych ziem, nierozłącznie związanej z winoroślą, czasami specyficzna ludyczność, niemal przaśność (ale mimo wszystko w dobrym znaczeniu) narodu gruzińskiego kłóci mi się z wytwornością trunku jakim jest wino, które w mojej głowie na zawsze chyba będzie swoistą, świecką "eucharystią" i "napojem bogów". W związku z tym, zdarza mi się w Gruzji, że odczuwam wręcz fizycznie jego "profanację". Prawda, że wino winu nierówne, i bywają też i tutaj - za przeproszeniem - niewybredne, tanie "sikacze", służące bezwzględnie ino upojeniu, które specjalnej oprawy nie wymagają. Wtedy nie protestuję ;) Z drugiej strony co to za przyjemność bez smakowania...W Gruzji istnieje ok. 400 odmian winorośli, z czego jedynie 38 jest zarejestrowanych. 

                                           Pomnik "Chwanczkary" w Ambrolauri (Racha):



Nowością w tejże delikatnej dziedzinie, przybyłą do Gruzji stosunkowo niedawno, jest zyskująca coraz więcej admiratorów turystyka winiarska tzw. enoturystyka, turystyka rowerowa po szlakach winiarskich oraz powiązana z resztą - architektura winiarska. Enoturystyka to forma turystyki kwalifikowanej, polegająca na odwiedzaniu regionów związanych z uprawą winorośli oraz miejsc produkcji wina [Johnson, 1998], a także uczestniczenie w imprezach i festynach związanych z tym trunkiem [Hall i In. 2000]. Głównym motywem uczestnictwa w takich wyprawach, mieszczących się w kategoriach turystyki poznawczej, kulinarnej i rustykalnej jednocześnie, jest chęć spędzenia wolnego czasu na łonie przyrody, poznania i poszerzenia swojej wiedzy z zakresu wytwarzania i dojrzewania wina, rytuałów z tym związanych, specyfiki i środowiska życia danej społeczności. Przy okazji daje to możliwość autentycznego wejścia w kulturę, zobaczenia charakterystycznej architektury winiarskiej, która ze względu na to, że enoturystyka jest obecnie według mądrych głów, najbardziej dynamicznie rozwijającą się dziedziną turystyki, przeżywa swój renesans - sama, wydestylowana funkcjonalność miejsc (piwnice, budynki techniczne, muzea wina, ośrodki edukacyjne) produkcji wina przestaje już zatem wystarczać, teraz zgodnie z trendem uatrakcyjniania ekspozycji dla gości zwraca się też uwagę na ich piękno, estetyzm i oryginalność. Co prawda Gruzja pozostaje jeszcze gdzieś w tyle za tymi galopującymi zjawiskami, gdyż mimo dopieszczania finansowego ze strony widzącego w winiarstwie swoją żyłę złota rządu gruzińskiego, wciąż brakuje pieniędzy na odpowiednie przygotowanie bazy pod tego rodzaju turystykę. Zresztą może to i lepiej. Z dala od snobistycznego środowiska grających w golfa i popijających wino w złotych pucharach biznesmenów ;) Zatem - to ostatni moment, aby przyjechać do Gruzji zakosztować bardziej "chałupniczego" i rękodzielniczego sposobu wytwarzania popularnych marek wina, gwarantującego autentyczność "przeżyć", zanim na dobre wielki biznes z prawdziwego zdarzenia dotrze i tutaj. Ostatni moment, aby, parafrazując słowa wielkiego Marka Grechuty, "w dzikie wino się zaplątać" ;)

Opatentowany gruziński sposób - kvevri, wielkie cermiczne dzbany z winem zakopuje się pod ziemią na czas dojrzewania:





Festiwal wina New Wine Festival Tbilisi w Muzeum Etnograficznym w Tbilisi (czyli po polsku - w skansenie). Zawsze pod koniec maja, 24-go maja br. odbędzie się 5 edycja, przyciągająca setki turystów. Rzecz jasna - we'll be there!! ;)):






niedziela, 18 maja 2014

Lepsze niż Stonehenge

Jako, że właściwie lada moment rozpoczynamy sezon wakacyjny i Gruzja w sobie tylko znanym nieśpiesznym popłochu przygotowuje się do przyjęcia całej tej spragnionej słońca i "egzotyki" zgrai turystów, postanowiłam wrzucić tekst nawigujący na - nie wiedzieć czemu - mało znaną atrakcję miasta stołecznego Tbilisi. I mimo, że aby zobaczyć tę ciekawostkę o monumentalnych rozmiarach przypominających angielskie Stonehenge, trzeba się trochę powspinać na przełaj nie raz ryjąc o ziemię, brudząc sobie paznokcie i ciskając przekleństwami, to - przyrzekam - widok z góry na Morze Tbiliskie i sam rozmach miejsca, zdecydowanie jest tych cierpień i zadyszki wart! Mała dygresja. W moim życiu widziałam na własne oczy jeszcze jedno miejsce tego typu, o podobnym klimacie tajemniczości, otoczone lipowym ogrodem i starą nekropolią - studiując parę lat temu na uniwersytecie w Leipzig, przepięknym mieście zresztą, do którego żywię ogromny sentyment, miałam szczęście mieszkać nieopodal Pomnika Bitwy Narodów (niem.Völkerschlachtdenkmal) - największej budowli pomnikowej w Europie, upamiętniającej słynną bitwę okresu napoleońskiego, która przetoczyła się pod Lipskiem w 1813 roku. Wymarzone wprost miejsce do kontemplacji. Pomnik jest skonstruowany z potężnych płyt granitowych i mierzy aż 91 metrów wysokości (ze szczytu rozpościera się oczywiście cudowny widok na miasto i pobliski staw, którego tafla zupełnie uroczo i zjawiskowo odbija mury pomnika). Jeśli ktoś przypadkiem wybiera się w okolice Saksonii, z całego serca polecam Lipsk i Drezno!

                                                Pomnik Bitwy Narodów w Lipsku:


Nie mniej jednak, wcale nie zapomniałam - tym razem o Tbilisi. Wokół Pomnika Historii Gruzji, o którym mowa, narosło kilka legend. Są to świeże legendy bo i zabytek z gruntu nowym jest. Podobieństwo między Niemcami a Gruzją w tym punkcie przestrzeni zawiera się w magnetyczności miejsca, którego nie da się zamknąć w jednym słowie - dla mnie było to za każdym razem, bez względu na to ile lat liczy ten czy drugi pomnik, jak obcowanie z jakąś wielką tajemnicą dziejów. Oba dumnie wystrzelone w górę, co prowokuje skręcanie szyi przy drobiazgowym oglądzie materii i niebezpieczne nadwerężanie wzroku, sklecone misternie z granitowych płyt, enigmatyczne w treści. Jedna z legend, sprzedanych mi przez innego wolontariusza, podczas pierwszej wyprawy pod pomnik, głosi, że ziemię pod budowę memoriału - a zatem całkiem pokaźnych rozmiarów górę w okolicach stacji metra Guramishivili, kupił  za własne pieniądze czołowy gruziński artysta - architekt, rzeźbiarz i malarz, od wielu lat mieszkający w Moskwie, stojący na czele Rosyjskiej Akademii Sztuk Pięknych - Zurab Cereteli. Tak po prostu - kupił sobie ziemię i usadził na niej swojego autorstwa, wielotonowe dzieło. Czemu nie? Sama wcześniej nie znałam człowieka, ale jako rzecze wikipedia, Cereteli znany jest z głośnych, monumentalnych i częstokroć kontrowersyjnych rzeźb (co z kolei przywodzi na myśl czeskiego artystę - Davida Černego, autora takich prac jak "Niemowlęta" na Žižkovie - nawiasem mówiąc moja ulubiona, "Sikający" czy "Koń" w Pałacu Lucerna). Oczywiście polecam też i Pragę :D (chociaż Tbilisi dużo fajniejsze, jeśli trzeba wybierać)

Zatem, wracając do meritum - Pomnik Historii Gruzji (należy wysiąść na stacji metra Guramishivili, skręcić w lewo i kierować się "pod górę" - czarny punkt będzie widoczny na horyzoncie, nie ma gotowej, uładzonej ścieżki, trzeba przygotować się na wspinanie się po ziemi i trawie, bywa stromo), w kształcie budzącym jednoznaczne skojarzenia ze wspomnianym w tytule Stonehenge, jest hołdem złożonym długiej i fascynującej historii państwa gruzińskiego, ze szczególnym naciskiem położonym na jego proweniencje i tradycje chrześcijańskie. Wyryte w granicie ogromne postaci okolone wypisami z gruzińskich, starożytnych pism (trudne do odczytania, jeśli ktoś czyta w alfabecie gruzińskim, bo jest to wczesna wersja języka), robią niesamowite wrażenie. Obok obelisków niemo opowiadających dzieje kraju, znajduje się mała świątynia, planowane jest też otwarcie muzeum, przykucniętego w kompleksie - jednopiętrowy budynek chyba jest już na ukończeniu. Mimo że miejsce jest patrolowane przez miłych panów policjantów/ umundurowanych ochroniarzy, nie odnotowałam żadnej opłaty za wstęp. Warto poświęcić trochę czasu, aby nacieszyć się niekopiowaną aurą miejsca i widokiem na słynne Morze Tbiliskie (sztuczny zbiornik, nad który wylegają tłumy tbilisczyków w gorące lato). 

                                              Z  oddali Pomnik prezentuje się tak:



                                Plejada świętych Autokefalicznego Kościoła Gruzińskiego:

                                                          Razu jednego z siostrą:



                                                                  Panoramicznie:

                                                                  I Morze Tbiliskie:




wtorek, 13 maja 2014

Lazurowy zawrót głowy czyli batumskie peregrynacje

Mieszkając w miejscu pulsującym hiper-towarzyskością, czując się trochę introwertyczką (a trochę nie), od czasu do czasu potrzebuję nieco powietrza wokół własnej osoby, przestrzeni, otrzepania z kurzu i zgiełku miasta. Niby mam tę oszałamiającą zieleń na co dzień, ale zieleń zieleni nie równa, jak mawiali wielcy filozofowie. Różne są opinie na temat samotnego podróżowania, zwłaszcza kobiecego w obrębie regionów okupowanych przez szczególnie zsamczałych samców, od tych skrajnych - zakazujących, zabraniających i straszących human traffickingiem czy innymi masowymi gwałtami, aż po gloryfikujących ów specyficzny i odważny rodzaj samopoznania. Jestem gdzieś pośrodku. Lubię bardzo poczuć tę podszytą niepewnością wolność zaglądania w każdą półdziką uliczkę wedle swojej zachcianki, przypadkowego konwersowania z tubylcami, spontanicznego gubienia się i odnajdywania, ale to przygoda dobra na krótko, potem zaczyna mi brakować kompanów do takiego chociażby za przeproszeniem picia (picie z nieznajomymi poznanymi w trakcie podróży bez żadnej przyjacielskiej eskorty jest już dość dużym ryzykiem, a ja w zasadzie chyba nie chcę być poćwiartowana ;) 

Zrobiło się ciepło, ba, gorąco, stąd w sercu mym zawitało pragnienie zatopienia się w subtropikalnym klimacie w pobliżu dużego akwenu owianego morską bryzą. Moim celem samotnej eskapady, po licznych, górskich eksploracjach było tym razem wybrzeże Morza Czarnego, Autonomiczna Republika Adżarii ze stolicą w czarującym (bo niegdyś "herbacianym") Batumi, a konkretniej monumentalny, zajmujący powierzchnię aż 111 hektarów ogród botaniczny, położony kilka kilometrów przed wjazdem do centrum miasta od strony Kobuleti, w części zwanej Zielonym Przylądkiem (gruz. Mcvane Koncchi). Dojazd z Batumi marszrutką numer 31. 




Wyruszyłam zatem wcześnie rano, bo do pokonania miałam spory kawałek drogi, a przejście całego ogrodu bez żadnej taryfy ulgowej i bez spinki czasowej, także wymagało zarezerwowania kilku, dobrych godzin. Poza tym musiałam zdążyć na wieczór do Ozurgeti, gdzie wraz z pribałtyckimi znajomymi organizowaliśmy wspólne rozkoszowanie się widokiem brody i popiersia Europy podczas corocznej, cudownie przaśnej i jarmarcznej Eurowizji ;) Adżaria, jak oczywiście wiadomo, lub wiadomym być powinno, jest jedynym regionem prawosławnej Gruzji w którym dominuje islam, co znamionują liczne meczety na horyzoncie. Adżarowie posługują się językiem gruzińskim, aczkolwiek w moim przypadku wyglądało to tak, że jeśli pytałam o coś po gruzińsku właśnie, moi interlokutorzy, chociaż doprawdy przemili i serdeczni, zazwyczaj odpowiadali już po rosyjsku. A ja i tak dalej ciągnęłam uparcie te swoje praktyczne wprawki z języka bardziej dla mnie egzotycznego.





Batumski ogród botaniczny zachwyca przede wszystkim swoim położeniem i różnorodnością formacji roślinnych - jest zawieszony na wzgórzach opadających wprost do bajkowo lazurowego morza (jeśli oczywiście ma się szczęście, jego kolory bowiem zmienne są niczym kobieta z PMS). Z drugiej strony, gdy rzucimy okiem na północ, mamy zalesione, wcale niemałe wzniesienia - czyli takie dwa w jednym, co przypomina nieco Abchazję. Końcowy etap zwiedzania ogrodu to zejście na kamienistą plażę z widokiem na kosmiczne skyscrapery Batumi w oddali. Jako koneserka parków botanicznych oraz ogrodniczka-amatorka, muszę przyznać, że owo fortunne i rzeczywiście zapierające dech w piersiach usytuowanie stawia Batumi na drugim miejscu w mojej prywatnej liście ogrodów botanicznych, w których miałam szczęście zawitać (pierwsza lokata wciąż zarezerwowana jest jednak dla niezwykle zadbanego Kew Gardens w Londynie, którego szklarniane sekcje tropikalne z unikalnym mikro-klimatem w kontakcie ze skórą i płucami dają wrażenie rzeczywistego przebywania w takiej na przykład amazońskiej dżungli, w pakiecie bez pająków).






Ów piękny przybytek gruzińskiej myśli botanicznej (lub raczej wówczas jeszcze sowieckiej) został stworzony przez Andrieja Krasnowa, rosyjskiego botanika i geografa (którego pomnik i grób znajduje się na terenie ogrodu) w 1912 roku. Zaprosił on do współpracy przy tworzeniu największego ogrodu botanicznego tej części świata znamienitych, uzdolnionych florystów, architektów zieleni i ogrodników, wśród nich Francuza D’Alphonse'a oraz Gruzina Gordezianiego. Ze względu na to, że zdecydowana większość obszaru była wtedy bagnista, naukowcy zaczęli swoją długoletnią pracę od osuszania i zabiegów melioracyjnych. Ogród podzielony jest na konkretne sekcje tematyczne z reprezentacją flagowych gatunków danych regionów, odchodzące promieniście od głównej ścieżki zwanej Upper Park z widokiem po lewej stronie na Morze Czarne, takich jak: śródziemnomorska, kaukaska, himalajska, nowozelandzka, północno- i południowoamerykańska, meksykańska i wschodnioazjatycka (ogród japoński). Dla wybitnie leniwych lub zmulonych tropikalnym nieraz słońcem atrakcją jest możliwość wpakowania się w cichobieżny samochodzik typu melex z opowiadaczem. Spacerując po ogrodzie, delektując się ciszą i obezwładniającą zielenią roślinności, co raz byłam zatrzymywana przez kierowców melexów, którzy twierdzili uparcie, że musi mi być strasznie nudno tak samej zwiedzać park, i to jeszcze piechotą ;) Dziwna jestem jakaś :D






Duże wrażenie zrobiły na mnie szczególnie lasy bambusowe, z których wiotkich pni zrobione są ogrodziane ławeczki (a każda kusi przy takich pejzażach!) oraz rosarium. Ciekawe były też rośliny trujące i jadowite, niebezpiecznie podsycające mój głód (widziałam w wyobraźni nagłówki gazet "Polska wolontariuszka zaatakowana ze skutkiem śmiertelnym przez roślinę w batumskim ogrodzie botanicznym" :D). Na terenie parku są stoiska, gdzie panie i panowie sprzedają miód (pszczoły mają tutaj istny raj, więc przypuszczam, że miód musi być wspaniały). Przy wejściu/wyjściu z ogrodu jest też kilka fajnych knajpek, gdzie można zjeść pyszną rybę i popodglądać birżujących Adżarów grających w tryktraka, polecam!