logo

logo
współpracuję z:

środa, 29 stycznia 2014

Tylko krowy w Gruzji są punktualne

Tytuł jest co prawda bardziej na zachętę, ale bez grama ściemy. Jak żyję w tym kraju 4 miesiące tak nigdy wcześniej się tyle nie naprzeklinałam co teraz. Chodzi oczywiście o stereotyp "bezczasowości" Gruzinów, który boleśnie okazuje się stereotypem nie być. Codziennie doświadczam bezceremonialnego naciągania mojej cierpliwości do granic jej właściwości sprężystych. Legendą jest już przypadek (co prawda tutaj akurat nie obrazujący brak punktualności co raczej narkotycznie wspomaganą nadgorliwość lub może właściwie kompletną utratę orientacji w czasie), jednego chłopca, miejskiego "poety", drobnego przestępczyka i kinto ("trochę ulicznik, trochę gawrosz". jak by powiedział Wojciech Górecki), który był zjawił się w moim mieszkaniu zamiast umówionej siódmej wieczorem, o siódmej nad ranem, kiedy ciemno jeszcze było, a ja w głębokim śnie pogrążona, delektująca się ledwie liźniętą fazą REM, pół doby przed zaplanowaną godziną spotkania. Czyli, nie że później, ale właśnie WCZEŚNIEJ! Dwanaście godzin w te czy we wte, co za różnica, kto by zwracał uwagę? Chłopiec stukał i stukał do drzwi zawzięcie i w świętej-nietkniętej wierze we własną nieomylność tak długo, aż mnie na dobre zwlekł z łóżka, ale dopiero gdy otworzyłam drzwi dotarło do mnie co się dzieje i jak wielka zaszła tutaj pomyłka wcale nie freudowska. A potem był śmiech. Obśmianie gościa od góry do dołu. 

Mniejsza o to. Ostatni weekend minął błyskawicznie, a to za sprawą gości z Zugdidi, Gaby i Francuzki Sandrine, z którymi poszwendałyśmy się po Kutaisi, Mocamecie i Chiaturze. Czasem słońce, czasem deszcz, że się posłużę "klasyką" (przy okazji - Gruzini uwielbiają Bollywood, ciekawe dlaczego? :D). Zmierzając w stronę puenty...O co chodzi z tą "terminowością" tutejszych krów (gruz. dzrocha), które wszelkich deadlinów zawsze przestrzegają? Otóż, kilka barwnych obrazków z podróży weekendowych, dopełnionych opowieściami dziewczyn, unaoczniło mi, że krowy mają świetne wyczucie czasu (jakiś zegar biologiczny czy sprytna obserwacja ruchu słońca na niebie, "naprawdę jaka jesteś, tego nie wie nikt"). Pytanie zatem czy to jedynie fenomen lokalny czy tylko według gruzińskich krów i ich planu dnia można nastawiać zegarki, czy też efekt kolejnego sowieckiego eksperymentu "na kresach" molocha z serii "skrzyżujmy człowieka z małpą i stwórzmy superżołnierza", co znaczy, że może jeszcze "za Stalina" wyhodowano jakieś specjalne gatunki, które mają dbać same o siebie, kiedy nie do końca mogą liczyć na sumienność swoich gruzińskich gospodarzy. Na własne oczy zobaczyłam bowiem jak krowy samodzielnie i bez niczyjego nadzoru wracające z wypasu stawiają się o pełnej, równej godzinie przed wejściem do swojej zagrody. Wszystkie wpatrzone w furtkę jak w obrazek. Z utęsknieniem, podszytym lekką niewiadomą. Otworzą czy nie? Niesamowite! Krowy zatem ratują honor niepunktualnych do szaleństwa Gruzinów! A może wszystkie krowy tak mają, może powinnam pogłębić swoją wiedzę na temat krowiej psychologii? Ziarno niepewności zasiane w sercu mym :(



To taka pocztówka z obyczajów (zwierząt hodowlanych?) dzikiego kraju. Peregrynacji styczniowych ciąg dalszy. Wizyta na bazarze w Kutaisi, który ukochałam sobie chyba nawet bardziej niż którykolwiek tbiliski, zaowocowała cenną zdobyczą bibliofilską - do grona moich manualów do nauki języka gruzińskiego, dołączył autentyczny podręcznik mowy ojczystej na poziomie szkoły podstawowej  z opisami w języku rosyjskim - a jakże, w końcu wydany w 1989 roku, kiedy Związek Radziecki chylił się już co prawda ku rychłemu upadkowi, ale póki co jeszcze chwiał się na swych glinianych nogach. Przemiła, ale nieprzekupna pani na straganie stwierdziła, że to bardzo dobra rzecz, ba, klasyczna wręcz i kilka pokoleń Gruzinów uczyło się z niej arcytrudnej sztuki panowania nad własnym językiem. A w środku - on,  Lenin-nauczyciel, otoczony gromadką dzieci i jesteśmy w domu! Dzięki Leninowi szybciej opanuję gruziński, jestem tego pewna ;)









Niestety, główny cel udania się do Kutaisi tego dnia spalił na panewce - kryte lodowisko, na które miałyśmy ogromny apetyt, bo zarówno Ola jak i ja przepadamy za jazdą na łyżwach, okazało się zarezerwowane tylko dla słodkich, skądinąd, trenujących jazdę figurową (bodajże) dzieciaczków. Cóż, przynajmniej zaliczyłam lodowisko w Tbilisi przy Wielkiej Podpasce, proszę wybaczyć dwuznaczności ;)



Wracając do Tkibuli na proziaki (przepis w poprzednim poście), szarlotkę i grzane wino, korzystając z wiosennej pogody, dobrej widoczności i niezmąconego słońca, zahaczyłyśmy o Mocametę (kilkanaście kilometrów na północ od Kutaisi), gdzie znajduje się malowniczo wciśnięty między pionowe skały nad meandrującą rzeką, monastyr z XI wieku. Tam oprócz "świadkowania" hurtowym, ekspresowym niemal ślubom, bo to sobota w końcu (para młoda ledwie zdąży nałożyć tradycyjne korony i już w kolejce czeka następna, komentująca poprzednią), obserwowania karkołomnych prób utrzymania się Gruzinek na niebotycznie wysokich szpilkach trawestujących kocie łby i inne nierówności powierzchni okolicznej, podziwów nad kaukaską, wyrafinowaną wersją Grumpy'ego (uroczy portret poniżej), urządziłyśmy sobie mini-piknik "pod wiszącą skałą", delektując się dobrociami rodem z kutaiskiego bazaru (chociażby wędzony ser podobny nieco do oscypka, który trochę rekompensuje kompletny brak żółtego sera!) ;)










                   Gdzie diabeł nie może tam Gruzina pośle. Samochodem, żeby się nie zmęczył:


Grumpy zawładnął duszami polskich dziewcząt:





A potem polało się grzane wino i kolektywnie opróżniło się wypełnioną po brzegi formę z szarlotką:



Niedziela pogodowo się nam znacznie zepsuła. Deszcz i zimno. Nic to. Plan to plan i trzeba go realizować. A planem, tym razem była Chiatura, górnicze miasteczko, jakby zastygłe w swoim socrealistycznym wdzianku, położone w wąwozie, otoczonym płaskimi i kosmicznie stromymi ścianami skalnymi, którego komunikacja miejska odbywa się...wysoko pod chmurami ;) Stare, zardzewiałe pudełka kolejki linowej pamiętają chyba jeszcze czasy Lenina albo i lepiej. Ale mimo wszystko, jakoś to funkcjonuje. Niektóre bloki mieszkalne (mimo, że straszą z daleka, ktoś w nich jednak mieszka czasami) są umiejscowione centralnie na szczycie takiej samotnej skały (swoją drogą nie wiem jak oni to budowali). Generalnie ciężko jest zmusić siebie (zwłaszcza gdy ktoś cierpi na lęk wysokości) do wejścia do tak wątpliwej kolejki, ale efekty widokowe są ciekawe, trochę mrożą krew w żyłach, plus dwadzieścia punktów do "zajebistości", że "dałeś radę" :D. Jedyna marszrutka jadąca od nas w kierunku Chiatury o ósmej pięć zafundowała nam rano porządnego kopniaka z łóżka. Pan kierowca, mimo że jeszcze ciemno za oknem, a ludzie ledwo kontaktują o tej porze i przy takiej pogodzie, chcąc uciszyć nasze rozmowy w niezrozumiałym, a zatem "złym" języku angielskim gdzieś z końca busa dochodzące, włączył ruskie disco na tzw. fulla (zupełnie typowa muzyka marszrutkowa). To oczywiście tylko podkręciło nasze humory, albowiem z ruskiego disco można łowić prawdziwe, liryczne perły. I tak nam minęła podróż.

W Chiaturze oprócz przetestowania kilku kolejek na różnych trasach, udało się, dzięki uprzejmości pracowniczek miejskich zakładów kolejowych (?) zwiedzić centrum dowodzenia latających tramwajów - maszynownię, o dziwo zarządzaną przez same kobiety (przynajmniej na tej zmianie, na której gościłyśmy). Od razu rzuca się na język socrealistyczne "jestem kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boję"! :D Wisienką na torcie było wspięcie się do wydrążonego w jaskini monastyru, gdzie mój Iphone po raz kolejny podjął się próby dezercji, na szczęście nieudanej. To chyba sygnał dla mnie, że zaniedbuję jego potrzeby duchowe..

O Chiaturze, jej różowych wagonikach i wertykalnych, podniebnych trasach (wnętrza są niekiedy, pomijając wielkopłatowe odłażenie farby, jaskrawo różowe!) dowiedziałyśmy się niedługo po przyjeździe do Gruzji, dzięki artykułowi, który pojawił się w Newsweeku - link odsyłający wklejam poniżej. Warto zboczyć z głównej drogi łączącej Kutaisi z Tbilisi, by zobaczyć coś tak unikatowego i zabawnego, a przede wszystkim nie stchórzyć przed żywą "podróżą w czasie i w przestrzeni", bo w Chiaturze, jak nigdzie indziej, proste zdanie  "lecę do sąsiada na dole" nabiera zupełnie nowego znaczenia :D

http://swiat.newsweek.pl/cziatura-przestarzale-kolejki-linowe-w-gruzji-nadal-woza-ludzi-galeria-,galeria,272113,1.html










Część zdjęć (znaczna ^^) autorstwa Gabi Ogrodnik. Dziękuję Kochana! :*




piątek, 24 stycznia 2014

Podkarpackie proziaczki z czarnomorskim akcentem

Uwielbiam proziaki. Smak mojego dzieciństwa. Babcia robiła je w specjalnym piecu, równie ciekawym jak te służące do wypiekania gruzińskiego chleba w kształcie łódki. Jeszcze ciepłe, jeszcze chrupiące świeżością...Swoją nazwę zawdzięczają dodawanej do ciasta prozie (soda oczyszczona). Dziś po zajęciach z młodzieżą, na których to zmierzyliśmy się z tematem poważnym, bo z wydarzeniami roku 1989 w Europie i Gruzji, i spodziewając się nazajutrz gości z megrelskiego Zugdidi, rzuciłam na stoło-stolnicę kilka ledwie składników, które tworzą te proste w przygotowaniu i naturalne w smaku "bułeczki", zagniotłam szybko ciasto (doznania ekstatyczne jak zawsze, powoli uświadamiam sobie, że powinnam się zgłosić na spotkania anonimowych ciasto-ugniataczy), nagrzałam patelnie, sztuk dwie i "posadziłam" jak na piecowej, babcinej blasze. 

"Zmienną" procedury było zastosowanie zamiast kefiru, jak to zawsze czynię (lub ostatecznie maślanki, ale kefir wypada korzystniej smakowo), gruzińskiego produktu mleczarskiego, którym jest maconi (coś pomiędzy słodko-słonym jogurtem naturalnym a kefirem, ale bardziej zbite w konsystencji, w rodzaju delikatnego mleczka). Często łączę go w swojej gruzińskiej kuchni z ziemniakami i zieleniną, czyli zupełnie podobne zastosowanie jak kefir znany mi w Polsce. I zaprawdę powiadam - nie wiem, czy to zasługa dobrej mąki, sypnięcia aromatycznego, mielonego kminku, czy właśnie użycie maconi, ale proziaki wyszły mi dzisiaj wybornie. Smak lekko słonych paluszków, cudownie chrupiąca skórka, mięciutkie w środku. Oczywiście najlepsze są prosto z patelni (albo jak Pan Bóg przykazał - z pieca), ze świeżymi przyprawami (oregano, bazylia, pieprz), oliwą z oliwek do maczania lub naszym nowym odkryciem - myślę, że w Polsce do znalezienia - warty każdego grzechu majonez oliwkowy, wspaniały!! Nigdy nie byłam fanką majonezu, ale ze względu na brak sosu czosnkowego w tutejszych sklepach i brak czasu na przyrządzenie własnego, sięgnęłam po tę potwornie tłustą, piekielnie dobrą jak jasna cholera rzecz. A komponuje się z proziakami jakby się znali od lat! Jedne z polskich Karpat, drugie z Zakaukazia :D. I taki duet! Dobrze, że nie szukam męża ^^, nie muszę się odchudzać i pilnować diety, mam rok odpustowy, ale po powrocie do Warszawy niezwłocznie ponownie kieruję się na właściwe tory - stosowna dieta, mocne treningi, core stability, siłownia, basen, nie ma bata! ;)

PRZEPIS
Składniki:
  • 1 kg mąki pszennej (może być pełnoziarnista, ale z całym szacunkiem dla retoryki zdrowia - pszenna  w tym przypadku lepsza!!)
  • 1 łyżka sody oczyszczonej
  • 1 łyżka soli
  • 1/2 łyżki cukru (kryształ)
  • kefir, maślanka, jogurt naturalny lub - gruzińskie maconi ^^
  • zmielony kminek - ilość wedle uznania
Przygotowanie:
Wsypujemy/wlewamy składniki na stolnicę, ugniatamy ciasto, dodajemy kminku, można trochę podlać wodą. Ciasto wyrabiamy aż będzie gładkie i miękkie jak pupcia niemowlaka. Rozgrzewamy patelnię, potem zmniejszamy ogień na minimalny. Z kuli sprężystego ciasta odrywamy małe kawałki i formujemy dość płaskie placki. Stawiamy na SUCHEJ, gorącej patelni. I tak z każdym kawałkiem. Placki trzymamy dobrych 20-30 minut, może dłużej, doglądamy cały czas, aby się nie przypaliły, przewracamy, "opalamy" też boczki. Jeść CIEPŁE!

Świetnie komponują się z winem. W zasadzie mało co się dobrze z winem nie komponuje. Truizm ;)

Moje proziaki, rękoma prawowitej Podkarpacianki zrobione, w towarzystwie maconi:



czwartek, 23 stycznia 2014

Chillout w górach

Według starego kalendarza, Nowy Rok w Gruzji przypada na noc z 13 na 14 stycznia. Jeśli jednak w ogóle ten "dubel" jest zwyczajowo przestrzegany (kilkanaście dni po międzynarodowym świętowaniu wejścia w nowy rok), to tylko i wyłącznie we wioskach. Tbilisi - nie wiem, pewnie tylko symbolicznie, tym bardziej, że 14 stycznia jest normalnym dniem roboczym (i jakkolwiek mało wiarygodnie to brzmi odnośnie tego narodu - przepraszam za słowo - opierdalaczy). Sylwester w Gruzji jest najczęściej świętowany w gronie rodzinnym, bez szaleństw na parkiecie. Tak czy siak, Gruzini mają prawie 3 tygodnie laby (od 25 grudnia do 13 stycznia). Pod tym względem zawsze potrafili się nieźle ustawić. Młodzież z Tkibuli wyjechała (albo może prędzej zakopała się na Facebooku), święta, celebracje, prokrastynacje, peregrynacje. Dla naszych nauczycielskich powinności również zawór zakręcony. I tak oto magicznym sposobem znów znalazło się miejsce na liźnięcie nieco przestrzeni, tudzież przygody. Obrany kierunek - Racha.


W końcu udało się nam w trójkę zebrać w sobie (nasza dwójka wzbogacona o męskiego przedstawiciela gatunku polskiego, Tomka, co akurat miało, abstrahując od samej słodyczy towarzystwa ^^, przede wszystkim przyziemne znaczenie instrumentalne - większe bezpieczeństwo autostopowania, którym ponownie postanowiłyśmy się posłużyć) i mimo inwazji zimy przemierzyć góry, lasy, zaspy, przełęcze i odwiedzić naszego przyjaciela Nikę, w Oni, w hostelu "Gallery", który to przemiły przybytek prowadzi wraz z rodzicami. Ku naszemu przerażeniu zima tego dnia znowu postanowiła zaatakować. Deszcz przeplatający się z gruboziarnistym śniegiem padającym niemal poziomo, mgliście, powoli zaczynało się ściemniać i my - troje chojraków na drodze, próbujących złapać stopa do miejscowości położonej kilkaset metrów wyżej, za przełęczą, co oznaczało konieczność pokonania paru mrożących krew w żyłach serpentyn.

Logicznie rozumując nikt normalny nie pojedzie. I rzeczywiście, mimo że przeciętny Gruzin uważa siebie za lepsze, acz nieodkryte dla świata wcielenie Schumachera, ruch był prawie zerowy. Staliśmy tak trochę, zmarznięci, coraz bardziej wkurzeni, coraz bardziej zrezygnowani, cóż począć, może po prostu nie dane nam będzie spędzić gruzińskiego sylwestra w górskiej chatce (acz podmurowanej nieco), by podziwiać takie chociażby widoki (spoiler :D):




Sprawa uległa naturalnemu rozwiązaniu, gdy po kilkuminutowym skradaniu, podszedł do nas pan policjant z pobliskiej budki wartowniczej i dosłownie zdążył jedynie otworzyć usta z zamiarem wyduszenia paru słów zapewne powitania (chociaż kto go tam wie - może ostrzeżenia: "tu nie można łapać stopa dzieciaki! akrdzalulia szemchvedri manqanebit mogzauroba!"), gdy zatrzymało się dwóch Gruzinów w nieśmiertelnej Nivie. Policjant tylko wzruszył ramionami ze smutkiem. Farewell my Polish almost-friends! Tak działa mimowolny czasem wręcz autorytet władzy! :D Panowie zdecydowali się nas, póki co, zabrać do Ambrolauri, leżącej w połowie drogi do Oni. A już jak się potem dostaniemy do celu naszej wycieczki, skoro to jeszcze dobrych kilkadziesiąt kilometrów, a ciemno już i pogoda fatalna - wzorem równie nieśmiertelnej jak Łada ikony - Scarlett O'Hary - będziemy myśleć o tym dopiero w Ambrolauri.

Oczywiście nie obyło się bez przygód. Zadowoleni, upakowani, pod skrzydłami ciepłej, białej Nivy, zostaliśmy od razu z marszu poczęstowani lobiani, chaczapuri i kurczakiem :D (z radością powitanym przez Tomka). Potem pan pasażer wyciągnął zza pazuchy chachę, proponując toasty i nijak nie przyjmując słów odmowy. Supra w Nivie. No aż powoli staje się nudne! ;) Na zewnątrz sypało, biało dookoła, góry coraz bardziej strome. Zapadała noc. I wtedy bum! W Nikorcmindzie coś zatarasowało drogę. Jak się okazało, przymusowy postój, spowodowany został przez wypadek z udziałem sporych gabarytów ciężarówki. Zatem jakieś 1,5 h przyszło nam spędzić w ciemnicy, gdzieś na zakręcie górskiej drogi w szalejącej zamieci, przy minusowej temperaturze wokół i nieco większej w samochodzie, wśród nowych przyjaciół dogrzewających nas wódką, czekoladą i uspokajającymi słowami "wszystko będzie dobrze, riebiata, dowieziemy was całymi i zdrowymi". Zabawa się rozkręcała.




Jednak, jako że Gruzini do najcierpliwszych nacji nie należą (niby nigdzie nigdy się nie śpieszą, czas to wytwór ponowoczesnej ideologii narzucanej przez korporacje, ale gdy ktoś/coś każe im siedzieć w jednym miejscu nieco dłużej, to zaczyna ich potwornie nosić - z opłakanym skutkiem), nasi przewodnicy w gruzińskiej zimie, postanowili spróbować się przedrzeć przez inną drogę. Droga, jak można było przypuszczać okazała się totalnie nieprzejezdna, ale zanim sobie to panowie uświadomili, zdążyliśmy się zakopać na amen, i trzeba było użyć kilkoro chłopa, w tym naszego Tomka oraz grubej liny, aby Nivę naszą wykaraskać ze śnieżnych zasp. Po czym panowie ze spuszczoną głową wrócili do swojej kolejki, czekając na uprzątnięcie jedynej, możliwie przejezdnej drogi do Ambrolauri. Mimo to jakoś humory wszystkim dopisywały, może dzięki sporej dawce nieoczekiwanego dotlenienia w mrozie (i oczywiście wódki). Stopy wpakowaliśmy w śpiwory, "Wyginam śmiało ciało" poleciało żwawo z ipoda, żarło, czekolada, pełne jeszcze koniaku piersiówki w pogotowiu, wypisz wymaluj wymarzone powitanie nowego roku! (albo pożegnanie starego - najlepsza metafora wszystkiego, z czym miałam do czynienia w ostatnich miesiącach ;))

Do Oni dotarliśmy jakoś po 22.00, podziwiając małe, górskie miasteczko w olśniewająco śnieżnej szacie, skąpane w blasku choinkowych lampek. Uroczy wybawcy, którzy nie szczędzili nam przygód (vide: próba dokonania karkołomnej trawestacji przez metrowy śnieg) zostali zaproszeni przez wspaniałych rodziców Niki, naszych gospodarzy na wspólną ucztę. Supra w Ładzie Nivie znalazła swoje naturalne przedłużenie w wypielęgnowanej chatce, z masą bibelotów, antyków, rycin i obrazów (mama Niki, studenta prawa na uniwersytecie w Tbilisi i mojego partnera w planowanym biznesie, jest malarką, dyrektorką lokalnej szkoły plastycznej, a tato samodzielnie projektuje i wykonuje meble), gablotek z ususzonymi okazami owadów (płazów?) oraz oczywiście z genialnym, domowym jedzeniem, które po naszym ciała zmarznięciu (i ostatecznym odtajaniu) smakowało przewybornie.






Czarująca gospodyni, oprócz nadnaturalnych zdolności kucharskich, sprawiała wrażenie wyjętej jakby prosto z bajki wróżki, co to wierzy w tajemne, mistyczne siły przyrody, pływów i odpływów, w moce kamieni i kryształów, potrafi bez trudu przygotować lecznicze mikstury z roślin znalezionych w pobliskim lesie, a także złapać ważkę i ją ususzyć (udokumentowane na zdjęciu powyżej, to NIE są obrazki, to są ususzone robactwa). Obiecała nam, że jak przyjedziemy do Oni na dłużej, co prawdopodobnie stanie się dopiero latem, nauczy nas "szydełkowania po gruzińsku", wskazując na ciekawe sploty tkanin rozpościelonych na fantazyjnie wyrzeźbionych krzesłach, na których siedzieliśmy (i wykonanych własnoręcznie przez szanownego małżonka). Sympatyczny, białobrody gospodarz z kolei w sezonie powadzi swych gości w góry, w te wszystkie nieskażone obecnością tłumów miejsca z wodospadami, jaskiniami i źródełkami krystalicznie czystej, górskiej wody. A tych w Rachy nie brak. Przy tym turystów ciągle mało (kierują się prędzej bezpośrednio do sąsiedniej, wysokoalpejskiej w charakterze, Svanetii) i wciąż jeszcze można cieszyć się dzikimi klimatami, bez nadmiaru turystów na horyzoncie i szlakach. Dla koniarzy - świetna alternatywa dla reklamowanej w kontekście turystyki konnej Tuszetii, położonej na wschodzie Gruzji, na drugim końcu kraju.

Gorący adżapsandał w zimie przy kominku, wśród serdecznych ludzi, wśród szumu rozmów i śmiechu - czegoż chcieć więcej od życia? Zapatrzeni w ogień siedzieliśmy przy cieple kominka do rana z przerwą na podziwianie majaczących na niebie fajerwerków tuz po wybiciu północy...

Słodkością, którą przygotowuje się tradycyjnie na Nowy Rok są gozinaki, przypominające nasze sezamki. Masę z orzechów i miodu wylewa się na blachę, odstawia do zastygnięcia a następnie kroi w prostokąty. Kaloryczne jak diabli, ale jak wszystko co kaloryczne - przepyszne!!


Nazajutrz, Nika wziął nas na wycieczkę po okolicy. Śnieg był miejscami po kolana, w związku z czym nie mogłyśmy się oprzeć z Olą rzuceniu się w ten biały, czysty jak łza puch i wykonaniu "rytualnych" orłów, czemu z pobłażliwością przyglądali się Nika z Tomkiem. Tu byliśmy, Polska w Gruzji!!!! Towarzyszył nam Bambo, figlarski owczarek niemiecki, który kocha zimę tak jak każdy szanujący się pies na świecie ;) Nika pokazał nam także letnie kwatery dla gości. Ktoś dobrze czujący się w klimatach etnograficznych, sielskich, rustykalnych, agroturystycznych (to się właśnie nazywa samowystarczalność) i minimalistycznych z łatwością wpada tam w zachwyt. Istny raj. Proste łóżka, prosta kuchenka, weranda z szerokim widokiem na góry, śniadanie na takim ganku to musi być coś! Rozmarzyłam się...Wokół las, cisza, spokój (czasem w nocy słychać wycie wilków). Za rogiem w ogrodzie winny bluszcz, własna winiarnia i destylarnia gruzińskiej chachy, przydomowa wędzarnia, domowe jajka od domowych kurek. Jedno z tych miejsc, w których o każdej porze roku można (ba! trzeba!), będąc w pełni usprawiedliwionym, mimo narażania się na odsiadkę w czeluściach piekła, krzyknąć: chwilo trwaj, chwilo jesteś piękna!



My robiące orły w śniegu: ;)))








Polecam z całą uczciwością odwiedzenie strony "Gallery Hostel" na FB - może właśnie tego szukacie, chociaż jeszcze o tym nie wiecie? ;) Ja wiem, że szukacie!

https://www.facebook.com/oni.hotelgallery?fref=ts

Jeszcze tylko obowiązkowy wpis po gruzińsku i polsku w księdze gości, ekwilibrystyczne próby nauki tańca na rurze (sic!), ostatnia lampka wina i w drogę powrotną!: