logo

logo
współpracuję z:

wtorek, 25 lutego 2014

Pan Bóg nie gra w szachy (?)

Albert Einstein, autor powyższych słów, zdaje się, że nigdy  nie dotarł  do Gruzji. Ani fizycznie, ani mentalnie. Inaczej nie "bluźniłby" w ten sposób, narażając się na kaukaski gniew. Celowo oczywiście sprowadzam wymowę słynnego cytatu do wymiaru realnego, pozbawionego metaforyki. W tym kraju bowiem, w Gruzji (jak i zresztą na całym Kaukazie) tradycja ekwilibrystycznego ćwiczenia umysłu w królewskiej i jedynie słusznej grze w szachy (a zatem i boskiej grze) zaczynając już od "stopnia" berbecia, zrodziła całkiem potężną i przez wiele dekad niepokonaną w międzynarodowych konkursach, szkołę szachową. Triumfowali i nadal triumfują całe pokolenia Gruzinów obu płci. Wśród najznamienitszych arcymistrzyń (z premedytacją pominę panów, reprezentuję linię gender w blogosferze) trzeba wymienić Nonę Gaprindaszwili i Maję Cziburdanidze. Bezprecedensowym zjawiskiem jest przy tym fakt, że od kilku dobrych lat szachy są wliczane jako pełnowartościowy przedmiot lekcyjny w kanon programu edukacji na poziomie szkoły podstawowej i średniej - do pomysłu którego nie tak dawno przekonywał legendarny gruziński gracz przy okazji swojej wizyty w Polsce. Wcale to nie głupie, bo jakkolwiek nigdy w szachy nie grałam, to mam do tejże aktywności jako doskonałej metody rozwijania analitycznej inteligencji, głęboki szacunek i poważanie.


Pomimo podziwu dla bystrości i lotności umysłu szachistów, jednocześnie oburza mnie i śmieszy na równi, bezrefleksyjne i chyba dość bezpodstawne wrzucanie szachów przez "gruzińską opinię publiczną" do kategorii "sportu". Co prawda, oficjalna definicja sportu robi kurtuazyjne, wyściełane delikatnym atłasem miejsce dla tzw. "sportów umysłowych" (gry planszowe - warcaby, szachy, scrabble; gry karciane - poker, brydż, tysiąc), jednak coś tu zgrzyta, zwłaszcza osobom oddanym "prawdziwym" dyscyplinom, pozwalającym się porządnie spocić, przetrzeć fizycznie, doładować endorfinami implikowanymi solidną dawką ruchu. Definicja sportu wydaje się więc tu być zgoła inna niż ta przyjęta w Europie, przynajmniej przez sportowców-amatorów, która większy nacisk kładzie na rozwój i doskonalenie sił stricte fizycznych (wcale nie deprecjonując rozwój umysłowy i psychiczny - wszak maraton, te królewskie 42 km 195 metrów przebiega się w głównej mierze dzięki hartowi ducha i sile woli).

Rozumiem, że Gruzini jeśli już biegają to po coś, za czymś (patrz - rugby), ewentualnie za kimś (w codziennym życiu - za dziewczyną, krową, kurą - kolejność przypadkowa), a nie dla samego biegania, stąd stawianie siebie w roli biegaczki, zwłaszcza w tak małej miejscowości, w której przyszło mi żyć, nie otrzaskanej z "przybyszami z Zachodu i ich fanaberiami", z góry narażało mnie na niezdrową ciekawość i wścibstwo. Oczywiście, większość Tkibulczyków już się do mnie biegnącej przyzwyczaiło, ale są jednostki, które chyba nigdy nie pojmą sensu biegania jako aktywności sportowej oraz głęboko relaksacyjnej i zawsze czują się z lekka niepewnie, kiedy przebiegam gdzieś koło nich ledwie szurających stopami (chociaż częściej jednak znajdują się wówczas w miejskim autobusie, nawet jeśli odległość z jednego krańca miasteczka do drugiego nie przekracza 2 km), stąd regułą jest, że piechurzy niemal odruchowo szukają wzrokiem źródła zagrożenia, dostając przejściowej pląsawicy. Cóż, Gruzini, dumny naród - jakby nie było, zapewne traktują sport, którego efektem jest zadyszka, wiadra potu i zakwasy (ok, w zasadzie, po prawdzie, tylko nieprawidłowe uprawianie sportu daje podobne rezultaty), jako sport drugiej kategorii niegodny przedstawicieli kolebki chrześcijaństwa. 

                                                              Moje "ja" biegnące:

Może to też kwestia mentalności i kolektywistyczno-ultratowarzyskiej duszy Gruzina, dla którego bieganie jako sport wybitnie indywidualny (vide: nudny, monotonny) przegrywa z dyscyplinami drużynowymi, gdzie można się jeden o drugiego poocierać czy przeturlać od czasu do czasu, albo chociaż takimi (szachy, tryktrak - tak, tryktrak to też sport, tyle że zazwyczaj dla starszej generacji, dziadków i pradziadków), które wymagają bezpośredniego, ciągłego "mordobicia"  - na planszy czy na macie (judo). Oprócz trwożącego spojrzenia rzucającego błyskawice, przydaje się, w równie święcącym triumfy popularności na gruzińskim padole judo, miękkie spore ciało, które powali przeciwnika. W judo Gruzini mają bezsprzecznie długą listę zwycięstw, wliczając w nią i te najwyższe, olimpijskie. Zabawne, że nawet w małym (choć będącym stolicą regionu Racha) Ambrolauri natknęłam się razu jednego na Wrestling Club dla młodocianych (co prawda z błędem w angielskiej nazwie na płycie, ale wiadomo o co chodzi - klub zapaśniczy). Gruziński "orlik"?:


Przyjeżdżając do Gruzji zabrałam ze sobą przezornie (na tyle, na ile pozwolił mój roczny bagaż) komplet gier planszowych, gdyż od jakiegoś czasu perspektywa spędzania wieczorów z przyjaciółmi lub couchsurferami, którzy się u nas zatrzymują w swojej podróży przez kraj, w towarzystwie planszówek, wina i ciasta, absolutnie mną zawładnęła. Zimą można zasiąść w przestronnej kuchni, dogrzewając się grzanym winem, a latem rozłożyć się na jeszcze bardziej przestronnym dachu naszego 9-ciopiętrowca, podziwiając zachód (tudzież wschód) słońca znad imereckich wzgórz (dlatego tak niecierpliwie czekamy na prawdziwie ciepłe wieczory). Wśród gier, które są z nami "na dobre i na złe" na wyróżnienie zasługują scrabble (jesteśmy sportowcami, gramy w scrabble!), Dixit - wspaniała, bogata graficznie francuska gra karciana rozwijająca wyobraźnię (zwłaszcza po alkoholu) i zacieśniająca więzy między graczami, którzy dowiadują się o sobie zupełnie nowych rzeczy (jeśli gra nie kończy się bijatyką - co też jest w sumie drogą poznania), a także Taboo w wersji angielskiej, polegające na odgadywaniu haseł znajdujących się na kartach, ale bez możliwości wykorzystania najbardziej narzucających się przy opisywaniu hasła słów, które są właśnie owymi, zapisanymi na karcie z hasłem słowami tabu. Gry wykorzystujemy też czasami na naszych zajęciach z lokalnymi dzieciakami w Youth Clubie, co się świetnie sprawdza, bo ich nie zanudza i możemy utrzymać na w miarę zadowalającym poziomie potencjał energetyczny grupy danego dnia (podobnie jest z różnej maści energiserami, grami ruchowymi i logicznymi).

                                                      Przykładowe karty Dixit:



Oprócz dziwnego dla autochtonów biegania, dzięki okazjonalnemu "uprawianiu" sportów umysłowych (jak wyżej), tak wielbionych przez Gruzinów, mogę sobie chyba nadać podwójny mandat sportowca ;) Absolutnym hitem wśród sportów podwórkowych, oczywiście (a jakże!) umysłowych jest w Gruzji tryktrak, bardzo stara gra planszowa, z angielska znany jako backgammon lub nard. Praktycznie na każdym kroku, często w niespodziewanych miejscach (między straganami na bazarze, żeby zabić nudę pałętającą się między jednym a drugim klientem) można spotkać lokalsów grających w tę grę. Jest banalnie prosta, a polega na rzucaniu kostkami i przesuwaniu pionków po drewnianej planszy aż do całkowitego "zejścia" z jej pola, co oznacza wygraną. Grupki zaaferowanych grą mężczyzn otoczonych zgrają nie mniej podnieconych sekundantów można spotkać też w Armenii, Turcji, krajach arabskich. Wygląda to mniej więcej tak (tu akurat Sighnaghi team, wschodnia Gruzja, wcześnie rano, słońce wschodzi właśnie nad Doliną Alazanii, wracam ze spaceru):


Miarą popularności danego sportu w danym kraju (zjawisko spotykane chyba wszędzie) jest częstotliwość i ilość odnoszonych przez reprezentantów narodowych tejże dyscypliny sukcesów na polu międzynarodowym. Gruzini są leniwi jak czort, racja, ale rywalizację lubią (jak również komplementowanie, którego nieustannie się domagają "...no powiedz, co jeszcze lubisz w Gruzji?" ). Ostatnimi czasy Gruzini pasjonują się rugby, który awansował już na miano sportu narodowego. Zakaukazie, tak się zabawnie złożyło, ma zwyczaj wydawania na świat potężnych, rosłych, onieśmielających gabarytowo "troglodytów" (nie ubliżając..), którzy świetnie, jak się okazuje, odnajdują się na boisku do gry z użyciem jajowatej piłki. Są na tyle dobrzy (czołówka światowego rankingu, zaraz za Anglikami czy Francuzami), że stają się żywym towarem na globalnych rynkach, na których operują wielkie kluby sportowe z grubą kasą. Reprezentacja Gruzji regularnie gra w rugbowym mundialu, czyli Pucharze Świata, który odbywa się co cztery lata, a przyciąga przed ekrany cztery miliardy widzów. Na mecze Gruzinów przychodzi po 30 tysięcy ludzi. Z własnego podwórka powiem, że podczas ostatniego weekendu spędzanego w Bakuriani, siedząc z laptopem nieopodal hotelowego baru, co rusz słyszałam żwawe okrzyki z przepastnych gruzińskich gardeł się wydobywające  - właśnie w szranki stanęły wtedy reprezentacje Gruzji i Rosji. Tak, rugby to, obok szachów i tryktraka, sport narodowy Gruzinów. Po wygranym (oczywiście) meczu z Rosją (że wygrany poznałam po natężeniu decybeli dochodzących z pobliskiego baru), zawodnicy gruzińskiej reprezentacji wnieśli nieco żaru polityki na rozognione grą boisko. Trzeba przyznać, że odwagi rugbystom nie brakuje (na transparencie: "Suchumi i Cchinwali - to Gruzja"; oba wskazane miasta są stolicami "zbuntowanych" wg Gruzinów republik, Abchazji oraz Osetii Południowej, terytorialna kość niezgody między Gruzją a Rosją) :


Co bardziej zorientowani w temacie, będą wiedzieć, że nasza polska reprezentacja rugby (tak, ponoć istnieje) wchłonęła swego czasu gruzińskiego, jak twierdzą znawcy, bardzo utalentowanego zawodnika urodzonego w Kutaisi - Meraba Gabunię, niegdysiejszego gruzińskiego celebrytę, którego słit-focię zamieszczam ;) Jednak proszę się dziewczęta nie zapalać i nie szukać go z wypiekami na twarzy na facebooku, albowiem ten barczysty przystojniak ma już dziewczynę, wybrankę serca rodem z Polski i w 2013 roku otrzymał polskie obywatelstwo.

                                                                     I Merab w akcji:

Do szachów i tryktraka może się jeszcze przekonam, myśl zaprzęgnę w ideę czynu. Przyjdą ciepłe dni, tryb "siesta" się włączy, przysiądę się bezszelestnie do panów na skwerku i nieśmiało, lecz z wiarą we własne siły poproszę o przyuczenie. Rugby i zapasy, póki co (aż do chwili, kiedy chaczapuri nie załatwią sprawy do końca) pozostawiam większym ode mnie. 

sobota, 15 lutego 2014

Polska kuchnia przedwojenna - legumina z chleba razowego


Wczoraj obrzydliwe słodki dzień zakochanych. Wracając z biura grubo po 21.00... (piątek wieczorem, walentynki - nie można bardziej dobitnie pokazać, że ma się to "święto" głęboko gdzieś, inaczej byłabym teraz w Tbilisi, a dokładnie rzecz ujmując - w konkretnym łóżku, w konkretnym domu, w dzielnicy Vake), no więc wracając z pracy, obok jedynej samotnej imprezowni na mieście "Old Tkibuli" co się zowie, roiło się od młodzieży. Już z daleka słychać było mocniejsze brzmienia i wrzawę. Mówię więc do Oli: "chodź, obczaimy se chłopaków" :D. Tak jak przypuszczałam, im bliżej źródła dźwięków, im bliżej tego wypasionego, hipterskiego klubu na końcu świata przy którym Plac Zbawiciela to śmiech na sali, tym więcej mieszanego płciowo przytulania i upijania. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Gruzja jest najbardziej dwulicowym i schizofrenicznym krajem, jaki dany mi było poznać empirycznie. Twarz publiczna i twarz prywatna. Wersja "ja" eksportowego i "ja" intymnego. Prawie jak w socrealu, tyle że pobudki drastycznie inne. A tę, niepewną ręką rysowaną linię - granicę zachowań maski eksportowanej w lud, wyznacza strach przed ostracyzmem społecznym i utratą szacunku...Mimo to, jak widać, kwiat młodzieży gruzińskiej ma to równie gdzieś jak ja Walentynki. 

Ale ja znowu - nie o tym chciałam. Efekt końcowy pieczenia sobotniego, rannego, w blasku słońca przedzierającego się zza firanek, akurat trochę z Walentynkami koresponduje. Kształt przynajmniej. I serce włożone w przygotowanie. Ponownie rzecz się tyczy chleba, bo wino i chleb to prawie jak projekt mojego osobistego herbu i kiedy umrę, chcę żeby ludzie pili na moim grobie dobre wino i jedli świeży, pulchny chleb. A czasem też dobrze mnie wspominali ;) Dzisiaj święto razowego (dostałam w prezencie od Tbilisi). Leciutki spoiler:


Zjeżdżają do nas wkrótce goście z ojczyzny. To z tej właśnie okazji sięgnęłam po tradycyjny przepis z przedwojennej kuchni polskiej (zatem najpierw chinkali, a potem deser po staropolsku) i zrobiłam leguminę z chleba razowego. Pierwszy raz. Mogłam co prawda zrobić jej więcej, jak się okazało, ale bałam się, że zmarnotrawię i postąpiłam, jak to ja, zachowawczo. W każdym razie jest to na tyle łatwy przepis, że pewnie jeszcze kiedyś w ciut bardziej hurtowej wersji się za to wezmę. Moja świta warszawska, aby wprowadzić nieco klimatu retro w najlepszym wydaniu:


Najbardziej żmudną i niszczącą delikatne dłonie bladolicej, przedwojennej damy procedurą jest starcie na drobno wysuszonego chleba razowego. W latach 20-30-tych takie panie miały zapewne swoją kuchenną załogę. Nie byłam gorsza i też najęłam sobie Olę i Tomka, którzy zapędzeni w kozi róg kuchni drugą połowę dawki dla mnie ładnie potarli ;) Składniki przygotowane. Let's do it!


LEGUMINA Z CHLEBA RAZOWEGO (około 7-8 porcji):
SKŁADNIKI:
  • wysuszony, zmielony i przesiany przez sito chleb razowy 1 szklanka
  • słodka śmietana 18% pół szklanki (ja nie miałam, więc kwaśną rozrobiłam z cukrem)
  • masło 1 kopiasta łyżka
  • kieliszek aromatycznego rumu (ja wymieszałam likier czekoladowy z wódką;)
  • cynamon 0,5 łyżeczki
  • goździki 0,5 łyżeczki
  • imbir 0,5 łyżeczki
  • 4 jajka
  • tłuszcz do wysmarowania formy
  • garść rodzynek
  • ulubione konfitury, dżem, bita śmietana a w Gruzji i innych krajach byłego bloku sowieckiego - tzw. warenje (czyli w zasadzie konfitury jak nasze, ale znacznie słodsze i często z całymi owocami)
PRZYGOTOWANIE:
Wysuszony chleb razowy zetrzeć na tarce, przesiać przez sito i połączyć z rumem (tudzież innym trunkiem) oraz słodką śmietaną. Dodać rodzynki. Odstawić na parę minut. Masło rozpuścić w rondelku i pozostawić do ostygnięcia. Oddzielić białka od żółtek. Żółtka wraz z cukrem utrzeć na gęsty kogel-mogel, dodać chleb, przyprawy i płynne, chłodne, sklarowane masło. Całość dokładnie utrzeć. Do masy dodać ubitą pianę, wymieszać delikatnie drewnianą łyżką i wyłożyć na przygotowaną formę (formę przedtem natrzeć tłuszczem i posypać resztą chleba pozostałą z "odsiewu" ;) Wstawić do nagrzanego, ale nie gorącego  piekarnika, zapiekać ok. 30 minut w 140-150 stopniach. Podawać z uśmiechem, na gorąco, z bitą śmietaną, słodką śmietanką bądź ulubionymi konfiturami. Ale najlepiej ZE WSZYSTKIM NARAZ! Szczęścia nigdy za wiele ;)))







SŁODKIEJ SOBOTY! :P

wtorek, 11 lutego 2014

Jak wygląda "pisunia" w języku spaghetti i co to jest "szemomeczamo"

Aktualna top-lista ukochanych gruzińskich słów i wyrażeń (przewaga tych zwierzęcych, ale zwieńczenie listy iście królewskie :D). Język gruziński w piśmie jest uosobieniem, jak to ktoś kiedyś celnie powiedział, spaghetti rzuconego o ścianę. Ale jak widać, mimo nagromadzenia spółgłosek, brzmieniowo, oprócz walorów kaligraficznych, również może ładnie łaskotać uszka ;) Ech, kocham ten język. I nie porzucę go, nie, nie, nigdy! Podpisano: niestrudzona kolekcjonerka ciekawych słów i niepotrzebnych nikomu języków (do usług):  
  • cziamaia (ჭიამაია) --> biedronka
  • cicinatela (ციცინათელა) --> świetlik
  • oboba (ობობა) --> pająk (jak można się bać oboby?)
  • tvitmprinavit (თვითმფრინავით) --> samolot (za to latanie tvitmprinavitami może być straszne..)
  • maimuni (მაიმუნი) --> małpa
  • cicila (წიწილა) --> kurczak
  • tutikuszi (თუთიყუში) --> papuga
  • wepchistkhaosani (ვეფხისტყაოსანი) --> "Witeź w tygrysiej skórze" Szoty Rustawelego (alternatywnie "Rycerz w tygrysiej skórze"), gruziński epos narodowy (nazwy własne pisze się zawsze z małej litery) porównywalny do naszego "Pana Tadeusza", chociaż, jak wszystko w Gruzji, dużo, dużo starszy, zadedykowany legendarnej, acz historycznie potwierdzonej, królowej Tamar: 
         http://pl.wikipedia.org/wiki/Rycerz_w_tygrysiej_sk%C3%B3rze
  • veluri (ველური) --> dziki
  • dundulebi (დუნდულები) --> pośladki
  • czianczvela (ჭიანჭვეა) --> mrówka
  • punpula (ფუნფულა) --> puszysty
  • madloba khuradghebisatvis (მადლობა ყურადღებისათვის) --> dziękuję za uwagę
  • sasacilo (სასაცილო) --> śmieszny (ad tematum: me vedzeb da vagroveb khvelaze upro sasacilo sitkhvebs qartul enaze - Szukam i zbieram najśmieszniejsze słowa w języku gruzińskim, ..i właśnie tym się teraz w życiu zajmuję..taki gap-year'owy oddech od "korporacji" ;))
  • qututo (ქუთუთო) --> powieka
  • pisunia (ფისუნია) - posłużę się językiem angielskim, żeby nie wulgaryzować publiczności (polskiej przynajmniej) - pussy ^^

Gruzja jest chyba jedynym mi znanym krajem, który posiada słowo (jedno słowo) określające stan, kiedy to będąc sytym (supra time), przegapia się moment powiedzenia sobie "dość", dlatego, że jedzenie jest zbyt dobre i tym sposobem brutalnie zagłuszone zostają ewentualne sygnały wysyłane przez naładowane kaloriami ciało. Słowem tym jest: szemomeczamo (gruz. შემომეჭამო). Fenomen często spotykany, ba, rzekłabym, że globalny (czyli w zasadzie nie fenomen), i aż dziw, że nie wpadli na to Amerykanie...Oni, ku swojej zgubie wiedzą najwięcej na ten temat. Jednak mimo tak wyśmienitej (chociaż niewybrednie tłustej) kuchni narodowej i dużego prawdopodobieństwa zetknięcia się z szemomeczamo kilka razy w tygodniu, odsetek otyłych ludzi w Gruzji jest stosunkowo niewielki.  

EDIT: spytałam właśnie mojej nauczycielki gruzińskiego, Manany, czyli kobiety z lingwistycznym mandatem i stwierdziła, że wyrażenie "szemomeczamo" jest zwyczajową "szutką" - żartem, wypowiadanym zwykle przez kogoś, kto obserwuje żarłoczność swojego towarzysza przy stole i oznaczałoby mniej więcej tyle, co "tylko mnie nie zjedz" ;) a zatem tłumaczenia trochę się różnią..;) oba fajne.


Ponadto refleksyjnie...
Oglądam zza szyby dumnie kroczące wśród marniejących fasad rozsypującego się, zapomnianego miasta, wyelegancnione, ładne, młode kobiety w trochę za mocnym makijażu i w przeczących zasadom fizyki szpilkach, zawsze czarnych. A jeśli przypadkiem nie w czarnych to w fluorescencyjnie żółtych. Smutne kobiety. Rzadko widzę tu naprawdę wesołe kobiety, może "nie przystoi", nie wiem, nie dopytuję się...Idą, niosąc swój sztandar urody, zakonserwowany na tyle, na ile pozwala miejsce, w którym żyją i importowane z Turcji tanie kosmetyki, mimo braku perspektyw, kroczą, albo już straciły życie (mężatki), albo wkrótce stracą (panny). Długie, piękne włosy oblepia wszędobylski pył. Jeśli są rozwódkami, lub nawet wdowami - szepcze się za nimi "dziwki" i mówi "ta, wszystkim dostępna". Również obcokrajanki są "ogólnodostępne", bo wiedzą już wszystko, bo są "gotowe" i bezpruderyjne. Usłyszane, zasłyszane, prawdziwe. Szokujące. 

Zarobki są niskie, na miarę kraju rozwijającego się, wciąż budzącego się z długiego snu czy może bardziej z odrętwienia i letargu, skąd zatem te wszystkie dobre samochody, te wypucowane terenówki z wystrzelonym w górę podwoziem? Są rzeczy, których nie pojmę...


niedziela, 9 lutego 2014

Wieści z parafii

Dużo dni polskich ostatnio tu u nas było, dzięki czemu nagromadziłam trochę jadalnych i niejadalnych, lecz stanowiących strawę dla ducha prezentów. Zapowiada się dalsze podkręcanie polskości w gruzińskości, bowiem już za tydzień zatrzymują się w naszym mieszkanku, w którym urządzamy autorski projekt pt. "domaluj coś od siebie na lodówce" (przybornik farb i pędzelków już jest a i lodówka czeka, naga), przewodnicy górscy z naszych jaśnie polskich gór, którzy ruszą następnie podbijać Kaukaz. Ku uczczeniu tej wizyty wymyśliłam, że zapodam leguminę z chleba razowego, którego tu nie ma. Czyli znów trzeba będzie ruszyć kulinarną wyobraźnią!


Dobra wiadomość jest taka, że dzięki uprzejmości św. Mikołaja (który się co prawda spóźnił, ale ok, w Gruzji jest to do wybaczenia) mamy zapas sera żółtego oraz maku ^^ Zła wiadomość - niebawem się skończy. 

Prezent za szczególnie dobre zachowanie od "świętego", który absolutnie podbił moje serce swoją ultra-przydatnością (chociaż wolałabym nie musieć nigdy z niego korzystać) - niezawodny w sytuacjach 1:1 z gruzińskim "adonisem" - gaz pieprzowy "Anty-creeper". Produkcja polska :D:

                                                            Mówimy NIE creeperom:

Książka podarunkowa, którą bardzo chciałam przeczytać już, teraz, natychmiast. I oto jest (za sprawą Jarka, dziękuję!). Dla wtajemniczonych choć nie do końca - tak, Grażyna Jagielska to żona "tego" Jagielskiego "od wojen" (co prawda okładka zrobiła książce źle, ale nie ocenia się książek po okładce, tak babcie mówiła). Lubię dostawać książki z Polski:

                                           

Z życia mojej organizacji. Zaczynamy projekt Before I Die... Wall in Georgia (სანამ მე მოვკვდები...)! Ceremonia otwarcia zaplanowana jest na 9 marca, w moje urodziny, a potem tablica ruszy dalej po kraju wścibsko zaglądając Gruzinom w ich dusze!!! Zapraszam na naszą oficjalną stronę na fb: https://www.facebook.com/pages/Before-I-Die-Wall-Georgia-Country. Testowo wyglądało to tak:




A będzie wyglądać mniej więcej tak (tablica dwustronna, którą udało się w końcu zdobyć, daje nam możliwość zrobienia wersji gruzińsko- i angielskojęzycznej):


Zawsze można też wyrazić marzenie rysunkiem. "Before I die I want to be real" ("Zanim umrę, chcę być prawdziwy") ;): 
                                 

Moja ulubiona, gruszkowa lemoniada, którą piję tutaj litrami - poznajcie się. A to dopiero zima jest. Latem litry zamienią się pewnie w hektolitry. Czekam z niecierpliwością aż się Gruzja zazieleni obficie (chociaż za upałami nie tęsknię) i wreszcie wyruszę na pełnowartościowe zwiedzanie kraju, bo mało mi bardzo, 4 miesiące tutaj a tak mało widziałam! Aktualnym moim marzeniem trekkingowym (chociaż może bardziej w kategorii spa niż trekking) jest Abchazja, parapaństwo (bo w świetle prawa międzynarodowego będące integralną częścią Gruzji), przepięknie położone nad morzem Czarnym - kierując się na północny-zachód od Gruzji, nieuznawane przez większość państw świata oprócz Rosji, Nikaragui, Wenezueli i paru innych krajów. Do intensywniejszego ruchu myśli o Abchazji natchnęła mnie zwłaszcza lektura pasjonującej książki Wojciecha Góreckiego pod tym samym tytułem co nazwa lazurowej krainy (trzecia część tryptyku kaukaskiego po "Planecie Kaukaz" oraz "Toaście za przodków") jak również przypadkowy seans przypadkowo znalezionego gdzieś kiedyś w przegródce "kino offowe" filmu "Mandarynki" (te owoce są masowo uprawiane w Abchazji) o wojnie gruzińsko-abchaskiej z lat 1992-1993 - produkcja z udziałem Estonii, gorąco polecam!. Before I Die I want to visit Abkhazia. 

                                                                    Abchazja!!:



I moje najbliższe okolice - pocztówka z wybiegania (tak! wciąż udaje mi się tutaj, mimo chwil zwątpienia i zdecydowanie słabszej kondycji, "jako tako" realizować sportowo!). Zdjęcie z treningu biegowego (10 km OWB1, wylotówka  z Tkibuli do Kutaisi). Odnoga zmrożonego, sztucznego jeziora Tkibuli Reservoir, które w tej postaci nabrało pięknego, lazurowego odcienia. Ale z łyżwami chyba bym nie ryzykowała ;):


A tak się kiedyś biegało (lata świetności sportowej) ;) Bieg "W Pogoni za Bobrem" w ramach Maratonu Wigry 2013 (z prawej ja):




wtorek, 4 lutego 2014

Czym połączyć dynię z pomarańczą? Kwestia smaku!

Podróżując stopem po Gruzji (gruz. szemchvedri manqanebit mogzauroba) jest się narażonym na całkowicie nieodpłatne korzystanie z życia. I nie mam tu na myśli jedynie żerowanie na czyjejś gościnności "motoryzacyjnej" (z drugiej strony zabawy zawsze jakby więcej niż poruszanie się lokalnym transportem, i nawet nie chodzi tu o oszczędność, bo wszak wciąż nie są to zbyt wielkie kwoty), ale urok bycia obdarowywanym przy tejże okazji wszelakim jedzeniem. Znienacka. Zazwyczaj dobrym. Albo butami :D Ale to już inna historia. Tym razem o jedzeniu. Znowu. Takoż i Oli z Tomkiem udało się w czasie ostatniej wyprawy do parku narodowego Borżomi (jak donosi wikipedia - jednego z największych w Europie - ooooczywiście, jeśli przyjmiemy, że Gruzją jest Europą, ale nie przyjmiemy, bo Gruzją Europą nie jest, koniec kropka), zostać obdarowanym dwiema dorodnymi dyniami, które z lekka namiękając dawały jasny sygnał: ZJEDZ MNIE! 

Zatem w domu nastąpił u nas (stanowimy trójkąt, z obawą przed ostracyzmem gruzińskim, zachowawczo nie ujawniamy się, a skoro się nie ujawniamy to nie pozostaje nam nic innego jak, poza wiadomym, zamknąć się w naszej przestronnej kuchni i gotować :P), podział obowiązków na ultra-ponowoczesną, hipperpartnerską modłę - facet do garów, kobiety pracują ;) I tym oto sposobem, kiedy udało nam się w końcu wyjść z łóżka, "nasz" Tomuś zgotował całkiem wspaniałą potrawę z wykorzystaniem tych dwóch cudnych dyń. Azaliż było to dobre. Dlatego postanowiłam się tym dobrodziejstwem podzielić z czytelnikami bloga roku 2056 (wiem to na pewno, że kiedyś mnie Kominek na emeryturze będąc odkopie i zgłosi do konkursu bloga roku w kategorii "najlepsze blogowe wykopalisko")! Inwencja twórcza poszła w ruch, gdy do akcji wkroczyły kobiety i wymyślonym zostało, że skoro zupa pomarańczowo-dyniowa, to jak ulał wpasuje się i cynamon! Zachwytom nie było końca, na poczęstunek załapał się i nasz lokalny Amerykanin (czyli de facto COŚ o dyniach wie z samej zasady), a zwieńczeniem degustacji była krótka, acz gorąca dyskusja pt: "dlaczego mężczyźni są lepszymi kucharzami od kobiet i dlaczego zawsze, gdy porównuje się umiejętności obu płci, wychodzi na wierzch, oczywiście wyciągnięty przez reprezentatywny pierwiastek męski, wątek kobiecej gospodarki hormonalnej oraz jej ewidentnego wpływu na poziom artyzmu i finezji w danej umiejętności". 


PRZEPIS - ZUPA POMARAŃCZOWO-DYNIOWA (nie tylko na Halloween):
Składniki:
  • 2 łyżki oliwy
  • 2 cebule
  • kilka ząbków czosnku
  • 2 średnie dynie
  • 1 kostka bulionowa
  • 1 pomarańcza
  • szklanka mleka 
  • sól, pieprz, cukier
  • cynamon (!)
Potrzebny blender (na szczęście, mimo wielu niewygód życia, my takowy posiadamy;) i wyciskarka do czosnku (jeśli nie ma, na to na tareczce zasuwać proszę)

PRZYGOTOWANIE:
W garnku zagotować oliwę, wrzucić posiekaną drobno cebulę i dusić kilka minut. Dodać rozgnieciony czosnek oraz dynię pokrojoną w kostkę. Dusić kolejne kilka minut, mieszając i doglądając. Wlać podgrzany bulion i posiekany miąższ pomarańczy. Podgrzewać do czasu, aż dynia zmięknie. Zmiksować zupę na gładki krem, doprawić solą, cukrem i pieprzem wg preferencji. My zrobiliśmy bardziej na słodko, więc poszliśmy w stronę cukru i - oczywiście - cynamonu (i to był właśnie ten mały "suplement", który zbudował tak nietuzinkowy smak!) Dodać mleko, podgotować kolejne kilka minut, dobrze wymieszać. Można podawać z odrobiną śmietany. I musowo - grzanki ;)

DZILI NEBISA! ძილი ნებისა! (Kolorowych snów!) ^^
ps. TAK! Lubimy jeść! W Gruzji nawet bardziej..."To nie jest kraj dla dbających o linię"...


niedziela, 2 lutego 2014

Zabawy w reportera - grzebiąc z autochtonami w historii ich kraju...

W ramach naszego mini-projektu "25-lecie rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu" w górniczej miejscowości Tkibuli, liczącej ok. 12 tysięcy mieszkańców przeprowadziłyśmy akcję mającą na celu zdobycie informacji od poszczególnych osób, dające wespół możliwie jak najbardziej szeroki obraz wiedzy i świadomości o wydarzeniach roku 1989 - w Gruzji (9 kwietnia - masakra pod parlamentem w Tbilisi) i innych republikach radzieckich oraz stosunku do nich. W sumie przeprowadziłyśmy 3 dłuższe wywiady indywidualne wśród osób, które wiekowo wpisywały się w grupę targetową (osoby cieszące się autorytetem w mieście oraz adekwatną wiedzą i postawą obywatelską, które na przełomie lat 80-tych i 90-tych były studentami – a zatem stanowiły część najbardziej zaangażowanej w demontaż Związku Radzieckiego grupy społecznej). Kolejnym krokiem było zaproszenie do pomocy w realizacji projektu młodzieży, urodzonej już po badanym okresie. Na zajęciach z Youth Clubem przygotowujących do samodzielnego przeprowadzenia ulicznego sondażu społecznego, gdzie średnia wieku to 16-18 lat, postawiłyśmy pytanie czym jest wolność i z czym się kojarzy (odpowiedzi bardzo różne - od dość zatrważających "komputer i internet" przez tbiliski "Plac Wolności" (gruz. Tavisuplebis Moedani) aż po "being a single" - ok, to już nasze asocjacje :D). Pytanie o wolność stało się wobec tego słowem-kluczem inwokującym tematykę wydarzeń ’89. Przy okazji, czerpiąc z naszej wiedzy uniwersyteckiej i doświadczenia zawodowego, wyjaśniłyśmy specyfikę gatunku dziennikarskiego jakim jest wywiad. Całe kolejne zajęcia poświęcone zostały realizacji zadania w terenie, dzięki czemu udało się zebrać reprezentatywny materiał reporterski (8 mini-wywiadów "ulicznych" oscylujących wokół podstawowych pytań).



Background historyczny: Gruzini byli tym narodem kaukaskim, który jako pierwszy wysunął hasła emancypacyjne. Kraj ten, podobnie jak inne republiki, formalnie odzyskał niepodległość wraz z rozwiązaniem ZSRR w grudniu 1991, ale to, na co szczególnie należy zwrócić uwagę to wydarzenia wcześniejsze – droga do niepodległości przypadająca na lata aktywności Zwiada Gamsachurdii, prywatnie syna największego pisarza gruzińskiego - Konstantina (Okrągły Stół-Wolna Gruzja) i działalność dysydencka, której owocem była demonstracja kwietniowa w 1989 roku w Tbilisi. Władze komunistyczne Gruzji starały się pacyfikować wzburzone nastroje społeczne, jednak dopóki wystąpienia obejmowały środowiska akademickie i inteligenckie stosowano wyłącznie łagodne środki pokojowe. W kwietniu 1989 r. Aleja Rustawelego (główna arteria Tbilisi) stała się miejscem masowych demonstracji pod hasłami przywrócenia niepodległości (pojawiło się też wiele haseł w języku angielskim - symbol zwrotu ku Zachodowi). Wkrótce do studentów zaczęli przyłączać się przedstawiciele innych grup społecznych, co ostatecznie sprowokowało centralę w Moskwie. W nocy z 9 na 10 kwietnia 1989 na pokojową demonstrację uderzyły oddziały dowodzone przez gen. Rodionowa. W starciach zginęło, najczęściej  przez uduszenie gazami, prawdopodobnie 19 osób, w większości – młode kobiety.

Wywiad nr 1 przeprowadzony z nauczycielką gruzińskiego, filologiem rosyjskim, która w roku ’89 przebywała we Władykaukazie, gdzie przygotowywała swoją  pracę dyplomową. Jej sytuacja była trudna, miała małe dziecko w dzielonym mieszkaniu i obronę dyplomu na głowie. Pamięta wydarzenia, które z jej punktu widzenia były posunięciem pochopnym, nierozsądnym i nieprzemyślanym. Polała się (przysłowiowa co prawda w tym przypadku) krew. Uważa, że w czasach sowieckich Gruzinom żyło się z reguły dobrze, każdy miał pracę, albo pracował w Moskwie, co nie było wówczas problemem (bo najważniejsze, że praca w ogóle była i przynosiła dochody), ludzi było stać na domy, mieszkania i życie na przyzwoitym poziomie, język gruziński obok rosyjskiego miał swój zagwarantowany suwerenny i nietykalny status. Według Manany, państwo najpierw musi osiągnąć dojrzałość ekonomiczną i być skonsolidowane etnicznie, jeśli chce być podmiotem niezależnym. Gruzja nie była wówczas jeszcze na to gotowa, o czym świadczy katastrofa gospodarki i pogrążenie się w wojnach wewnętrznych w latach 90. Manana wiedziała również o Polsce i Solidarności, był dostęp do transmisji telewizyjnych, miała świadomość dużej zmiany dziejowej, ale ze względu na sytuację osobistą była bardziej skoncentrowana na własnym życiu. Odniosłyśmy wrażenie lekkiej nostalgii za czasami komunistycznymi...



Wywiad nr 2 z mężczyzną, który swego czasu pracował w telewizji gruzińskiej pod "skrzydłami" ekipy Bidziny Iwaniszwiliego. W roku ’89 miał 22 lata, studiował w Kutaisi, informacje o tym, co dzieje się  w stolicy, roznosiły się szybko, bo Gruzja to przecież mały kraj, więc każdy znał kogoś, kto znajdował się bezpośrednio w epicentrum wydarzeń (jeżeli chodzi o to co się działo w Polsce czy w innych republikach, Gruzinów to raczej nie interesowało, bo było „daleko” i nie czuli jednoczącej więzi sprawy, zajmowali się sobą). Podobnie jak Manana, uważa, że demonstracja kwietniowa w Tbilisi była efektem kuli śnieżnej, rozdmuchanych nastrojów anarchistycznych i tzw. „magii tłumu”, zmiany powinny były zajść pokojowo, ale Gruzini nie znają sztuki negocjacji, są zbyt wybuchowi. Ponadto kompletnie nie byli gotowi na wolność, „głupieli” przez nadmiar wolności, byli nią przytłoczeni, co unaoczniło się w latach 90. Valery użył ciekawej figury retorycznej – wolność była w te dni na siłę wyciskana przez oszalały tłum jak pasta z tubki pasty do zębów – nie możesz jej wepchnąć z powrotem, jest już za późno, stąd pewne zmiany, które zaszły tak błyskawicznie były nie do cofnięcia. Darmowa edukacja, darmowa służba zdrowia, dbałość o miasta (teraz wszędzie ruiny, nawet w Tbilisi, tzw. architektura podwórkowa, poza oczami co mniej ciekawskich turystów), masowość miejsc pracy (celowo tworzone miejsca pracy po to tylko, aby ludzie mieli pracę i mogli zarabiać pieniądze, nawet jeśli owa praca była błaha i w istocie rzeczy zbędna) – wszystko to, wg niego zostało zaprzepaszczone, a początek lat 90. to był chuligański koszmar. Większość ludzi pod koniec lat 80., nie zdawała sobie w ogóle sprawy z tego, co się dzieje, bezmyślnie zlewała się z tłumem protestujących i ta ignorancja była ich zgubą, której później żałowali.

Wywiad nr 3 z szefową organizacji pozarządowej. Keti jak pozostała dwójka, pod koniec lat 80. również była studentką, kończyła uniwersytet, generalnie miała świadomość rangi wydarzeń, które działy się na jej oczach (transmisje w TV), ale nie przywiązywała do tego wagi, była raczej indyferentna ideowo i nie zajmowała się polityką. Stwierdziła, że „na mieście” raczej też nikt nic nie będzie miał na ten temat do powiedzenia (ale na szczęście się myliła).

Sondaż społeczny: pytania zadawaliśmy w języku gruzińskim, nagrania z użyciem dyktafonu lub kamery. Pojawiały się osoby wśród ankietowanych, które wiedziały co się działo w tych  decydujących miesiącach roku ’89 w Tbilisi, ale zdecydowanie odmówiły komentarza, a tym bardziej wystąpienia przed „kamerą”, mimo zapewnień, że nie „pójdzie to w świat”. Ludzie wiedzieli, że na Rustaveli padły ofiary, że wojsko radzieckie brutalnie rozprawiło się z demonstrantami, i uważają zgodnie, że był to czarny punkt na mapie historii Gruzji. Nic więcej do dodania. Młodsi, którzy byli wówczas małymi dziećmi lub których w ogóle nie było jeszcze na świecie, zazwyczaj (ale z ratującymi honor społeczności wyjątkami) nie mają pojęcia co szczególnego miało miejsce 9 kwietnia 1989 roku, nie wspominając nawet o Polsce i Okrągłym Stole. Nauka historii w szkołach pozostawia wiele do życzenia, czy też może to zjawisko bez "płci" narodowej, bo dotyczy bardziej pokolenia niż konkretnego narodu i jego systemu szkolnego? Otwarte pytanie. 

                                             Ofiary wydarzeń kwietniowych w Tbilisi:

Komentarz odautorski: Gruzini są porywczym narodem, pełnym temperamentu, dumy i o niezwykle silnej tożsamości narodowej. „Robiąc swoje”, tj. podejmując bezprecedensową walkę o niepodległość pod koniec lat 80. (głównie brać akademicka, studenci, ludzie wykształceni), z pewnością nie oglądali się na inne narody, nie widać tu inspirującego pierwiastka ruchu Solidarność. To, co działo się w Polsce kiełkowało być może w wąskiej świadomości uczonej, akademickiej warstwy społeczeństwa, ale ruch miał dużo szersze podłoże społeczne. Nie mniej jednak, przytłaczająca większość społeczeństwa gruzińskiego ignorowała wydarzenia i nie wnikała w politykę. Starała się być na bieżąco z informacjami, czytać prasę, oglądać relacje z Rustaveli, ale bez wnikania w szczegóły, bez dywagacji historiozoficznych, a tym bardziej bez jakiegokolwiek własnego angażowania się w działalność dysydencką i „wywrotową”.

Niestety głodne lata miały dopiero nadejść...