logo

logo
współpracuję z:

sobota, 30 listopada 2013

Kobieta w Gruzji. Europa w Gruzji?

Z okazji pierwszego śniegu w Tkibuli, "w stanie" Imeretia (niech w głowie przy czytaniu zabrzmi wam głos i akcent Mariusza Max Kolonko, tyle że zamiast creepy miasteczka w Ameryce, mamy creepy miasteczko a'la Twin Peaks zaszyte gdzieś głęboko w lasach Gruzji ;)), postanowiłam, że poświęcę swoją własną tradycję zakopywania się przy pierwszym napadzie zimy pod kocem z gorącą czekoladą i książką i spiszę odhaczykowo dwie poważniejsze refleksje kulturologiczne po 2 miesiącach życia na gruzińskiej prowincji. Przy okazji - dowiedziałam się właśnie od pani w sklepie, że Tkibuli nazywają "Małą Syberią"...TEGO NIE BYŁO W KONTRAKCIE! Generalnie jestem ciepłolubna, nie lubię zimy (gruz. zamtari), ale lubię bieganie (gruz. sirbili) zimą, w śniegu i mrozie, z oszronionymi rzęsami (gruz. camcamebi) tylko gdzieeee tuuu, ja się pytam, jak mi zasypie creepy stadion, a tzw. chodników nie odśnieżą, bo nie ma kto tego robić (czyli nikomu się nie chce)?!

Topics:

MĘŻCZYŹNI W GRUZJI A KOBIETA

·    Jakkolwiek jest tu dość dużo przystojnych mężczyzn (przepraszam, zawsze jakoś zaczynam od tego samego tematu ;), może jedynie wymagających otrzepania z kurzu i popatrzenia przez palce na wszędobylską pozę macho (kwestie stricte estetyczno-zewnętrzne, bo charakterowo są dla mnie zazwyczaj nie do przejścia) to trzeba pamiętać, że "targają nimi bezbrzeżne wichry namiętności", że są pełni wigoru, góralskiego temperamentu i chutliwych zapędów :D i jeśli nie chce się mieć kłopotów, natrętnych adoratorów czy wręcz stawiać siebie w całkiem realnym niebezpieczeństwie (był przypadek porwania dziewczyny na żonę w sąsiedniej wsi, ale nie wiem na ile jest to naciągana prawda i zwykłe, wiejskie bajanie), zaleca się kobietom z tzw. Europy unikać patrzenia prosto w oczy, nie wspominając nawet o posyłaniu niewinnego, zdawałoby się, uśmiechu. Czarne, gruzińskie oczy z łatwością, nawet w tłumie, wyłapią te błękitne, a jeszcze jak będą się one „bezczelnie” niebieścić w towarzystwie blond włosów…Problem gotowy. Poza tym, Gruzini są dobrymi szpiegami (chociaż stosując miarkę małej mieściny, gdzie wszyscy wszystkich znają i o wszystkim wiedzą, nie trudno być dobrym szpiegiem, bo ma się tabuny nieodpłatnych pomocników). Spodobasz się kobito – nawet jak uciekniesz pod osłoną tłumu lub korzystając z własnego sprytu – bądź pewna, znajdą cię.

Niestety, Słowianki mają tu opinie łatwych i otwartych na przygody, a zatem Gruzini mogą stanąć w jednym rzędzie z Turkami, Egipcjanami, Grekami czy Tunezyjczykami...Jak to się ma do gruzińskiej kobiety? Kobiety w Gruzji są w większości milion razy mądrzejsze (życiowo) od mężczyzn, mają silne, zadziorne charaktery, są zdecydowane, obrotne i kierują się w życiu ściśle określonymi zasadami, wśród których najwyższa wartość rodziny oraz duma i szacunek do samej siebie, wypierają ewentualne próby smakowania przygód gdzieś po drodze do stworzenia przytulnego gniazdka. Są lepiej wykształcone, znają języki, ale wciąż głównym celem ich życia jest znalezienie dobrego męża, który koniec końców i tak będzie je zdradzał. Niestety ich głos w dyskusji często jest "gaszony" przez męską część populacji, co jest wręcz usankcjonowane przez patriarchalną kulturę (wbrew temu, i młodzi i starszyzna będą mówić, że kobietę-matkę otaczają świętą czcią, że pierwsze toasty na suprze zawsze wzniosą jak nie za ojczyznę to za miłość i kobiety, że Matka-Gruzja jest kobietą, ale jakże często jest to tylko ładne pustosłowie). Nie ma tu równości płci i jeszcze długo nie będzie. Są ściśle określone role społeczne dla kobiety i mężczyzny. Oczywiście Tbilisi rządzi się już nieco innymi prawami, ale każda stolica jest swego rodzaju wyspą, więc jej zinternacjonalizowane zwyczaje nie są wymierne w kontekście całości kultury.


Gruzini mają z kolei bardziej lekkomyślno-hedonistyczne podejście do życia, kłócące się z twardymi regułami genderowej gry, narzuconej i konsekwentnie prowadzonej przez Gruzinki, dlatego wykorzystując swój samczy urok, najpierw zabawią się z obcokrajankami, jeśli tylko nadarzy się łatwa okazja skora do testowania potencjału seksualnego obcego dla siebie narodu, ale za żonę zawsze ostatecznie wezmą sobie „czystą” i cnotliwą Gruzinkę, która im ugotuje, upierze i posprząta. Gruzińscy chłopcy tracą dziewictwo najczęściej z prostytutką. Taki prezent np. na 18-te urodziny. Gruzinka musi czekać aż do ślubu, ale że małżeństwa zawiera się szybko (i wciąż często przy pomocy rodzinnych swatów), długo czekać nie musi ;)

W związku z takim podejściem Gruzinów do cudzoziemek, zwłaszcza słowiańskich, skorygowałam początkową niewiedzę i nowicjuszowską ciekawość ludzi polegającą na bacznym obserwowaniu ich zachowań wobec siebie w różnych, społecznych sytuacjach, przekuwając ją w, chroniący mnie przed nadinterpretacją w rodzaju "flirtowanie", nieobecny, chłodny wzrok wbity gdziekolwiek byle nie w oczy mijanych mężczyzn. Jeśli już następuje interakcja - w sklepie, na bazarze, w miejscu pracy, gdziekolwiek – oczywiście nie mam wyboru, ale niechciane zainteresowanie wszystkich przypadkowo napotykanych mężczyzn jest w stanie ugasić jedynie całkowita ignorancja i traktowanie ich jak powietrze.

GRUZJA A EUROPA

·      Pytanie czy Gruzja w pojęciu kulturowym to już Europa czy jeszcze nie. Zastanawiam się nad tym odkąd tu przyjechałam, przyglądając się życiu w jego codziennych szatach, w miejscu bardzo gruzińskim, bo z dala od stolicy. Ciągle toczą się nad tym debaty, publicznie, forumowo, wśród zwykłych turystów wszelkiej maści, którzy tu przyjeżdżają, jak i wśród rosnących jak grzyby po deszczu „gruzjofilów”. Wszędzie poza Gruzją, bo Gruzja jakby obraża się już za samo zadane pytanie. Dyskusja kończy się wówczas, jeśli jej nie obrócić w żart, na śmiertelnej obrazie, bo przecież każdy Europejczyk winien wiedzieć i nie mieć co do tego żadnej wątpliwości, że Gruzja była częścią Europy, ba Gruzja była początkiem chrześcijańskiej Europy, która wraz ze swoimi „nowymi” zabytkami sprzed zaledwie kilku wieków jest przy starożytnej Gruzji ino raczkującym niemowlakiem (co mają powiedzieć Stany Zjednoczone albo taka Kanada? ;) Ciekawe, że z drugiej strony, w tym samym czasie odżegnują się od tejże Europy przez wzgląd, jak twierdzą, na jej laicyzację, zepsucie obyczajów i degrengoladę moralności. Religię próbowano Gruzji odebrać siłą, ale nawet przymusowa, sowiecka ateizacja społeczeństwa w satelickim, czarnomorskim kraju nie wyczyściła naturalnej skłonności Gruzinów do mistyki i wiary w Boga. Co ciekawe, nawet ci chutliwi mężczyźni są wielce bogobojni, więc rozbieranie dziewczyn wzrokiem na ulicy przy budce z piwem, nie będzie się kłócić z kilkukrotnym przeżegnaniem się ze spuszczoną skromnie głową pod mijanym kościołem w czasie powrotu marnotrawnego męża do domu na obiad.

Nie zawsze tak jest, niektórzy Gruzini podchodzą do kwestii europejskości (lub nie) Gruzji w sposób mniej ambicjonalny, rozmawiają, argumentują. W zasadzie należałoby się zastanowić czym w ogóle jest Europa? Czy znak firmowy Europy daje gwarancję czegoś lepszego, wyższej wartości? Według mnie nie. Ale może to tylko moje myślenie, w tym przypadku mocno podparte emocjami, bo zawsze ciągnęło mnie bardziej na Wschód, do miejsc naturalnie niedoskonałych o nierównych chodnikach i nierównych, ale szczerych uśmiechach ludzi spotykanych w drodze, niż do wycyzelowanych i nieznośnie wypucowanych na błysk krajów tzw. Zachodu. Jeśli podstawą rodziny europejskiej miałaby być wspólna religia, Gruzja jako kolebka chrześcijaństwa posiada niezbywalne prawa do nazywania siebie krajem europejskim. Myślę jednak, że europejskość zamyka się w bardziej finezyjnych, nie tak oczywistych niuansach kulturowo-państwotwórczych i na tej podstawie, być może narażając się Gruzinom, którym zechce się sięgnąć po google traslatora (lub znających język polski), stwierdzam stanowczo i z pełną odpowiedzialnością, że Gruzja nie jest ani Europą ani tym bardziej Azją, jest krajem kaukaskim i razem z Armenią stanowią dwujednostkowy, odrębny mini-kontynent. Przy tym, taki rozkład sił jest jak najbardziej na korzyść Gruzji, która nie wpisuje się w utarte schematy. Nie mniej jednak, wszędzie w Gruzji obok flagi gruzińskiej wisi dumnie i nie-wiem-po-co flaga Unii Europejskiej.


Jeśli, jakimś cudem Europa przyjdzie do Gruzji w takiej wersji w jakiej jest prezentowana obecnie, to po pierwsze stracę szacunek dla Gruzinów za ten bezmyślny akt poddaństwa, po drugie – to już nie będzie to samo…Oczywiście, masa spraw wymaga w Gruzji solidnej korekty według nowoczesnych standardów, ale błagam, niech Gruzja nadal jest jaka jest, niech nie zmienia, mimo tego, że doprowadza mnie tak często do wrzenia ze złości i bezsilności, swojego naturalnego oblicza, ze swoim podejściem do czasu (mimo mojego umiłowania punktualności), kolektywistycznym ekstrawertyzmem (mimo własnego sytuowania się między ekstrawertyzmem i introwertyzmem), spontanem, życiem z dnia na dzień i śmianiem się z problemów (mimo bycia urodzoną „planistką”). Myślę sobie, że dobrze tu być w tym przedziwnym, nie dającym się wcisnąć w żadne ramy kraju, być tu przez chwilę, zaprzyjaźnić się z ludźmi, poucztować, zachłysnąć się kawałkiem autentycznie dzikiej natury (i dzikiej mentalności), ale przez wzgląd na swój charakter wiem na pewno, że nie jest to kraj, w którym mogłabym spędzić resztę życia. Jest to kraj (kompletnie nieeuropejski!), do którego już zawsze będę żywiła uczucie i do którego będę wracać, nawet jeśli to toksyczna miłość ;) Shit happens...:





ZA 22 DNI W WARSZAWIE! ;))))))

czwartek, 28 listopada 2013

Sąsiedzkie korepetycje z lepienia chaczapuri imeruli

Zanim przejdę do przygody z gotowaniem po kaukasku i luźnych zapisków na temat dokonywanego nieustannie gwałtu na dietetycznej moralności s.e.g (sprzed ery gruzińskiej) za pomocą niepozornego, serowego chleba, kilka bardzo aktualnych spraw. Natknęłam się dzisiaj w jednym z opiniotwórczych portali, na informację dotyczącą sporu (chociaż spór to może zbyt mocne słowo) Katarzyny Pakosińskiej, celebrytki (Kabaret Moralnego Niepokoju), która popełniła książkę zatytułowaną "Georgialiki" (wydawnictwo Pascal) z dziennikarzami-podróżnikami, prowadzącymi popularny blog "Oblicza Gruzji". Zamieszanie dotyczy, z grubsza, dokonanego jakoby przez znaną (choć nie wszystkim) kabarecistkę plagiatu, ale jeśli przyjrzeć się temu bliżej rzecz rozchodzi się tylko o kilka zacytowanych w dość swobodny sposób fragmentów z bloga, zazwyczaj toastów gruzińskich, stanowiących "dobro wspólne" narodu gruzińskiego. Być może zabrakło jedynie odnośnika w bibliografii. Nie będę się teraz stricte ustosunkowywać, ani wchodzić w szczegóły, nie podejmuję się również "adwokatury w eterze", żadnej ze stron, mimo, że na blog czasem zaglądam, gdyż jest prowadzony starannie i prezentuje naprawdę genialne przepisy kuchni gruzińskiej, a i książka Pakosińskiej znalazła się w moich prywatnych zbiorach. Książkę ową cenię zwłaszcza za drugą część, w której autorka zasiada do wyimaginowanej supry z osobistościami tegoż kaukaskiego kraju i prowadzi momentami niezwykle pasjonujące rozmowy oscylujące wokół meandrów gruzińskiej kultury, mentalności i historii. Dobra rzecz. Ale zaznaczam - to nie jest mój poklask dla ewentualnej, raczej nadmiernie rozdmuchanej, kradzieży własności intelektualnej, jedynie zniesmaczenie małostkowością i pyszałkowatością niektórych blogerów...


To co mnie niestety smuci, to fakt prowadzonej na fali popularności kraju jako upragnionej destynacji podróżniczej, swoistej i przedziwnej "wojny o Gruzję", słowne przepychanki wkraczające na łamy prasy, a nawet awansujące do rangi poważnych spraw sądowych, mające na celu udowodnić wyższość i "pierwszość" własnego "ekspertstwa" od Gruzji pod roboczym tytułem "kto pierwszy był na tej ziemi i kto pierwszy z rogu pił". I na co to komu? Zdaję sobie również sprawę z tego, że są już dziesiątki blogów na temat Gruzji, ale osobiście podeszłam do własnej "twórczości blogowej" w sposób zdroworozsądkowy i ultraindywidualny - piszę dla siebie na pamiątkę, żeby utrwalić te zderzenia z odmienną mentalnością i kulturą na elektronicznym papierze (być może nie zjedzą go korniki) oraz dla mych ewentualnych, choć raczej nie pewnych, dzieci i wnuków. Zdaje się bowiem, że Internet będzie kiedyś, już niedługo, spełniał funkcję ksiąg kościelnych, wieczystych, metrykalnych i przez wzgląd na masowość powstawania blogów - kroniko-pamiętnika w jednym, przez czeluście którego będą przekopywali się nasi potomkowie produkując rodzinne drzewa genealogiczne. Taki matrix. Piszę też dla mojej rodziny i przyjaciół - za jednym zamachem - mówiąc brzydko - spowiadam się z ostatnich wydarzeń, nie rozbijając się na pojedyncze, powtórkowe w treści maile i telefony, bo i czasu by zabrakło i pieniędzy, nie wspominając już o cierpliwości na której brak cierpię ;) Bynajmniej nie roszczę sobie praw do bycia "ekspertem od Gruzji". Jest to na tyle barwne, zaskakujące i nieprzewidywalne państwo, że chyba nigdy nim nie będę, a już na pewno nie po ino roku "małżeństwa". 

Wot! Dzień gotowania! Kuchenny dzień!

Wreszcie udało się nam umówić z sąsiadką Mariką na nasze pierwsze próby z królem kuchni gruzińskiej - chaczapuri po imeretyńsku (to obiegowa opinia, ja trochę inaczej obstawiłabym wygraną w tym rankingu, ale jak mówi rosyjskie przysłowie: "na vkus i na cvet tovariszej niet"). Po pierwsze trzeba wiedzieć, że istnieje od licha różnych typów placków z serem, w zależności od regionu z którego pochodzą. Jest więc i tradycyjne, okrągłe imeruli, podstawą którego jest dobry ser (gruz. khveli) i dobra mąka. Zresztą to właśnie stąd (Imeretia) pochodzi ser używany w innych częściach kraju, gdyż jest on po prostu najlepszy. Mieszkamy w kolebce serowarstwa! Jest też lobiani z ugniecioną fasolą lobio, łódkowate w kształcie adżaruli z rozlanym jajkiem i masłem na wierzchu, kubdari z mięsnym farszem i megruli z tzw. podwójnym serem, bo dodatkowo rozsmarowanym na chrupiącej, zewnętrznej skórce (warto przyjmować łącznie ze środkami odchudzającymi). Oczywiście cały sekret tego piekielnie smacznego dania tkwi właśnie w serze. W tańszej wersji miesza się ser z ziemniakami. Różne są tez typy ciasta, osobiście rozpływam się (dosłownie) nad recepturą z ciastem francuskim. Odlot!

Bierzemy własny zakupiony na bazarze ser i mąkę i idziemy kilka pięter wyżej, do Mariki. Przy okazji, jak zawsze, obśmiewamy nieznośnie nierówne stopnie na klatce schodowej. Tak to już jest, potwierdziło się w 100% przeczytane w kilku publikacjach, zdanie, że Gruzini jakby w postsowieckim odwecie, za nic mają estetyzm publicznej przestrzeni, podwórek, klatek schodowych etc. Pstryczek w nos świadomości kolektywnej. Teraz myślimy indywidualnie i egoistycznie, a państwo niech się zajmie resztą, o! Doprawdy, podziwiam tak wielce selektywną wrażliwość na otaczające człowieka piękno przestrzeni :D Dlatego też, mimo obskurności obejścia (czy to miasto czy to wieś), mieszkania mają Gruzini urządzone naprawdę przyjemnie, niekiedy wręcz bombastycznie (także i w złym guście). Na pewno jest olbrzymia różnica między tym co widzi się wchodząc do bloku (wybite szyby, brak światła i ogrzewania, walające się śmieci, odrapane ściany, zwały gruzu, masakrycznie nierówne stopnie, jakieś stare porzucone sprzęty domowe typu lodówka na półpiętrach), a tym co się zastaje już po przekroczeniu progu mieszkania do którego "idziemy w gości". Nasza klatka schodowa jest bardzo mało reprezentatywna, wręcz odstraszająca, ale im dalej w las, tym lepiej ;)

Wita nas kot i młodszy syn "nauczycielki gruzińskiego gotowania". Marika jest niebanalną postacią. Pulchna niczym ciasto na chaczapsa ;). Wszędzie, nawet do sklepu położonego heeeen...kilkaset metrów od domu, porusza się samochodem. Zaraz jak tylko nas poznała (a stało się to szybko po przyjeździe), autorytatywnie stwierdziła, że teraz jak jesteśmy tak daleko od domu, ona może być naszą zastępczą mamą i dlatego z każdym problemem, zaczynając od pożyczenia soli aż na złamanych sercach (przez gruzińskich chłopców of course) kończąc, mamy się do niej zgłaszać i uderzać jak w dym. Marika robi najlepsze torty w całym miasteczku i z tego tu słynie. Jeśli szykuje się grubsza impreza typu weselicho, wiadomo, że tortem zajmuje się Marika, nikt inny. I trzeba jej przyznać, że jest w tej sztuce biegła. Torty wysokie na kilka pięter, dekoracyjne, każdy szczegół, każdy ornament dopatrzony, wychuchany. Kobieta ma niewątpliwe zdolności plastyczne i manualne. Jak zresztą wszyscy w rodzinie - co wychodzi w trakcie rozmowy. Starszy syn pięknie malował, a gdy chciał wstąpić do Akademii Sztuk to mu powiedzieli, że oni go już niczego więcej nie nauczą ;)




Kuchnia to żywioł Mariki. Ma też zdumiewającą podzielność uwagi. Jednocześnie uczy nas robić chaczapuri, podaje przepis, dodaje własne zalecenia odautorskie, robi tort na kolejne uroczystości (zamówienia spływają nader często - co sztukmistrz to sztukmistrz, złote ręce mają wzięcie), jak również plotkuje z nami i sąsiadką. Zaraz potem leci do pokoju po zeszyt syna, żeby pokazać nam jak pięknie rysował jako kilkuletnie dziecko. Rzeczywiście chłopak ma talent, zakopany obecnie ;) Przy ugniataniu ciasta jest sporo zabawy i śmiechu (już chyba wspominałam przy jakiejś okazji jak bardzo lubię zanurzać dłonie w cieście?), ważna jest technika ugniatania i siła nacisku (naprawdę!;) Potem czekamy aż ciasto dojdzie, delektując się niespiesznie płynącym czasem w mamino-gruzińskiej kuchni, a tuż obok rośnie nam ozdobiony w girlandy kwiatów tort - jak mówi Marika - taki "zwykły" tort "codzienny", bez specjalnej okazji ;)) Kiedyś obiecuję, pokażę zdjęcia tortów-gotowców, te z dzisiejszego wejścia to tylko ino zajawki z faz produkcji. Pan mąż uroczej gospodyni, co to przez całe kilka godzin naszego krzątania się po kuchni, spokojnie, bez wtrącania się, oglądał gru tv rozłożon na kanapie, koniec końców prezentuje znakomite umiejętności aktorskie, rozpływając się nad czaczapsami polskimi rękoma ulepionymi ;) Są naprawdę dobre!!

Nagrałam film instruktażowy ajfonem z etapu wiązania sakiewek z serem i ich rozpłaszczania, ale niestety nie tą stroną co trzeba i nie potrafię go teraz odwrócić tak, żeby nie oglądać go do góry nogami (tak, tak, pracowała w firmie technologicznej). Nie chcę narażać "moich szanownych czytelników" na uraz kręgosłupa lub też awarię ich sprzętu komputerowego w razie chęci (mimo wszystko) obejrzenia filmiku, zatem rezygnuję z nagrania i zamieszczam czystą, choć miejscami nie do końca wyraźną fototorelację (dużo było ruchu i aparat nie nadążał ;)




Nasz przepis na chaczapuri (autor: Marika z 7 piętra, Tkibuli; żeby nie było że plagiat, pozdrawiam awanturniczy blog "Oblicza Gruzji" ^^):

CHACZAPURI (4 PORCJE - czyli cztery duże placki jak średniej wielkości pizze, które z powodzeniem zaspokoją duży głód małej jednostki wojskowej ;) :

SKŁADNIKI (trochę na oko będzie też):
1 kg dobrej (pszennej, jasnej) mąki
1 kg sera gruzińskiego (w warunkach polskich - ser ubity, ale miękki i nie suchy jak nasz biały, małosolny)
1 jajko (opcjonalnie do serowego farszu)
Szczypta soli i cukru
Drożdże - 2 łyżki stołowe
Olej słonecznikowy (lub inny)
Woda, kefir lub maconi (gruziński produkt mleczny podobny do zsiadłego mleka - takie info znalazłam u pana Maglakelidze, ALE! Oblicza Gruzji twierdzą inaczej - oczywiście, Chrystusi Gruzińskiej Prawdy o Mleczarstwie ^^ )
Masło

Ser opłukujemy zimną wodą i rozdrabniamy palcami dodając płaską łyżkę mąki (albo trzemy na tarce). Można dodać całe jajko. Odstawiamy.

Teraz zajmujemy się ciastem: wsypujemy 1 kg mąki, 2 łyżki stołowe drożdży, podsypujemy szczyptą soli i odrobiną cukru. Podlewamy wodą lub kefirem, wyrabiamy ciasto drożdżowe, aż do momentu uzyskania spójności i oczyszczenia z kleistości. Dodajemy olej - solidnie, gnieciemy - solidnie, jeśli nadal konsystencja mocno się klei - podsypujemy mąką. Zbieramy ciasto do środka i ugniatamy "piąstkami" ;) Kiedy ciasto wchłonie już tzw. "maslo" (olej) i  konsystencja będzie gładka i śliska, odstawiamy żeby wyrosło. Odczekujemy dobre 30 min. 

Po upływie czasu, zabieramy się za formowanie placków. Odrywamy kawałek ciasta i formujemy okrągły placek/kulę, który rozpłaszczamy, przy czym środek powinien być lekko wybrzuszony. Nakładamy łyżką ser, rozprowadzamy i zaczynamy zwijać placek w sakiewkę, tworząc zakładki na brzegach. Uzyskujemy kulę z serem w środku, którą następnie równo spłaszczamy, wypuszczając nagromadzone powietrze drobnym nacięciem pośrodku, jeśli trzeba. Gotowe w stanie surowym! Teraz nagrzewamy piekarnik (albo piec) do 200-220 stopni i wstawiamy na ok 10-15 min (trzeba doglądać aż się lekko zrumieni). Wyjmujemy, smarujemy po wierzchu masłem i voila!

Smacznego!  ;)))








 



sobota, 23 listopada 2013

W krainie wina na treningach EVS - post-tbiliska opowieść part 2

2 tygodnie bez biegania :( (celowa przerwa na Tbilisi i Kachetię, wymuszona prolongata odłączenia kroplówki z endorfin spowodowana zachwianiem wiary we własne bezpieczeństwo w gąszczu małomiasteczkowych powiązań quasimafijnych i koniecznością identyfikowania stalkera na zdjęciach w policyjnych kronikach oraz zwykłą, beznadziejną grypą...)

Sobotnia lekcja gruzińskiego z Mananą w jej domu. Klimat jak u babci, trochę książek... Widok z okna - Plac Niepodległości cały we flagach gruzińskich. Pełne słońce, "na polu" (proszę wybaczyć, żadne "na dworze", jestem z południa Polski ;) zdecydowanie cieplej niż w "mrożących krew w żyłach" gorącej Polki mieszkaniach. Za ogrzewanie bloków odpowiadają tu li tylko piecyki elektryczne, a zatem docieplanie metodą skupiskową, punktową, domiejscową, nie ukrywajmy - duża odpowiedzialność spoczywa na owych niepozornych urządzeniach, z którą zresztą często sobie nie radzą, wypalając dziury w gniazdkach i powodując mój stan przedzawałowy. Strach myśleć o zimie...

Dziś (23 listopada) przypada święto św. Jerzego, patrona Gruzji, tzw. Giorgoba. W poniedziałek ma przyjechać do Tkibuli patriarcha Autokefalicznego Kościoła Gruzińskiego - Ilja, więc miasteczko jakby z lekka w oczekiwaniu. Z tej okazji odbędzie się w teatrze koncert. Manana po skończonych zajęciach wyjęła album ze zdjęciami i zaznajomiła nas ze swoją córką, wnukami i ulubionymi uczennicami, sięgając po rodzinne historie, rysując w naszych wyobraźniach szybki i poplątany szkic drzewa genealogicznego domu Alavidze. Był więc kiedyś jeden Gruzin, który wziął sobie za żonę Niemkę poznaną w chińskim Harbinie - dziadek Manany, którego w latach czystek stalinowskich wysłali na sybirską katorgę. Oczywiście, przy okazji opowiedziałam etymologię mojego nazwiska i zawiłości pochodzenia, skoro rzecz niemiecka już była wypłynęła. I napomknęłam o mym rodzinnym pierwiastku ormiańskim.



Jutro jesteśmy umówione z sąsiadką z góry, Mariką, na wspólną naukę robienia chaczapuri, tradycyjnych gruzińskich placków z serem. Chociaż przyrzekłam sobie, że już nie będę, że wracam do zdrowego fizia na punkcie dietetyki i harmonijnego odżywiania z czasów warszawskich, że sięgnę po chaczapsa (narzędzie szatana w dziele otłuszczania rodzaju ludzkiego) tylko w wyjątkowych sytuacjach, to z drugiej strony obiecałam też już rodzinie, że z okazji mojego przyjazdu do Polski na Boże Narodzenie, własnoręcznie "ukleję" im autorskie sylviani chaczapuri imeruli. Relacja z przebiegu wypadków w kuchni będzie oczywiście spisana w miarę wstrzelenia się w wolniejszy czas, bo inaczej poczuję się moralnie nie w porządku w stosunku do tych nieświadomych niczego zbłąkanych (i głodnych) dusz, który trafiają na ów blog w poszukiwaniu przepisów kuchni gruzińskiej lub opisów zezwierzęcenia zmysłów w trakcie supr z uginającymi się, pod nieznośnie dobrym jedzeniem, stołami.

Co sie wydarzyło w Kachetia Country...

Środa rano 13-go listopada. Biegniemy z Olą na tbiliską stację Samgori, skąd odjeżdża nasza marszrutka do Sighnaghi, położonego w sercu Kachetii, nazywanego miastem miłości (że niby klimat włoski, że taka-jakby Wenecja tyle, że bez śmierdzącej wody, że romantycznie etc.), i gdzie następne kilka dni spędzimy w europejskim towarzystwie na treningach dla wolontariuszy, w ładnym hotelu (Old Sighnaghi) z niedobrym jedzeniem, z ciepłą wodą przez 24 h na dobę. Już przy wpakowywaniu się do busa poznajemy pierwszą dwójkę EVS-ów, którym, podobnie jak nam, w obliczu cyklu szkoleń, przyświeca nie tyle ambitny cel poszerzenia wiedzy, uzyskania odpowiedzi na nurtujące pytania dotyczące mentalności gruzińskiej, mapowania networkingu, co banalna, by nie powiedzieć prymitywna chęć wykorzystania na maxa ciepłej, bieżącej i niekapryśnej wody (prysznic kilka razy dziennie - bo tak!) i najedzenia się na parę nadchodzących tygodni na zapas :D (całość pobytu pokrywana jest z kieszeni SALTO - komórki UE). Co chwila dołączają kolejni uczestnicy zjazdu, co rusz słychać język polski, przed odjazdem nie można oprzeć się pokusie, by stwierdzić "Polacy przejmują tę marszrutkę". W sumie połowa osób  biorących udział w treningach to nasi współbratymcy, i tak jest ponoć przy każdym on-arrivalu. Moda? Mało powiedziane, opanowujemy Gruzję..






Hotel ok. Jedzenie jak na Gruzję tragiczne. Net działa tylko w pobliżu recepcji i to też nie zawsze. Ale oczywiście nie przyjechaliśmy tutaj, żeby siedzieć na facebooku ;) Miasto powstałe w XVIII wieku, solidnie odrestaurowane (widać "zbawczą rękę" Saakaszwilego), podrasowane, może gdzie nie gdzie ciut za bardzo "pod turystów" jest rzeczywiście piękne, z wąskimi uliczkami, odnowionymi fasadami budynków uroczo podświetlanych nocą, murami obronnymi ciągnącymi się faliście po okolicznych wzgórzach z 23-ma wieżami obronnymi. Bardzo dużo wałęsających się psich hord, które przejmują rolę przewodników po mieście, a pyszczki mają uśmiechnięte aż miło! Przemycam dla nich szotis puri z hotelowego śniadania ;) Nasza grupa treningowa bardzo szybko znajduje własne miejsce kontemplowania urody miejsca oraz bielących się w oddali szczytów Kaukazu na dachu jednej z wież, skąd można podziwiać szeroką Równinę Alazańską - to tu produkuje się (bez dwóch zdań!) najlepsze wino na świecie! Także - jesteśmy w niebie ;) Korzystając z przerw w zajęciach, prowadzonych przez Ukraińca i Gruzina, wymykamy się na wieżę, kupując po drodze domowe wino w butelkach po Borżomi lub lemoniadzie.

Nieopodal Sighnaghi znajduje się też miejsce szczególnie dla Gruzinów ważne pod względem tożsamości religijnej - w monastyrze Bodbe pochowana została bowiem  św. Nino z Kapadocji, która w 337 roku doprowadziła do chrystianizacji Gruzji (stąd tak wiele dziewczynek dostaje tu na chrzcie imię po najważniejszej gruzińskiej świętej). Woda ze źródła przy kompleksie klasztornym ma ponoć uzdrawiające właściwości. Tak mówią mądre księgi.














Wśród wolontariuszy obecnych w Sighnaghi są Niemcy, Holenderka, Francuzi, Hiszpan, Litwinka, Estonka, Słowak, cały przekrój narodowości i osobowości, odbywających swój wolontariat europejski w Gruzji, Armenii lub Azerbejdżanie. Podczas ćwiczeń i programowych dyskusji, które okazują się bardzo inspirujące i angażujące, mam czasami problem ze zrozumieniem francuskiej wersji języka angielskiego, akcent jest niezwykle silny ;) Jedna sesja jest łączona z sesją dla koordynatorów EVS z organizacji goszczących i wysyłających, która kończy się wielką, wieczorną suprą z reprezentacją wszystkich najważniejszych potraw narodowych, toastami wznoszonymi przez polskiego tamadę (mistrz ceremonii, przewodnik biesiady wybierany wg zasady starszeństwa lub poprzez gremialne mianowanie), masą śmiechu i tańcami gruzińskimi pod kierunkiem pań kucharek.

Bez cienia wątpliwości bardzo owocnie spędzony czas, szalone wieczory z Dixit, winem i najlepszymi czurczchelami jakie miałam przyjemność próbować, wymiana doświadczeń wolontariackich, gra miejska powodująca niemałe zamieszanie wśród lokalsów, nawiązane nowe znajomości, które mogą być przydatne w razie prób inicjowania w przyszłym roku projektów na większą skalę. Nie mniej jednak w drodze powrotnej z Sighnaghi do Tbilisi, czując przybierającą na sile grypę, dzieląc marszrutkowy "fotel" z Martinem ze Słowacji, pracującym w Baku (miejsce konieczne do odwiedzenia!) i słuchając jego bardzo osobistych wyznań dotyczących roli Jezusa w jego życiu (przy całym szacunku dla tak mocnej wiary, bo to rzadkość w dzisiejszych czasach) poczułam swoistą ulgę, że to już koniec tych intensywnych 9 dni non stop z ludźmi i wśród ludzi i że wracam na moje małomiasteczkowe zacisze.












Następna randka z Sighnaghi pewnie dopiero wiosną 2014 roku, w marcu, na moje urodziny, nieodzowny punkt na mapie zwiedzania Gruzji z Siostrą jako nieuleczalną miłośniczką Italii, wina, chleba i włoskich klimatów. Tutaj, coś czuję, odnajdzie kawałek swojego alternatywnego w stosunku do Rzymu, raju...Czas pokaże.














poniedziałek, 18 listopada 2013

Cienka granica między potrzebą integracji a prywatności – trudno w Gruzji o odrobinę samotności…part 1

Dom. Tkibuli. Tak myślałam – do czasu. Dziś szczególnie daleko mi do takich asocjacji. Wróciłam właśnie z wojaży po wschodniej i południowej Gruzji, celem których było nie tyle podróżowanie i smakowanie Gruzji samo w sobie, co udział w tzw. on-arrivalu w Sighnaghi, organizowanego dla wszystkich wolontariuszy EVS pracujących w regionie Kaukazu (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) przez SALTO (cykl treningów dotyczących m.in networkingu, project managmentu w obcym środowisku, niuansów kulturowych, life learningu etc.) I zdaje się, że mam konkretny hating Georgia day. Chora w siedem diabłów, sama, w koszmarnie zimnym mieszkaniu, jeden piecyk właśnie prawie wybuchł mi koło nosa, ostał się jeden mały, bez wody od wczoraj wieczorem oprócz zimnej w kuchni (są zapasy, ale na jak długo starczą?), po niespodziewanej wizycie o ósmej rano, kiedy byłam dopiero w trakcie nadrabiania zaległości w spaniu i kurowaniu się (nie do końca poczytalny Gruzin dobijał się z 15 minut do drzwi, więc musiałam wstać i „przyjąć gościa”, który ostatecznie obraził się kiedy zakończyłam rozmowę, mówiąc, że chcę iść spać…). Zero prywatności. Zero zrozumienia. Zero wody. WIELKIE dzięki dla mojej Siostry za wsparcie psychiczne w gorszych chwilach!! Pewnie masz rację Sis, może miesiąc miodowy w Gruzji właśnie mija i trzeba zmierzyć się z twardą i bolesną rzeczywistością. Przejrzeć na oczy wreszcie. Wcale nie jest tak kolorowo…Nikt nie obiecywał, wiem…Różnice kulturowe dały mi ostatnio mocno w kość. Ale do rzeczy…

Po czterech dniach w gruzińskiej stolicy, wrażenia:

Dziś ostatni dzień w Tbilisi, nie wiem kiedy one minęły...Jest wolniejsza chwila, przed pakowaniem w dalszą, kachetyjską drogę, żeby trochę podsumować te najświeższe przygody. Chyba, że zaraz znów ktoś (ktoś = kiś Polak) wpadnie do naszego dormitory (wielkie, kilkuosobowe pokoje) i będzie po sprawie. Niby fajna rzecz, poznaje się mnóstwo ludzi, zwłaszcza w sezonie, pasjonatów, pozytywnych świrów, backpakersów, ale jednak czasem (często) taka hiperintegracja bywa męcząca, bo głośne posiadówy przy winie w kuchni przy wielkim stole co noc zdają się ciągnąć bez końca. A ty zastanawiasz się gdzie dorwać trochę chwili dla samego siebie only (potrzeba socializowania się contra potrzeba prywatności – sedno sprawy, chociaż mówię teraz akurat o Polakach jako najczęstszych gościach przybytku w którym się zatrzymałyśmy, to w zasadzie robię margines na uwagę kulturologiczną, o której już wielokrotnie pisałam: Gruzini chyba nie są w stanie zrozumieć sensu dyskrecji, chwili samotności, izolacji, stąd, parafrazując: to nie jest kraj dla introwertyków).

Mieszkamy w olbrzymim guesthousie u Iriny (zaadaptowane dwa poziomy w tbiliskiej kamienicy), w miejscu szczególnym, antykwariatycznym, z masą bibelotów, flag i fotografii gości, z piętrowymi łóżkami, muzealnymi niemal meblami i widokiem na Mtacmindę z balkonu (tzw. Święta Góra położona na wysokości 727 m.n.p.m. z diabelskim kołem i wieżą telewizyjną świecącą i migoczącą pod osłoną nocy jak nowojorska choinka bożonarodzeniowa), z unikalną atmosferą niewymuszonego, ponadnarodowego i ponadpokoleniowego braterstwa na przemian z folklorowym zaciszem domowym w stylu Złotopolskich (Złotogruzińskich??). Zadziwiająco szybki internet (co stolica to stolica jednak). Metro za rogiem. Dostęp do ciepłej wody w dużych ilościach w ładnych, przestronnych i odnowionych łazienkach. Szał. Trzeba się tym nacieszyć przed powrotem do Tkibuli. Miejsce nazywane jest "Polską Republiką w Tbilisi" ze względu na to, że 80% gości stanowią nasi kochani rodacy (napiszę to raz i dobitnie na miarę mojego aktualnego, choć mam nadzieję, przejściowego „wkur…a” na Gruzję – doceniajmy nasz kraj bardziej, proszę!). Mało fotosubiektywizów tym razem. Niestety padło na Tbilisi, zatem jest to rzecz do odrobienia. A. Ciemno i deszczowo – pechowa pogoda. B. Zanurzyłam się w atmosferze miasta, zgodnie z zasadą "żyj tak, aby wspomnień było więcej niż zdjęć". Do Tbilisi wracam według planu za 2 tygodnie z oczekiwaniem na lepszą pogodę i adekwatniejsze do urody miasta efekty fotograficzne (z mojej wsi do stolicy to jakieś 3,5 h jazdy marszrutką).





Z dworca odebrali nas nasi znajomi Nika i Gocha. Zaczęło lekko padać. No trudno. Pogody nie zamówisz. Ulokowaliśmy się wygodnie u Iriny, która powitała nas szerokim uśmiechem w reakcji na słowa „Jesteśmy z Polski”. „Oczywiście, że jesteście z Polski, dziwne gdybyście nie byli” :D (vide: Polska Republika w Tbilisi). Irina jest ciekawą osobą. Duża kobieta, sprawia wrażenie afrykańskiej królowej siedzącej wygodnie w centralnym miejscu na pięciu piętrach poduszek albo warstwach słomy, dumna, władcza, pewna siebie, leniwa, ale z drugiej strony rozgadana, bardzo dowcipna i sympatyczna, zna Tbilisi jak własną kieszeń i sypie anegdotami. Trochę taka Mammy z „Przeminęło z wiatrem” tyle, że biała i o bardzo rosyjskich, wschodnich rysach twarzy. Można byłoby się jej bać, bo to ten typ kobiety, którą podejrzewasz o sporą władzę rozlewającą się szeroko po okolicy („na mieście”) i w związku z tym lepiej żyć z nią w zgodzie. Inaczej możesz mieć problemy ;) Irina lubi oglądać tureckie seriale.

Po zakwaterowaniu się u Iriny, zaprosiłyśmy chłopaków na gruzińską ucztę w jednej z popularnych restauracji, wizualnie zdominowanej przez obrazy Niki Pirosmanaszwilego, który w czasie swojego dość krótkiego życia odmalował wszystkie odcienie gruzińskiej kultury ucztowania (prymitywista doceniony dopiero po śmierci, przypomina bardzo naszego polskiego Nikifora – w typie malarstwa jak i w kolejach życia, osobiście bardzo lubię jego obrazy, dlatego wklejam poniżej jeden dla przykładu). Pierwszy raz miałam okazję spróbować adżaruli chaczapuri (rodzaj chaczapuri pochodzący z Adżarii ze stolicą w Batumi) w kształcie łódki, z jajkiem na wierzchu, w naszym kręgu zwane pieszczotliwe i z lekka przekornie „łódką śmierci”, bowiem łatwo zakochać się w tym maślanym smaku, a stąd już blisko do otyłości i śmierci z przejedzenia ;) Nie mniej jednak moim faworytem kuchni gruzińskiej chyba już zawsze będzie badridżani nigwzit (bakłażany z pastą orzechową i pestkami granatu), podawane jako zimna przystawka. Więcej o kuchni narodowej, żeby trzymać się chociaż trochę tytułu bloga od czasu do czasu ;) napisze przy okazji kolejnego wejścia na scenę. Po kolacji zdążyliśmy jeszcze kupić czurczchele (orzechy w polewie winogronowej) i przejść się ultranowoczesnym, bogato oświetlonym Mostem Pokoju, przez autochtonów kpiąco nazywanym Wielką Podpaską (coś jest na rzeczy jeśli chodzi o kształt, ale według mnie całkiem przyjemny twór architektoniczny, być może mam już trochę zwichnięte poczucie estetyki, kto wie..), prowadzącym do Parku Europejskiego z tzw. Tańczącymi Fontannami (zupełnie jak w Warszawie) i sytuującego się pod Pałacem Prezydenckim.




Wieczór z kolei spędziłyśmy z Nestan i Eką, dziewczynami poznanymi kiedyś w marszrutce w Raczy. Zmiana języka. Tym razem porozumiewałyśmy się po angielsku. Spacer po Old Tbilisi krętymi, stromymi, wąskimi uliczkami, czasem w błocie, bo rozpadało się już na dobre. I wreszcie dotarłyśmy na miejsce. Klub Laboratory, ściany w enigmatycznych rysunkach, całkiem ładnych zresztą, chyba machniętych ręką studentów Akademii Sztuk Pięknych, głośna, międzynarodowa, dynamiczna muzyka, dj za pulpitem i grupa młodych, modnie ubranych Gruzinów wpisujących się swoim wyglądem i zachowaniem w kanon ponowoczesnego hipsterstwa – tak, trafiłyśmy na hipsterską mordownię w europejskim stylu. Chwilami miałam wrażenie, że jestem na Placu Zbawiciela :D Przy okazji – proszę się nie łudzić, Tbilisi nie jest wcale tanim miastem, ubrania są tu dwa razy droższe niż np. w Warszawie, podobnie jest z żywnością. Wróciłyśmy do Iriny na tyle wcześnie, aby wyspać się przed czekającą nas nazajutrz wycieczką organizowaną przez ojca innego wolontariusza, dysponującego samochodem terenowym, do Dawida Garedży, zespołu monastyrów wykutych w skale w VI wieku, leżącego na granicy z Azerbejdżanem na półpustynnym, wyludnionym terenie (piękna trasa, ale ryzykowna do strawestowania przez „zwykły” samochód osobowy). Szybka rozmowa z nowym nabytkiem Iriny – krakowskim utracjuszem (jak się przedstawił) i sprawdzenie pogody. Niestety bez zmian. Zimno i deszczowo.


Następnego dnia wyruszyliśmy o świcie łowiąc po drodze wolontariuszy Anię i Tomka z Rustavi (okolice Tbilisi kierując się na południe). Ni-to mżawka, ni-to deszcz, mgła, gęste chmury, nieciekawie…Trudno. Po drodze, dzięki podróżniczo-reporterskiej żyłce naszego kierowcy, taty Tomka, mieliśmy okazję „podziwiać” z bliska postarmagedonowy krajobraz opuszczonego, fabrycznego miasteczka na przedmieściach Rustavi i parę „pokołchozowych” wiosek (Udabno), kręcąc się pomiędzy budynkami lub częściej ich pozostałościami. Niekiedy gołe ściany, brak dachu, permanentny brak okien. Ale jeszcze czasem gdzieś tam w tych ruinach żyją ludzie. Niewyobrażalne. Krajobraz wraz z mijającymi kilometrami robił się coraz bardziej surowy, pustynny, monumentalny. Efekt tajemnicy dodatkowo podbijała mgła. Normalnie, w okresie letnim zespół klasztorny Dawid Garedża jest skąpany w piekielnym skwarze charakterystycznym dla tej strefy klimatycznej i trzeba uważać na skorpiony i węże. My przynajmniej uniknęliśmy spotkań z nimi przy takiej posezonowej, dżdżystej pogodzie, nie mniej jednak, z drugiej strony wiele nas też ominęło, gdyż dużą częścią krajobrazu (szczególnie azerbejdżańskiego, gdyż chodząc po monastyrskich jaskiniach i podziwiając rysunki naskalne przedstawiające władców Gruzji – Dawida Budowniczego i królową Tamar oraz świętych, znajdowaliśmy się już w zasadzie na terenie Azerbejdżanu), zawładnęła gęsta jak mleko mgła. Jest powód żeby wrócić tu wiosną ;)































I jeszcze zabawna ciekawostka polsko-gruzińska na deser. Udało się nam w drodze powrotnej odwiedzić tzw. "bar" (przez usta aż ciśnie mi się prześmiewczo-sympatyczne "klubokawiarnia"?? :D) w jednej z na poły opuszczonych mieścin na bezdrożach stepów Gruzji południowej, stworzony i prowadzony przez...Polaków. Historia pewna i sprawdzona. Nasz kierowca miał przyjemność poznać dowcipnych, wesołych i - jak widać - obdarzonych bogatą wyobraźnią, właścicieli. Nazwa idealnie koresponduje z atmosferą oazy spokoju i bezludzia, jaka się wokół maluje. Ale mimo że bezludzie ruch kliencki w tejże uroczej stodole jest ponoć w sezonie całkiem niezły. Enjoy! (no i czujcie się zaproszeni - zimne piwo na pustyni to jak skarb!) ;)))


Ostatnie dwa dni przedłużonego weekendu w Tbilisi to zachwyt, tłum ludzi, zabawa i na koniec monstrualne zmęczenie zainteresowaniem moją osobą na ulicach – zwłaszcza wtedy, gdy zaimprowizowałyśmy z Olą zwiedzanie miasta w pojedynkę…Myślałam, że Tbilisi potraktuje mnie łaskawiej niż małe mieściny. Myliłam się. Czułam się oblepiana wzrokiem jak smołą. Z każdym krokiem było coraz ciężej nieść tę pelerynę spojrzeń na sobie. To ten moment, kiedy lepiej byłoby być niewidzialnym i mieć święty spokój. Dlatego teraz jestem bardziej zmęczona psychicznie/mentalnie niż stricte fizycznie po kilkugodzinnych marszach i spacerach. Nie mniej jednak Tbilisi jest cudownym miastem, jedynym w swoim rodzaju, z własnym wodospadem wetkniętym wertykalnie gdzieś pomiędzy ulicami, antycznym, rozświetlonym, z ażurowymi balkonami, które tak uwielbiam, pięknym za dnia i nocą. Ciekawe w kontekście obserwacji socjologicznych (jak zawsze zresztą) jest tbiliskie metro - całkiem zadbane, proste w obsłudze, zazwyczaj wygrzebane głęboko pod ziemią, ale to co szczególnie zwróciło moją uwagę to fakt, że jak już się wejdzie do środka to robi się smutno - na ulicach nie widać tego tak bardzo jak w metrze, że społeczeństwo jest bardzo ciemne, na czarno, szaro, granatowo ubrane w ludzi. Sama mam ciemne włosy i na zasadzie równowagi staram się ubierać na jasno/pastelowo, kwestia charakteru pewnie też wchodzi w grę ;). Tutaj metro jest po prostu smutne, zazwyczaj czarne włosy, ciemne oczy, ponure ubrania, grube skóry, ciemna masa w metrze ;) Czasem zdarzy się ktoś z jakimś kolorowym elementem odzieży na sobie, ale to rzadkość. Ponadto - w metrze nikt nie czyta. Z tego co pamiętam w innych miastach, w których bywałam (Barcelona, Warszawa, Praga, Berlin) ludzie wykorzystują te chwile na lekturę gazety/książki. Tutaj tego nie zauważyłam. 

Udało się skorzystać z łaźni siarkowych, gdzie w kilka osób urządziliśmy sobie prywatne polsko-francuskie dionizja pod kluczem, z winem, lokalnymi owocami, chałwą i innymi słodkościami. Wreszcie można było bezkarnie wypocząć i odciąć się od zgiełku miasta, a deszczowa i chłodna aura była idealną podkładką pod wygrzewanie się w saunach i gorących basenach. Wynajęliśmy jedną, przestronną salę na 1,5 h, ale bawiliśmy się tak dobrze, że trochę anarchicznie (w kolejce stała następna grupa osób), wydłużyliśmy ten czas o następnych kilkadziesiąt minut. 


Łaźnie oferujące kąpiel w gorących wodach siarkowych o właściwościach leczniczych, stanowią łatwo rozpoznawalny punkt wizualny Tbilisi dzięki wystającym z ziemi okrągłym kopułom (ukryte są pod ziemią, z otworami w kopułach na wyprowadzanie pary i doprowadzanie światła) i znajdują się w najstarszej części miasta - Abanotubani. Nawet jeszcze dziś stanowią miejsce spotkań towarzysko-biznesowych tbilisczyków. Fajna sprawa. Przy okazji dostałam darmowe następne wejścia z masażem included w „naszej” łaźni, bo zdobyłam mimochodem serca kilku jej męskich pracowników :D Niestety, tym razem za masaż podziękowałam ;) Po sesji w łaźniach przyszedł czas na niespieszną rozmowę z nowymi lokatorami Iriny - panem Piotrem, doświadczonym wspinaczem wysokogórskim z Lublina, oraz młodą parą z Warszawy, podczas której przerobiliśmy temat programu polskiego himalaizmu i starliśmy się na argumenty w sprawie tegorocznej tragedii na Broad Peak. Dużo ludzi, dużo dyskusji, dużo za mało czasu dla siebie. Tbilisi I WILL BE BACK! 














Jutro --> Sighnaghi, miasto zakochanych, jak powiadają. Jedziemy do Kachetii na treningi, regionu położonego w dolinie Alazanii, winnicy Gruzji.