Wiem, powiało grozą już w tytule. To gorzej niż napisać: MIAŁAM WYPADEK - właśnie tak, z capslockiem na chama wciśniętym w klawiaturę :D. Chociaż, jakby się zastanowić, to znaczenie jakby to samo :D Ale nieeee, nie jestem w ciąży, ani nie adoptowałam gruzińskiej sieroty ;))) Spokojnie, riebjata. Głowa na karku. Zaraz będę wyjaśniać. Otóż, te ostatnie dni były bardzo intensywne, bogate w nowe zdarzenia, nowe umiejętności survivalowe, nowych absztyfikantów (facebook tutaj to zuooo, narzędzie wyspecjalizowanej inwigilacji i armata do zalewania serduszkowymi emotikonkami), ale też w przygody wypłukujące mnie z resztek cierpliwości. Do tego stopnia, że brakowało czasu na solidne bieganie nawet. Czyli: coś jest na rzeczy. Po pierwsze: zostałyśmy, jako honorowi (heheh) goście miasteczka, zaproszone na koncert do naszego lokalnego teatru, który jest, pod względem architektonicznym, całkiem dość nawet pięknym przybytkiem kultury jak na Tkibuli. W teatrze, w którym zagościła za jednym zamachem i blondwłosa reprezentantka parlamentu jak i lokalna telewizja z uberprzystojnymi panami operatorami sprzętu nagraniowego (jeśli ów pan o rysach twarzy greckiego boga, przyprószony uroczą siwizną przypadkiem natknie się na ten wpis - proszę o kontakt!! niezwłocznie! ;)), obejrzałyśmy pokaz tradycyjnych gruzińskich tańców (waleczne, skoczne, mega temperamentne tańce męskie, wyłuskujące tę fantastyczną, jedyną w swoim rodzaju, supersexy męską siłę w wydaniu kaukaskim i obrazujące hart ducha, wykonywane w czarnych strojach i wysokich czapkach - to jest to, co polskie dziewczyny lubią najbardziej!).
Ważna sprawa. Gruzini są niezwykle umuzykalnionym narodem i widać to na każdym kroku i przy każdej, nadarzającej się okazji. Muzyka to ich żywioł, ich "konik", rysuje oślepiające słońca na ich twarzach, zbliża, cementuje tożsamość narodową i lokalny patriotyzm, hipnotyzuje gości i turystów. Jest to o tyleż zachwycające, co budzące zazdrość. No bo jak to tak? Nie za dużo tych talentów wszelakich w pakiecie dostali? A do tego bajkowa kraina zakaukaska w ich posiadaniu...Unfair! Śpiewają zaiste pięknie, czysto, krystalicznie (taka na przykład Katie Melua jest Gruzinką z pochodzenia, urodziła się w Kutaisi, a wg mnie ma obecnie jeden z najlepszych głosów na świecie, posłuchajcie choćby tego kawałka: http://www.youtube.com/watch?v=vjv3Ra-bmb4), grają na kilku instrumentach, pielęgnują te cenne umiejętności bardziej niż znajomość języków obcych, są dogłębnie humanistycznymi duszami, nawet jeśli robią PhD z fizyki jądrowej, zdarza się, że w domu czasem brakuje im nawet bieżącej wody, ale za to mają pianina, trofea i powody do dumy, o! Strawa duchowa zamiast tak prozaicznych bzdur jak mycie czy pranie, logiczne! :D I to, co chcę w tym miejscu mocno podkreślić i zaakcentować - Gruzini naprawdę wiedzą jak żyć, czują, co jest w życiu najważniejsze, potrafią cieszyć się chwilą, śmiać się do upadłego - to jest narkotyczne uczucie móc tu przebywać, mieszkać tuż obok nich i na co dzień obserwować tę naturalną inkarnację starożytnego carpe diem! Tutaj bowiem zasada carpie diem nie nosi żadnych śladów nadszarpnięcia zębem czasu lub komercjalizacji i pogoni za kasą.
Nade wszystko jednak tańczą. I to tańczą tak, że klękajcie narody! Na suprach (ucztach gruzińskich), gdy tylko popłyną pierwsze nuty tradycyjnej muzyki, powstają z krzeseł wszyscy, jak jeden mąż, i kilkuletnie brzdące i ich pradziadkowie. Są bardzo dumni ze swoich ludowych tańców, szczególnie tych pochodzących z ich regionu. Przy tym, oczywiście, każdy region ma swoje tradycyjne tańce - my, podczas spektaklu, miałyśmy okazję podziwiać m.in. rachuli (taniec popularny w Raczy-Leczchumi, czyli - "za miedzą" naszej Imeretii). A teraz proszę się zastanowić, czy przeciętny Kowalski, wyciągnięty do tablicy zna tak po prostu kroki kujawiaka albo oberka? Zatańczy na weselu coś innego poza studniówkowym "chodzonym"? No właśnie...
Postanowiłam zatem w fali nagłego wzruszenia, że jak już wrócę do Warszawy, zaklinam, mimo że nie mam specjalnych predyspozycji do tańca generalnie, poszukam sobie odpowiedniego kursu tańców ludowych, czy może jakiegoś amatorskiego bandu tuptaczy, bo to jest jak odnowienie nici łączącej nas z naszym rodowodem, naszymi korzeniami. Życiodajna siła. Kiedyś w Niemczech, na studiach, pamiętam, na zajęciach komplementarnych próbowałam europejskich tańców dworskich - ostatecznie byłam tylko na kilku spotkaniach, ale to wystarczyło, żeby doznać autentycznego zachwytu! Uczyć się niszowego języka, którym posługuje się zaledwie ok. 5-milionowa populacja dla własnej przyjemności i z czystej chęci poznania, umieć zatańczyć (poprawnie!) tańce ludowe albo np. upiec staropolski chleb, czy życie nie jest piękniejsze dzięki takim drobnym i mniej drobnym umiejętnościom i zabawom? Na pewno czyni nas ciekawszymi ludźmi. Szczerze - takich ludzi szukam i właśnie takich ludzi pragnę widzieć w swoim życiu! Nietuzinkowych, idących pod prąd, energetycznych, z własnym pomysłem na życie i siebie, nie bojących się zmian, poszukujących. I mam to szczęście, że oni się po prostu, naturalnie, na mojej krętej drodze pojawiają.
W teatrze wysłuchałyśmy również charakterystycznego dla tego kraju śpiewu polifonicznego (tj. wielogłosowego) oraz natchnionych recytacji poematów, z których wyłapywałyśmy li tylko pojedyncze słowa. Ale przecież liczy się atmosfera występu, nie samo precyzyjne rozumienie słów. Byli też UROCZY starsi panowie, którzy stali sobie w kółeczku na scenie w świetle reflektorów i zupełnie naturalnie "robili swoje", to jest - śpiewali tradycyjne pieśni, eleganccy, pod krawatem w romby, w białych koszulach, charyzmatyczni. Ale to, co najbardziej chwyciło mnie za serce - największe owacje od publiczności dostał recytujący melodyjne wiersze pan z widocznym upośledzeniem ruchowo-umysłowym! TO. BYŁO. PIĘKNE!! Dziękuję Ci Gruzjo za takie podejście do osób boleśniej potraktowanych przez los!! Za wrażliwość, gagimardżos, Gruzjo!
Malutka dygresja - w Gruzji na grupkę panów autentycznie nie robiących nic, jedynie siedzących całymi dniami pod budkami z piwem i chaczapuri, mówi się - birża. Nie jest to fajne zjawisko, bo wiąże się z bezrobociem i brakiem perspektyw (albo raczej z niemożnością i niechęcią ich dostrzeżenia), jak również z przypisaną męskiej części tego narodu skłonnością do leniuchowania i zagrzebywania głęboko, pod kolejnymi plackami z serem i litrami alkoholu, własnej inicjatywy życiowej. Przede wszystkim cierpią na tym kobiety, które mają na głowie utrzymanie całej rodziny, opiekę nad dziećmi (dzieci są tu największym skarbem, są bardzo, bardzo zadbane, to widać "gołym okiem", korzystając z nawiasu - dużo tu słodkich rudzielców!) i prowadzenie domu...Kobiety gruzińskie są wspaniałe. Naprawdę je podziwiam.
Poruszając się już bardziej w stronę wyjaśnienia enigmatycznego tematu tegoż wpisu. Jeszcze wcześniej, niż wskazuje na to bieg wypadków właśnie opisywanych, uczestniczyłyśmy w czymś na kształt szkolnej akademii, scena amifiteatralna, na wolnym powietrzu, z widokiem na Nakeralę, górkę naszą - anioła-stróża, gdzie stało się właśnie TO. Pierwszy raz byłam otoczona na raz takim zagęszczeniem gruzińskiego narodu w Tkibuli, mym adoptowanym mieście. Gdzie, oni, do diaska, się tak normalnie, za dnia chowają?? Generalnie myk był taki, że całe show tworzyły recytujące, śpiewające i tańczące w tradycyjnych i bardziej nowoczesnych strojach dzieciaczki. Ale JAKIE to były dzieciaczki!! OGROMNE oczęta, aniołki, cudeńka małe, przeeepiękne! I wot, stąd cała heca, że musiałam pojechać w dalekie kraje, żeby zapikał mi instynkt macierzyński z siłą rażenia zupełnie mi obcą i niespodziewaną :D (no może nie licząc wizyt w księgarnianych działach książek dla dzieci, gdzie zawsze się rozpływam). Ale to już sami zobaczcie na fotach jaką tu dobrą produkcję dzieci mają ^^ Lepszą niż wino, zapewniam!
Co do innych obserwacji parasocjologicznych: zaprzyjaźniłam się już z połową, jak nie więcej, pań ekspedientek w okolicznych sklepach i na bazarku. Są przemiłe, kochane, ciocie moje nowe! ;) Dostaję najlepsze mieszanki przypraw i ziół, najpiękniejsze owocki i warzywa, zazwyczaj zdążę się najeść do syta pysznościami lokalnymi, zanim cokolwiek zdążę kupić. Kulinarny komos. Wrócę gruba, na bank, bo niby staram się jeść zdrowo (no i poza tym, już same produkty nie są tak chemikalizowane jak w Polsce), ale chaczapuri i ciasta ciągle mi się jeszcze nie znudziły i wchodzą gładko.Wracając do pań maminych tutejszych - przede wszystkim to im się chce - pracować, uczyć (pytają często o zajęcia z angielskiego i obsługi komputera, które odbywają się w naszej organizacji), poprawiać jakość i standardy życia, uśmiechać się i śmiać, socializować w pozytywnym znaczeniu, zupełnie odwrotnie proporcjonalnie do męskiej części populacji, która by tylko ino "birżowała" z piwem w ręku, bleeee...Tak wygląda przeciętna birża:
Kilka scenek z życia codziennego podglądniętych kiedyś, gdzieś przypadkiem, mnie zachwyciło - wszyscy się już tu tak dobrze znają (jasna sprawa), że można dostać w głowę koszykiem, spuszczanym akurat z okna przydrożnej kamienicy, gdzie na parterze znajduje się sklep - pani sprzedawczyni ze sklepu napełnia koszyczek jedzeniem, a potem koszyczek idzie hen do góry zaopatrując w ten sposób owo koszyczkowe mieszkanie w produkty żywnościowe, bez wychodzenia z domu. Poezja :D. Jedyna reguła ruchu drogowego w Gruzji to brak jakichkolwiek reguł, no może poza tą niepisaną, że sygnały dźwiękowe zastępują te świetlne. Nie ma czegoś takiego jak czerwone światło, tzn może i jest, ale czy to obliguje kierowcę do zatrzymania się? Ależ skąd! Podobnie - jeśli dwóch kierowców jadących w przeciwnych kierunkach spotka się dokładnie na drodze w czasie jazdy, prawdopodobnie zatrzymają się na środku, pogadają dłuższą chwilę przez okno, zatarasują jezdnię, inne samochody bez piśnięcia będą ich jedynie wymijać i wsjo w porjadkie. Czemu nie, kto im zabroni?! ;))
Kolejne zaproszenie balangowe - 15-te urodziny dziewczynki z naszego Youth Clubu, który prowadzimy w miasteczku, Khatii. W prezencie od nas - kieszonka na telefon z łowickimi motywami florystycznymi i zakładka do książki (na tyle lekkie prezenty z PL, że dało się upchnąć do 23 kg). Impreza a'la full-wypas supra w knajpie, pojadłyśmy, popiłyśmy, potańczyłyśmy z nastolatkami, poczułyśmy się staro i poszłyśmy, cała historia :D. Zaraz po tym, jak 15-latkowie wyciągnęli flaszkę z bimbrem :O a my wzniosłyśmy toast symboliczną szklanką domowego wina :D. Z rodzinnego, Tkibulowego albumu ^^:
Zwiedziłam też w końcu nasz miasteczkowy mini-chram w czasie przerwy w pracy. Matka Boska Gruzińska strzeliła sobie sesję radiomaryjną:
I na koniec "słodki" epizod wkurzenia na kawałek gruzińskiej mentalności. Coś się popsuło w łazience w naszym mieszkaniu. W zasadzie to ten problem odziedziczyłyśmy po poprzednich lokatorach. Woda wylewała się całym strumieniem spod umywalki, nie nadążałyśmy z wycieraniem podłogi i była realna groźba zalania sąsiadów z dołu. Dopiero po kilkukrotnie wyartykułowanej prośbie, przyszedł właściciel BEZ specjalisty, ino on. No może nie do końca, bo dobrał sobie dla towarzystwa, bo przecież nie dla pomocy, pierwszego lepszego kolegę spod sklepu na parterze. Podczas, gdy my z Olą świetnie się bawiłyśmy w kuchni robiąc POLSKIE PLACKI ZIEMNIACZANE (niech żyją! Oleńka się była nawet rozpłakała przy tarciu cebuli - do dziś nie wiem czy z bezradności wobec bezradności panów naprawiaczy czy z tęsknoty za krajem swym - krajem kartofla i cebuli :D), panowie "na tyłach" łazienkowych stali i debatowali, przykręcali, dokręcali, zmieniali kąt dokręcenia ch...wie czego. Trwało to z 2 h, po czym panowie wyszli z umywalni i z rozbrajającym uśmiechem rzekli "nic się nie da zrobić, wrócimy jutro z hydraulikiem"! HEUREKA! Finally, panowie doszli do wniosku, że może trzeba "zawezwać" kogoś kompetentnego w te klocki. Zaraz jak wyszli, wpadła do nas "urocza" sąsiadka z dołu właśnie, która w ogóle nie chciała z nami rozmawiać i nie słuchała naszych tłumaczeń, popatrzyła tylko na wodę w łazience i poszła. Jak się później okazało, sama, autorytarnie i niesprawiedliwe odłączyła nas od wody na półtora dnia. Dostawałam fizia!! Jak już przyszedł właściwy robotnik i woda wróciła na dobre (oooczywiście limitowana, w określonych godzinach) - cieszyłam się jak dziecko! Tak. Woda daje szczęście. A niefajni, niemili i niegościnni Gruzini też istnieją. Tyle, że jest ich, Bogu dzięki, mało (może dlatego, że w ogóle jest ich mało? ;)
W następnym odcinku, bardzo niebawem, napiszę o przygotowaniach do campu dla młodych, gruzińskich liderów płci żeńskiej w naszym organizacyjnym domku na wsi w sąsiednim Orpiri, wspaniałej krajobrazowo wycieczce z kolegami couchsurfingowcami (Polacy mieszkający i pracujący w Pradze czeskiej, których gościliśmy u siebie) do Kutaisi (katedra Bagratii z XI wieku) i jaskini Prometeusza oraz naszym, wieczornym socializowaniu się przy scrabble i baniaczku wina. Jak zawsze - był fun ;) Nachvamdis!
PS. Dziś w Gruzji wybory prezydenckie. Misza Saakaszwili jest już, zgodnie z konstytucją, poza stawką, ale oczywiście jego partia wystawia swojego kandydata. Jutro będę wiedzieć, kto rządzi tym śmiesznym, ciekawym krajem!
a taki mam aktualnie widok z okna, o! nic tylko pobiegać!








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz