logo

logo
współpracuję z:

środa, 2 października 2013

Wielkie żarcie


Nie będę ukrywać. Bo po co? Może tego po mnie specjalnie nie widać, ale kocham jeść, lubię bawić się w gotowanie. Lubię zagniatać ciasto, zanurzać dłonie w kleistej masie. Sexy like a hell. Co poradzę. Podobnie klasyfikuję bieganie w deszczu i przesadzanie roślin, kontakt z żywą ziemią. Bardzo pierwotne doświadczenia. mocno polecam! Tak się składa, że interesuję się też dietetyką. I to, przyznam, czasem dość wyraźnie się ze sobą gryzie. Jak sól z cukrem :D No bo jak tu sobie folgować, kiedy się biega, wcina ultrazdrowe glony w postaci chlorelli i spiruliny, dba się o ciało, linię i cały ten glamour, wklepuje mleczka ujędrniające podsuwane przez rodzicielkę, czyta się zachłannie o produktach zakwaszających organizm i będących przyczyną wielu chorób, a gros z nich to najwspanialsze delikatesy i łakocie, jak żyć? Bywa ciężko, naprawdę. Próbowałam też z powodów prozdrowotnych i ideologicznych zrezygnować z mięsa (jest bardzo zakwaszające), i prawie mi się udało, prawie zapomniałam, wyrugowałam z myśli szyneczki i polędwiczki. I wtem, "jak na złość" dostałam telefon - "Leci Pani do Gruzji. Na rok"!. Aha, czyli to by było na tyle w temacie wege.Wyborność kuchni gruzińskiej, której miałam już okazję kosztować, również przyczyniła się do decyzji na tak. Trzeba jednak wiedzieć, że tamtejsza kuchnia narodowa oprócz potraw mącznych (placki z serem - chaczapuri) czy warzywnych (dania z fasoli - lobio), jest w zdecydowanej większości bardzo mięsna (szaszłyki, często z baraniny tzw. mcvadi, tradycyjne chinkali - pierożki a'la sakiewki z mięsem i wiele innych). Machnęłam ręką, powiedziałam sobie "spoko mała, wrócisz do wegetarianizmu w Polsce, na razie bądź rozgrzeszona i nie myśl o rzezi niewiniątek".



Gruzińska tradycja wina, ceremoniał ucztowania przy suto zastawionym stole, wznoszenia pięknych toastów na kształt krótkich przypowieści z "morałem" i biesiadowania (w Gruzji zwyczaj ten nosi miano supry) stanowiły wespół kolejny, jakże istotny motyw bezwzględnie przemawiający za wyjazdem i korespondujący mocno z moim charakterem i potrzebą intensywnego kontaktu z ludźmi jako nośnikami innej kultury.

Zaplanowałam sobie, że blog ów (na co sama jego nazwa wskazuje), prócz typowych relacji z pobytu, "raportów z codzienności", z realizacji projektów w Tkibuli District Development Fund (http://www.tkibuli.eko.org.pl/en/index_community.php), gdzie będę pracować, podróżowania po Kaukazie, jak i refleksji wynikających z własnych, amatorskich obserwacji para-socjologicznych, będzie również zapisem tekstowo-przepisowo-fotograficznym moich prób i poczynań kulinarnych - zarówno gruzińskich jak i polskich - tak, zamierzam podbić serca i żołądek Gruzinów polską kuchnią z akcentami międzynarodowymi! A co! Też mamy się czym pochwalić! Z pomocą w tym arcytrudnym zadaniu (Gruzini są zakochani we własnej kuchni tak jak i w całej swej kulturze - nie dziwne zresztą) przyjdzie mi legendarna książka kucharska pani Ewy Aszkiewicz. Na pierwszy ogień pójdą regionalne, podkarpackie, prościutkie w wykonaniu proziaki: http://pl.wikipedia.org/wiki/Proziaki - doskonałe do wina, z odrobiną sosu czosnkowego lub oliwy z oliwek, z pomidorkami cherry na ciepło i z ukochanymi przeze mnie ziołami jak oregano, kminek i czosnek niedźwiedzi (przy okazji - narodową przyprawą Gruzinów jest kolendra, dodają ją niemal do wszystkiego). Potem wjedzie legumina z chleba razowego (polska kuchnia przedwojenna). Stay tuned gawiedzi, zobaczymy co z tego wyjdzie ;)
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz