logo

logo
współpracuję z:

niedziela, 20 października 2013

Tam, gdzie możesz biegać (i kupić nutellę za rogiem), tam twój dom!

Jestem biegaczką. Nic tego nie zmieni, bo to już kwestia przefiltrowania mojej krwi, uczuć i myśli, czyli wszystkiego co mnie konstytuuje, "szaleństwem" głodu endorfinowego. Nie można po prostu przestać biegać z dnia na dzień, jeśli nie zdecyduje za nas jakaś konieczność wyższa pt. kontuzja. Miałam pobiec swój pierwszy maraton tego roku w Warszawie. Nie pobiegłam (piszę o tym w innym wątku - "Co z tą Gruzją?"). Teraz będąc tu - w Gruzji pozatbiliskiej, prowincjonalnej, że aż huczy (od piania kur i muczenia krów pod moim oknem chociażby), koncentruję się jedynie na tym (albo aż - zważywszy, że jest to NAPRAWDĘ kompletnie niebiegające, a co za tym idzie - "gapiące" społeczeństwo), aby jakoś podtrzymać swoją sprawność, pamiętając o podbiegach, prędkościach rytmowych, tempówkach, odpowiednim rozciąganiu i różnicowaniu, na ile się da w nowych warunkach, treningu biegowego. Gorzej z długimi wybieganiami, jako nieodzownej części składowej planów przygotowujących przede wszystkim pod maraton - jedyne wyjście odklepywania long&slow runów w ekstremalnie małej mieścinie to bieganie "wte i wewte", ewentualnie (odwołując się już konkretnie do własnego przykładu) - bieg wylotówką w stronę Tbilisi (dopóki jest jakiś chodnik/pobocze -inaczej można szybko zginąć pod kołami gruzińskich "mistrzów" kierownicy). Innym pomysłem jest wykorzystanie lokalnego stadionu 400 metrowego (to ile tych okrążeń trzeba wybiegać, aby dobić do 25-30 km? zawsze byłam słaba z matematyki ;) Na razie i tak w sumie mogę sobie darować długie wybiegania, skoro nie ma takiej potrzeby z tytułu przygotowań do maratonu, ale inna sprawa, że lubię, że rozkręcam się dopiero po 6-7 km…

Poza tym, sama dla siebie ukułam już kiedyś hasło pamięci mięśniowej, w razie gdybym (odpukać!!) została na dłużej uziemiona i musiała psychicznie jakoś funkcjonować bez biegania (i radzić sobie z efektem odstawienia, rzucasz alkohol czy papierosy to IDENTYCZNY stan fizycznego w zasadzie bólu odłączenia się od kroplówki z endorfin gwarantowanej przez regularne bieganie). Na szczęście teraz już wiem, że idea pamięci mięśniowej i wyobrażania sobie, że moje mięśnie w razie dłuższej przerwy będą pamiętać dlaczego i po co im to (to=biegam nimi) robię ;), nie pójdzie w ruch (bezruch) w moim nowym domu - w Gruzji.

Tkibuli (region Imeretia) jest położone wśród gór (dość masywny grzbiet Nakerala) w uroczej, falistej dolinie na wysokości ok. 700 m n.p.m., co naturalnie inwokuje pewne zmiany związane z aklimatyzacją biegania na takiej wysokości. Nie jest to być może porażająca wysokość (pozdrawiam Tatra Running Team i uczestników ultramaratonu Granią Tatr!), nie mniej jednak odczuwalna, zwłaszcza na początku uprawiania wszelkiej aktywności sportowej na określonym, relatywnie wysokim tętnie. Miasteczko, kiedyś prężnie się rozwijające z własnym centrum sportowym, wielkim stadionem i sporą pływalnią, po upadku kopalni węgla kamiennego i procesami prywatyzacyjnymi w latach 90-tych, zaczęło popadać w ruinę. Wielu ludzi, zwłaszcza młodych i ambitnych wyemigrowało. Niemalże kikuty dawnej świetności (również sportowo-rekreacyjnej) straszą i szkodzą piękności okolicy jako takiej, o której walorach już troche pisałam we wcześniejszym poście.

A zatem kwestie stricte organizacyjno-"infrastrukturalne" są całkiem w porządku, mogło być gorzej. Teraz sprawa wystawiania swojego biegającego ciała na widok publiczny w obcym kraju. To jest całe clue sytuacji. Wcześniej oczywiście biegałam już "za granicą", ale były to akurat kraje bardzo liberalne o mentalności prozdrowotnej i pro-fit, dlatego na szczęście moje trenujące "ja" było traktowane jak powietrze, coś absolutnie normalnego i naturalnego. (Niemcy, Anglia, Hiszpania). Jedynie może w hiszpańskim, turystycznym Lloret de Maar mężczyźni byli trochę zbyt nachalnie zainteresowani moją osobą i jednego razu treningowego dobre kilkaset metrów miałam eskortę policjantów (jadących samochodem) wzdłuż ścieżki biegowej, ale to było nawet zabawne. Grunt to odpowiednie nastawienie i dopóki nikt cię nie dotyka, nie inicjuje żadnych ruchów w twoim kierunku, ani nie gwiżdże na ciebie jak na bydło - jest ok ;)

Gruzja, jak już było wspominane, jest bardzo konserwatywna, tradycyjna i religijna (ale często tylko na pokaz), seks przedmałżeński jest oficjalnie "nieakceptowany", stąd średnia wieku nowożeńców to jakieś 20-22 lata. Dzieci. Przy tym, pewne jest, że religijna podstawa funkcjonowania społeczeństwa i wysoka pozycja prawosławnego popa w jakimś stopniu nie dotyczą gości i przyjezdnych - oczywiście oczekuje się od nich poszanowania tradycji, ale też działa to w drugą stronę - Gruzini wykazują tolerancję wobec zwyczajów turystów krótko- i długoterminowych (sama siebie klasyfikuję jako mieszkankę - przynajmniej Tkibuli, bo rok czasu, który tu spędzę trochę ten turystyczny płaszczyk ze mnie zrywa, gdzie indziej w Gruzji mogę być już "backpackerką" ;) Myślę, że bałabym się jednak biegać w kraju muzłumańskim...Może kiedyś…


Zanim wybiegłam na swój pierwszy trening w Gruzji zrobiłam research i badania terenowe - taki troche Szpieg z Krainy Deszczowców w spódnicy :D Wiedziałam jeszcze zanim tu przyjechałam, że codziennie, śnieg, upał czy wichura biega po miasteczku Amerykanin, teraz mój dobry kolega - Drew z Peace Corps (mimo to, po 1,5 roku pracy w Tkibuli nadal się na niego gapią, co go wciąż trochę irytuje, wiadomo - w Stanach bieganie to religia i absolutnie najnaturalniejsza część życia, a poza tym prywatność to również rodzaj świętości i wpatrywanie się jest tam bardzo niegrzeczne). Wiedziałam też, że bez problemów hasała sobie po mieście moja poprzedniczka - Aneta. To już dużo, zróbmy zatem stopniowanie ---> biegający człowiek (=mężczyzna, przepraszam feministki ;) w Gruzji - akceptowane i tolerowane --> biegająca młoda kobieta - akceptowane, tolerowane, nietykane. Jest dobrze. Nie mniej jednak przed tym pierwszym treningiem (mocno ciepło, nie mogłam ubrać się za grubo bo bym spłynęła i by mi się odechciało) czułam się lekko zdenerwowana. To znaczy, OCZYWIŚCIE cieszyłam się jak dziecko, bo miałam kilkudniową przerwę związaną z aklimatyzacją, ale jednak gdzieś tam w sercu pałętał się cień niepokoju. W głowie miałam słowa moich przyjaciół, którzy bali się o moje bezpieczeństwo, prosząc dobitnie przed wyjazdem o rozwagę w tej materii. Dzięki kochanemu koledze z Golden Team (pozdrawiam Adaś!!) miałam wypasiony sprzęt (zegarek Nike) mierzący prędkość i dystans. Wcześniej biegałam z Endomondo w telefonie zapisującym parametry każdego treningu, ale tutaj nie mam mobilnego netu. Ok - baza gotowa. Do dzieła Młoda Polsko!!


Wybiegam. Z samego początku narzucam sobie mocne, prężne tempo. To chyba ze strachu przed ewentualnymi nieoczekiwanymi reakcjami na nową biegaczkę w Tkibuli. Niepewność mija po 2-3 km, kiedy przebiegam przez "centrum" miasteczka bez problemu. Jest nieźle! Tak, patrzą się, ale jak to zwykła mówić moja Sis - "mają oczy to patrzą, naturalne!" :D. Ponadto - nie zauważam (i nie słyszę - muzyka w jednym uchu i bardzo cicho) żadnych symptomów "niebezpieczeństwa". W końcu nawet w Warszawie opętanej modą biegania również zdarzają się natrętni gapiacze. Whatever! Robię swoje! Wbiegam na stary, nieodnowiony stadion okalony wzgórzami, gdzie jupitery z daleka świecą, ale rdzą, zaczyna się robić ciemnawo. Przyśpieszam, schodzę do tempa 4:50, jest gorąco, zdjełabym koszulkę, bo mam pod spodem stanik sportowy, ale niestety w tym momencie pojawia się pan stróż i mnie "pilnuje". Nie będę zatem siała zgorszenia w ultrakonserwatywnym kraju ;) Pan mi nie wadzi. Niech se patrzy. Podczas któregoś już z kolejnych treningów w karierze polskiej biegaczki "in the midddle of nowhere", biegnąc chodnikiem i szerokim poboczem wylotówką w stronę gruzińskiej stolicy (do Tbilisi jest 220 km, więc ultramaraton chyba jednak sobie odpuszczę, z pozdrowieniami dla Scotta Jurka!), zastanawiam się czy lepiej jest biec pod rozwalającymi się osiedlami, wznoszącymi się wzdłuż mojej trasy czy troche bardziej odbijać w kierunku jezdni - znowu rosyjska ruletka - zabije cię jakaś samotna cegła spadająca z dachu bloku, czy szalony (czyli pierwszy lepszy) gruziński kierowca. It’s up to you! Trudna decyzja :D

Gruzja ma swoje maratony. Istnieje Tbilisi Marathon czy tez trailowy Kazbegi Marathon u stóp Kazbeka właśnie (mój cel!). Z drugiej strony Tbilisi to - jasna sprawa - inna historia, bo to stolica (co prawda wciąż dość odstająca różnymi standardami od reszty stolic Europy na ten przykład), więc z definicji wręcz ogniskuje ludzi z wielu innych krajów, biznesmenów, dyplomatów, turystów, którzy ani myślą rezygnować z joggingu czy własnych form aktywności sportowej. Tam się biega niemal jak w Central Parku (no - prawie ;) i nikt nie ma z tym problemu. Ja musiałam się zmierzyć z bieganiem na prowincji jako nie-swoja, TA obca. Dałam radę, czuję się naprawdę bezpiecznie i tak, zamierzam z pełną odpowiedzialnością kontynuować moje treningi. Pamięć mięśniowa będzie stale odnawiana! Oczywiście, nie mogę liczyć na żadne sukcesy (jak piszecie na facebooku o swoich wyczynach to czasem, przyznaję, zżera mnie zazdrość, cóż - mój wybór padł akurat na spędzenie trochę czasu na końcu świata), udziały w zawodach, które tak KOCHAM (!), nawet na spektakularny progres. Ale to nieistotne. Ważne jest, że biegam, a moja maleńka społeczność lokalna już mnie zaczyna z bieganiem kojarzyć i szanować te moje „fanaberie”. Nawet moja szefowa już wie ;) Idę pobiegać, tym razem na chłodno i deszczowo. 


                                                A jak to wygląda w Kazbegi....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz