Jestem biegaczką. Nic tego nie zmieni, bo to już
kwestia przefiltrowania mojej krwi, uczuć i myśli, czyli wszystkiego co mnie
konstytuuje, "szaleństwem" głodu endorfinowego. Nie można po prostu
przestać biegać z dnia na dzień, jeśli nie zdecyduje za nas jakaś konieczność
wyższa pt. kontuzja. Miałam pobiec swój pierwszy maraton tego roku w Warszawie.
Nie pobiegłam (piszę o tym w innym wątku - "Co z tą Gruzją?"). Teraz
będąc tu - w Gruzji pozatbiliskiej, prowincjonalnej, że aż huczy (od piania kur
i muczenia krów pod moim oknem chociażby), koncentruję się jedynie na tym (albo
aż - zważywszy, że jest to NAPRAWDĘ kompletnie niebiegające, a co za tym idzie
- "gapiące" społeczeństwo), aby jakoś podtrzymać swoją sprawność,
pamiętając o podbiegach, prędkościach rytmowych, tempówkach, odpowiednim
rozciąganiu i różnicowaniu, na ile się da w nowych warunkach, treningu
biegowego. Gorzej z długimi wybieganiami, jako nieodzownej części składowej
planów przygotowujących przede wszystkim pod maraton - jedyne wyjście odklepywania
long&slow runów w ekstremalnie małej mieścinie to bieganie "wte i
wewte", ewentualnie (odwołując się już konkretnie do własnego przykładu) -
bieg wylotówką w stronę Tbilisi (dopóki jest jakiś chodnik/pobocze -inaczej
można szybko zginąć pod kołami gruzińskich "mistrzów" kierownicy).
Innym pomysłem jest wykorzystanie lokalnego stadionu 400 metrowego (to ile tych
okrążeń trzeba wybiegać, aby dobić do 25-30 km? zawsze byłam słaba z matematyki
;) Na razie i tak w sumie mogę sobie darować długie wybiegania, skoro nie ma
takiej potrzeby z tytułu przygotowań do maratonu, ale inna sprawa, że lubię, że
rozkręcam się dopiero po 6-7 km…
Poza tym, sama dla siebie ukułam już kiedyś hasło
pamięci mięśniowej, w razie gdybym (odpukać!!) została na dłużej uziemiona i
musiała psychicznie jakoś funkcjonować bez biegania (i radzić sobie z efektem
odstawienia, rzucasz alkohol czy papierosy to IDENTYCZNY stan fizycznego w
zasadzie bólu odłączenia się od kroplówki z endorfin gwarantowanej przez
regularne bieganie). Na szczęście teraz już wiem, że idea pamięci mięśniowej i
wyobrażania sobie, że moje mięśnie w razie dłuższej przerwy będą pamiętać
dlaczego i po co im to (to=biegam nimi) robię ;), nie pójdzie w ruch (bezruch)
w moim nowym domu - w Gruzji.
Tkibuli (region Imeretia) jest położone wśród gór
(dość masywny grzbiet Nakerala) w uroczej, falistej dolinie na wysokości ok.
700 m n.p.m., co naturalnie inwokuje pewne zmiany związane z aklimatyzacją
biegania na takiej wysokości. Nie jest to być może porażająca wysokość
(pozdrawiam Tatra Running Team i uczestników ultramaratonu Granią Tatr!), nie
mniej jednak odczuwalna, zwłaszcza na początku uprawiania wszelkiej aktywności
sportowej na określonym, relatywnie wysokim tętnie. Miasteczko, kiedyś prężnie
się rozwijające z własnym centrum sportowym, wielkim stadionem i sporą
pływalnią, po upadku kopalni węgla kamiennego i procesami prywatyzacyjnymi w
latach 90-tych, zaczęło popadać w ruinę. Wielu ludzi, zwłaszcza młodych i
ambitnych wyemigrowało. Niemalże kikuty dawnej świetności (również sportowo-rekreacyjnej)
straszą i szkodzą piękności okolicy jako takiej, o której walorach już troche
pisałam we wcześniejszym poście.
A zatem kwestie stricte
organizacyjno-"infrastrukturalne" są całkiem w porządku, mogło być
gorzej. Teraz sprawa wystawiania swojego biegającego ciała na widok publiczny w
obcym kraju. To jest całe clue sytuacji. Wcześniej oczywiście biegałam już
"za granicą", ale były to akurat kraje bardzo liberalne o mentalności
prozdrowotnej i pro-fit, dlatego na szczęście moje trenujące "ja"
było traktowane jak powietrze, coś absolutnie normalnego i naturalnego.
(Niemcy, Anglia, Hiszpania). Jedynie może w hiszpańskim, turystycznym Lloret de
Maar mężczyźni byli trochę zbyt nachalnie zainteresowani moją osobą i jednego
razu treningowego dobre kilkaset metrów miałam eskortę policjantów (jadących
samochodem) wzdłuż ścieżki biegowej, ale to było nawet zabawne. Grunt to
odpowiednie nastawienie i dopóki nikt cię nie dotyka, nie inicjuje żadnych
ruchów w twoim kierunku, ani nie gwiżdże na ciebie jak na bydło - jest ok ;)
Gruzja, jak już było wspominane, jest bardzo
konserwatywna, tradycyjna i religijna (ale często tylko na pokaz), seks
przedmałżeński jest oficjalnie "nieakceptowany", stąd średnia wieku
nowożeńców to jakieś 20-22 lata. Dzieci. Przy tym, pewne jest, że religijna
podstawa funkcjonowania społeczeństwa i wysoka pozycja prawosławnego popa w
jakimś stopniu nie dotyczą gości i przyjezdnych - oczywiście oczekuje się od
nich poszanowania tradycji, ale też działa to w drugą stronę - Gruzini wykazują
tolerancję wobec zwyczajów turystów krótko- i długoterminowych (sama siebie
klasyfikuję jako mieszkankę - przynajmniej Tkibuli, bo rok czasu, który tu
spędzę trochę ten turystyczny płaszczyk ze mnie zrywa, gdzie indziej w Gruzji
mogę być już "backpackerką" ;) Myślę, że bałabym się jednak biegać w
kraju muzłumańskim...Może kiedyś…
Zanim wybiegłam na swój pierwszy trening w Gruzji
zrobiłam research i badania terenowe - taki troche Szpieg z Krainy Deszczowców
w spódnicy :D Wiedziałam jeszcze zanim tu przyjechałam, że codziennie, śnieg,
upał czy wichura biega po miasteczku Amerykanin, teraz mój dobry kolega - Drew
z Peace Corps (mimo to, po 1,5 roku pracy w Tkibuli nadal się na niego gapią,
co go wciąż trochę irytuje, wiadomo - w Stanach bieganie to religia i
absolutnie najnaturalniejsza część życia, a poza tym prywatność to również rodzaj
świętości i wpatrywanie się jest tam bardzo niegrzeczne). Wiedziałam też, że
bez problemów hasała sobie po mieście moja poprzedniczka - Aneta. To już dużo,
zróbmy zatem stopniowanie ---> biegający człowiek (=mężczyzna, przepraszam
feministki ;) w Gruzji - akceptowane i tolerowane --> biegająca młoda
kobieta - akceptowane, tolerowane, nietykane. Jest dobrze. Nie mniej jednak
przed tym pierwszym treningiem (mocno ciepło, nie mogłam ubrać się za grubo bo bym
spłynęła i by mi się odechciało) czułam się lekko zdenerwowana. To znaczy,
OCZYWIŚCIE cieszyłam się jak dziecko, bo miałam kilkudniową przerwę związaną z
aklimatyzacją, ale jednak gdzieś tam w sercu pałętał się cień niepokoju. W
głowie miałam słowa moich przyjaciół, którzy bali się o moje bezpieczeństwo,
prosząc dobitnie przed wyjazdem o rozwagę w tej materii. Dzięki kochanemu
koledze z Golden Team (pozdrawiam Adaś!!) miałam wypasiony sprzęt (zegarek
Nike) mierzący prędkość i dystans. Wcześniej biegałam z Endomondo w telefonie
zapisującym parametry każdego treningu, ale tutaj nie mam mobilnego netu. Ok -
baza gotowa. Do dzieła Młoda Polsko!!
Wybiegam. Z samego początku narzucam sobie mocne,
prężne tempo. To chyba ze strachu przed ewentualnymi nieoczekiwanymi reakcjami na nową
biegaczkę w Tkibuli. Niepewność mija po 2-3 km, kiedy przebiegam przez
"centrum" miasteczka bez problemu. Jest nieźle! Tak, patrzą się, ale
jak to zwykła mówić moja Sis - "mają oczy to patrzą, naturalne!" :D.
Ponadto - nie zauważam (i nie słyszę - muzyka w jednym uchu i bardzo cicho)
żadnych symptomów "niebezpieczeństwa". W końcu nawet w Warszawie
opętanej modą biegania również zdarzają się natrętni gapiacze. Whatever! Robię swoje!
Wbiegam na stary, nieodnowiony stadion okalony wzgórzami, gdzie jupitery z
daleka świecą, ale rdzą, zaczyna się robić ciemnawo. Przyśpieszam, schodzę do
tempa 4:50, jest gorąco, zdjełabym koszulkę, bo mam pod spodem stanik sportowy,
ale niestety w tym momencie pojawia się pan stróż i mnie "pilnuje".
Nie będę zatem siała zgorszenia w ultrakonserwatywnym kraju ;) Pan mi nie
wadzi. Niech se patrzy. Podczas któregoś już z kolejnych treningów w karierze
polskiej biegaczki "in the midddle of nowhere", biegnąc chodnikiem i
szerokim poboczem wylotówką w stronę gruzińskiej stolicy (do Tbilisi jest 220
km, więc ultramaraton chyba jednak sobie odpuszczę, z pozdrowieniami dla Scotta
Jurka!), zastanawiam się czy lepiej jest biec pod rozwalającymi się osiedlami,
wznoszącymi się wzdłuż mojej trasy czy troche bardziej odbijać w kierunku
jezdni - znowu rosyjska ruletka - zabije cię jakaś samotna cegła spadająca z
dachu bloku, czy szalony (czyli pierwszy lepszy) gruziński kierowca. It’s up to
you! Trudna decyzja :D
Gruzja ma swoje maratony. Istnieje Tbilisi Marathon
czy tez trailowy Kazbegi Marathon u stóp Kazbeka właśnie (mój cel!). Z drugiej
strony Tbilisi to - jasna sprawa - inna historia, bo to stolica (co prawda
wciąż dość odstająca różnymi standardami od reszty stolic Europy na ten
przykład), więc z definicji wręcz ogniskuje ludzi z wielu innych krajów,
biznesmenów, dyplomatów, turystów, którzy ani myślą rezygnować z joggingu czy
własnych form aktywności sportowej. Tam się biega niemal jak w Central Parku
(no - prawie ;) i nikt nie ma z tym problemu. Ja musiałam się zmierzyć z
bieganiem na prowincji jako nie-swoja, TA obca. Dałam radę, czuję się naprawdę
bezpiecznie i tak, zamierzam z pełną odpowiedzialnością kontynuować moje
treningi. Pamięć mięśniowa będzie stale odnawiana! Oczywiście, nie mogę liczyć
na żadne sukcesy (jak piszecie na facebooku o swoich wyczynach to czasem,
przyznaję, zżera mnie zazdrość, cóż - mój wybór padł akurat na spędzenie trochę czasu na końcu świata), udziały w zawodach, które tak KOCHAM (!), nawet na
spektakularny progres. Ale to nieistotne. Ważne jest, że biegam, a moja maleńka
społeczność lokalna już mnie zaczyna z bieganiem kojarzyć i szanować te moje „fanaberie”.
Nawet moja szefowa już wie ;) Idę pobiegać, tym razem na chłodno i deszczowo.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz