Oprócz tego, że jestem fanką chleba i wina, lubię też grzyby. I grzybobranie o wschodzie słońca w lasach janowskich (w sąsiedniej Rachy tkibulskie chłopaki zbierają grzybki innego rodzaju, halucynogennego, ewentualnie uprawiają "maryśkę" na parapecie u babci - sama widziałam). Kiedy zdobyłam w końcu w moim nieco niedoasortymentowanym miasteczku (co ciekawe, jeśli coś lubimy i wykupimy zapas, później zazwyczaj następnej dostawy się już nie doczekujemy) opakowanie świeżych pieczarek nie musiałam się długo zastanawiać co z nimi zrobić, tym bardziej, że zostało mi trochę tartego razowca. Będzie pysznie ;)) !
Ponoć, jak wyczytałam w internetach, Gruzja ma swoje plantacje pieczarek m.in w okolicach Gori, czym zaspokaja własne, krajowe zapotrzebowanie. Małe są i mizerne (przynajmniej te które ja dostałam), ale ważne, że swoje, prawda? Zawsze twierdziłam, że jeśli nie ma warunków do uprawy jakichś warzyw czy owoców na miejscu to trzeba inwestować pieniądze w takie innowacje, które pozwolą tworzyć krok po kroku zręby samowystarczalności ekonomicznej, a innowacje i tak szybko stanieją. Autarkia (samowystarczalność gospodarcza ~ izolacja) co prawda może prowadzić także do izolacji politycznej, ale jakże dobrze nie musieć liczyć na innych w tak strategicznych obszarach jak uprawa pieczarek chociażby! Zatem kompletnie niesamodzielna ekonomicznie Gruzja nie musi uzależniać się od sąsiadów w kwestii dostaw pieczarek. Tym razem oni mogą dyktować warunki.
Kilkakrotnie zdarzało mi się w czasie supr, wyjazdów i restauracyjnych kolacji próbować gorącej przekąski zwanej po gruzińsku sokos qudebi (gruz. sokoebi - grzyby) - są to kapelusze grzybów, zazwyczaj właśnie pieczarek, uduszone w sosie własnym, na żywca, w grubej glinianej piali z cebulą, czosnkiem i serem, którym tradycyjnie jest sulguni (niesłony, biały, miękki ser w rodzaju mozzarelli). Można kombinować z przyprawami (w ogóle w kuchni NALEŻY kombinować, zawsze!). Mnie wystarcza świeżo zmielony czarny pieprz. Pieczarki świetnie się dogadują z pieczonymi, złocistymi plasterkami ziemniaków. Generalnie moja wersja jest nieco inna - przed zapieczeniem grzybów z serem, panierowałam je w razowcu. Czyli takie dwa w jednym - panierowane & faszerowane pieczarki.
PRZEPIS (2 porcje)
Składniki:
- opakowanie pieczarek
- 2 jajka
- sól, pieprz
- szczypiorek
- tarta bułka, lub chleb razowy - szklanka
- masło lub olej
- ser typu sulguni (w Polsce - mozzarella z fetą, w moim przypadku - najmniej słony ser jaki znalazłam na bazarze)
- 1 cebula, 3 ząbki czosnku
- 3 nieduże ziemniaki
PRZYGOTOWANIE:
Kroimy drobno cebulę, przeciskamy czosnek przez praskę. Podsmażamy na oleju. Obieramy pieczarki, odrywamy nóżki, panierujemy w rozbełtanym jajku i bułce tartej. Gotujemy ziemniaki, kroimy na talarki i podsmażamy na złocisto. Siekamy szczypiorek. Ser kroimy w małe kwadraty (tak żeby zmieściły się w kapeluszach pieczarek). Odstawiamy panierowane pieczarki, wkładamy ser. Piekarnik nagrzewamy do 220 stopni. Pieczarki faszerowane serem wkładamy do żaroodpornego naczynia. Pieczemy (w zasadzie chodzi jedynie o lekkie podtopienie sera na wierzchu) ok. 10 minut. Parujące grzyby kładziemy na warstwie ziemniaków, polewamy sosem czosnkowo-cebulowym i posypujemy zieleniną. Delektujemy się!
Niezbyt zdrowe toto, ale raz na jakiś czas można!
Moja wersja:
A tak to będzie prawdopodobnie wyglądać w gru restoranie z dorodnymi, ładnymi pieczarkami (w zwykłym przydrożnym barze w Gruzji raczej nie uraczycie, ale w takiej na przykład "Małej Gruzji" w Warszawie - jak najbardziej!):

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz