Nie wiem jak wy "odreagowujecie" wycieczki w zielone piękno, ale dla mnie intensywny kontakt z oszałamiająco monumentalną przyrodą i adrenalinowe dawki tlenu zmuszają do dłuższego snu, który mi te obrazy przyswaja i układa tak, abym wiedziała, że były realne. Taka dziwna jestem. Zatem po odespaniu (już nie w chewsureckiej wieży) - powracam. Kiedy padła propozycja udania się pod okiem przewodnika w grupie znajomych porozrzucanych po całej Gruzji do Pszaw-Chewsuretii (gruz. kraj dolin), nie zastanawiałam się przesadnie długo. Bądźmy szczerzy - taka okazja trafia się tylko raz! A dlaczego? Po pierwsze - jest to kraina praktycznie wyludniona i "osamotniona" ("rzeźba terenu stwarza trudne warunki dla działalności ludzkiej, która
koncentruje się jedynie w najniższych partiach dolin, nie istnieje tu
służba zdrowia, nie dociera zasięg telefonii komórkowej, w całym
regionie jest tylko jedna szkoła"), bardzo wysokogórska (pasmo Kaukazu Wielkiego), bez rozwiniętej bazy turystycznej (jedynie nieliczne kwatery prywatne - w niektórych wioskach żyje np. jedna rodzina i wsjo, lub oczywiście po studencku - namiot, mimo to wg oficjalnych danych turystyka jest obecnie głównym źródłem dochodu Chewsurów), jak również bez "normalnych" dróg (zresztą byłoby to iście karkołomnym zadaniem stawiać szybkobieżne asfaltówki na czasem niemal pionowych stokach gór, które i tak niszczeją pod naporem wiosennych powodzi). Po drugie - dość ciężko się tam dostać bez dobrze przygotowanego samochodu, najlepiej z napędem na cztery koła, a marszrutki praktycznie nie kursują (bo i chyba nie dałyby rady strawestować takie przewyższenia). Wprost wymarzone miejsce dla backpackerów i wszelkiej maści włóczykijów. Filozofów natury, introwertyków i tych, którzy szukają niezmąconej cywilizacją ciszy. Wartością przeciążającą szalę decyzji na tak, była informacja o przewidzianym w programie noclegu w średniowiecznej wieży na kształt znanych wszystkim "siedzącym" w temacie Gruzji baszt swaneckich. Takiej propozycji się nie odrzuca ;)
Poniedziałkowym rankiem wesołą, międzynarodową ekipą wyruszyliśmy w przepastne północno-wschodnie tereny Gruzji położone nad rzeką Argun i Aragwi (dla zainteresowanych - tutaj Adventure Club Jomardi organizuje także profesjonalne raftingi), sąsiadujące z Tuszetią (reklamowaną od zawsze jako idealne miejsce pod turystykę konną), Mcchetą-Mtianetią ze słynnym Kazbegi, a od strony rosyjskiej - z Czeczenią i Inguszetią. W Tbilisi niemiłosierny upał, powietrze stało jak lepki kisiel, ale na szczęście z każdym pokonywanym kilometrem w kierunku docelowego Szatili skwar i duchota przechodziły w przyjemne ciepło, by w kulminacyjnym punkcie trasy na prawie 2700 m n.p.m osiągnąć poziom dość mocnego chłodu, zaprawianego silnymi porywami wiatru. Najwyższym szczytem Chewsuretii jest Tebulo (4493 m n.p.m.). Szlaki w tym trudno dostępnym regionie zostały wytyczone dzięki pomocy polskiej ambasady i kwalifikowanego przewodnika Tomka Albiniaka, prywatnie mojego znajomego (serdecznie pozdrawiam!), wedle którego słów, Chewsuretia jest najpiękniejszym (a na pewno najbardziej dzikim) miejscem w całej, obfitującej wszakże w piękno Gruzji, a także "krajem poetów uwięzionych wśród skał". Co prawda chyba widzieliśmy kilku prawdziwych (sic!) Chewsurów po drodze, wypasających bydło i owce (nie byle co na takim odludziu), ale fakt jest taki, że niestety większość autochotonów już się lata temu stamtąd wyprowadziła na bardziej przyjazne do życia niziny. Nawet jeśli te parę rodzin mieszka w chewsureckim siele, to tylko przez kilka miesięcy w roku, gdyż zimą teren jest całkowicie odcięty od reszty świata. Godziny trasy wiodącej na granicę z Czeczenią dłużyły się, mimo zapierających dech w piersiach krajobrazów. Chewsurowie są przykładem ludu nierozerwalnie związanego z siłami natury, niedzisiejszych "rycerzy w kolczugach", który połączył wiarę chrześcijańską z pogańskimi rytuałami (porody w samotności, pomsta krwi, swietliszcza, nigdy nie przyjął się system feudalny), co w tak majestatycznych i trudnych warunkach naturalnych wydaje się być zupełnie zrozumiałym. Jak nigdzie wcześniej na świecie, miałam nieodparte wrażenie, że bóstwa przyrody dyktują tam swoje prawa. Totalne onieśmielenie, ale i też ponętna tajemnica.
Oraz jesienią (ten sam punkt widokowy):
Minęliśmy wieś Barisacho i Gudani. Zaczęła się ostra jazda pod górę nad przepaściami i szalejącymi w dole wodami górskich potoków. Na przełęczy Datvis Dżvari (z najwyższym punktem 2677 m n.p.m., tak wysoko chyba jeszcze nie byłam) urządziliśmy sobie piknik "pod wiszącą skałą" i w zasadzie każdy kęs jedzenia smakował lepiej niż normalnie. Trudno się dziwić - organizm rozgląda się dookoła i wyczuwając niebezpieczeństwo robi zapasy ;) Następnym przystankiem była opuszczona osada pod nazwą Kistani z wystrzelonymi w górę wieżami i ruinami budynków. Późnym popołudniem dotarliśmy w końcu do Szatili na granicy z Czeczenią zamieszkane w sezonie letnim przez około 100 osób, gdzie zaplanowaliśmy ów "średniowieczny" nocleg - robiący piorunujące wrażenie, wciśnięty między wzgórza zwarty kompleks połączonych ze sobą systemem tarasów i przejść kamiennych baszt (płaskie kamienie były kładzione jeden na drugim bez żadnego spoiwa pomiędzy nimi) z drewnianymi balkonami i małymi oknami, których zachowało się obecnie w sumie 60. Najstarsze z nich zostały wzniesione jeszcze w XII wieku. Z oddali kompleks sprawia wrażenie zamku lub twierdzy. W rzeczywistości było to normalne (chociaż ciut niezwyczajne) miasto, a wieże pełniły funkcje stricte mieszkalne (przy czym obronne konotacje są w pełni na rzeczy - Chewsurowie byli bardzo wojowniczymi ludźmi, życie regulowało prawo zwyczajowe i zemsta rodowa, również walki z najeźdźcami były na porządku dziennym a godność i duma stały na pierwszym miejscu w hierarchii wartości). Dziś w jednej z wież znajduje się całkiem przyjemny guest house, w którym było nam dane spędzić noc, wyposażony we wszelkie potrzebne rzeczy - jest łazienka z bieżącą wodą i prąd (z takim widokiem mogłabym się budzić każdego dnia!). A skoro supra, szaszłyki mcvadi i wino - nie obyło się także i bez gruzińskich tańców ;)) Oraz szatilskich "wilków", które pilnowały naszej twierdzy, zachęcone zapachem szaszłyków ;)
Kolejnego dnia pogoda się już nieco popsuła, ale mimo to podjechaliśmy do Anatori, tzw. Miasta Umarłych, Dead City, skąd widać już bardzo dokładnie falującą na wietrze flagę rosyjską na jednym ze wzgórz. W XIX wieku wieś spustoszyła cholera, dlatego to, co teraz można zobaczyć na miejscu dosłownie mrozi krew w żyłach - kompleks niskich kamiennych domków - grobowców, wypełnionych ludzkimi kośćmi, czaszkami, strzępami ubrań i bibelotami (są okienka w które można zajrzeć, ale oglądanie ludzkich piszczeli jest raczej ciężkim doświadczeniem). Każdy z mieszkańców w czasie panowania zarazy, którego dosięgła choroba, aby chronić resztę społeczności lokalnej i swoją rodzinę udawał się dobrowolnie do takiego grobowca, gdzie wśród rozkładających się zwłok oczekiwał swojego końca. Nie żadna kwarantanna, tylko z marszu - do grobu. Nie mniej, Chewsurowie ze względu na izolację terytorialną posiadają długie tradycje medycyny naturalnej opartej o ponadprzeciętną wiedzę w zakresie wykorzystania leczniczego roślin, przez lata przeprowadzano nawet trepanacje czaszki, a w celach "anestezji" stosowano wysokoprocentowy alkohol.
"Miasto umarłych":
Z ciekawszych informacji dotyczących regionu napomknę jeszcze tylko o lokalnej, przebogatej faunie i florze. Istnieją przekazy, naukowe i literackie (poemat "Tygrys i człowiek"), które świadczą o tym, że kiedyś, choć prawdopodobnie bardzo dawno temu ziemie te zamieszkiwał lampart, zwany przez miejscowych tygrysem. Obecnie z całą pewnością w lasach, na stokach i nad górami Chewsuretii występują takie gatunki jak koziorożce (w wyższych partiach), kozice, niedźwiedzie brunatne, wilki, orły i sokoły. Niemal połowa chewsureckiej flory to gatunki endemiczne. I już na koniec - polecam odwiedzenie regionu szczególnie na przełomie maja i czerwca, gdy połacie okolicznych gór upiększone są bielą kwitnącego rododendronu kaukaskiego!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz