Nie jestem żadną pięknością. Czasami jestem ładna, czasami nie. Dbam o siebie. Bywam pedantką i "higienistką" (Gruzja to nie jest miejsce dla takich jak ja). Normalna dziewczyna. Być może o trochę bardziej egzotycznej urodzie i wyglądająca na trochę mniej lat niż ma w rzeczywistości. Przed wyjazdem do Gruzji chodziłam sobie anonimowo po ulicach, patrząc w oczy mijanym ludziom, uśmiechając się do siebie, swoich myśli, pomysłów, nagłych skojarzeń i do innych osób wokół bez zagrożenia, że ktoś coś sobie mylnie ubzdura, weźmie to za sygnał "chce cię, chodź do mnie, rozpłyńmy się w fali namiętności". Mogłam sobie radośnie biegać na wpół roznegliżowana, gdy upał uderzał po tkankach, wbrew hipsterskiej nowo-modzie na turbo-spalanie we frotte dresie z kapturem przy 30 stopniach lejącego się żaru. Mogłam sobie usiąść sama przy barze, zakładając noga na nogę bez tabuna niechcianych adoratorów w niespełna minutę. Well...
Przyjechałam tutaj i wszystko uległo diametralnej zmianie. Jasne, że musisz się podporządkować realiom nowego miejsca, zwłaszcza tak hermetycznego, gdzie ludzie rozpoznają się po samochodach (sic!), jego immanentnym regułom "gry", aby nie narażać siebie na nieprzyjemności czy plotki. Jesteś na cenzurowanym. Oglądana i komentowana (za plecami) od góry do dołu. Zasada numer jeden: żadnego prowokowania "mięsem", świecenia biustem, zapominasz, że masz ciało, fizycznie stajesz się zakonnicą, mentalnie - starą zakonnicą. Naturalnie nasza z Olą obecność nie mogła ujść uwadze w tak małej mieścinie, gdzie wszystko stoi, a jak nie stoi to prawie się wali i gdzie anonimowość jest fikcją. Wprost z nieskalanego nawet ino brudem organicznym, wypucowanego, sterylnego i rzutkiego świata "warszawskich spotkań
biznesowych" w szklanych domach Mordoru na tzw. Domaniewskiej trafiłam na zdewastowaną materialnie prowincję kraju rozwijającego się, z absurdalnie wysokim
bezrobociem, unurzoną w marazmie, apatii i beznadziejności. Tak właśnie sobie zrobiłam. Tak chciałam. Fakt faktem, że jest to jedno z tych doświadczeń z gatunku "szkoły życia" i pozaformalnej edukacji interkulturalnej, które się ceni - tyle, że po jakimś czasie. Nie teraz. Nie kiedy "to się dzieje". Swoje musisz przecierpieć.
Aktualnie jestem na Gruzję zła, żeby nie powiedzieć wkur...Do tego stopnia, że rozważam wykorzystanie urlopu hurtem, która to opcja daje mi możliwość wcześniejszego powrotu do Polski, na początku września. Pisząc o Gruzji długo i rozwlekle (co dla wielu jest próbą cierpliwości), odczarowując ją nieco lub wręcz znacznie, nie chcę jej przy tym doszczętnie deprecjonować, bo nie o to przecież chodzi. To niesłuszne wrażenie. Jedyne czego pragnę, to - dla siebie: spokoju. I prawdy - dla ludzkości i tych wszystkich ślepo zakochanych w Gruzji (trochę prawdy nie zaszkodzi, zwłaszcza jeśli jesteś rzeczywiście zainteresowany tym krajem i nie zadowalasz się peanami agencji turystycznych kreowanymi na potrzeby zysku). Życie w innym, nie-swoim kraju jest trudne. Żadna nowość, żadne odkrycie. Powie to każdy, kto wie coś na ten temat - z autopsji, bardziej lub mniej bolesnej. Kiedyś jedna z internautek skomentowała mój tekst o wadach Gruzji opublikowany na łamach blogerzyzeswiata.pl, będący efektem szczytu przesilenia nostalgicznego i zmęczenia krajem (nie mniej - bardzo szczere spojrzenie na gruzińską rzeczywistość, nie podyktowane tylko ino Hate Georgia Day), słowami "Po co tam jesteś, skoro nie widzisz NIC dobrego w tym kraju???". Najpierw się głośno zaśmiałam, a potem pomyślałam "whatever", pisz kobieto co chcesz, nie znasz mnie zupełnie, prawdopodobnie nie znasz też realiów, ale dla świętego spokoju czym prędzej odesłałam do równoważącego tekstu o zaletach Gruzji - tak, tak, COŚ pozytywnego się jednak znalazło i to całkiem sporo. Rozgrzeszonam.
Wracając do meritum, skoro już się postarałam o tak piękny i łapiący za serce wstęp :D Świeże wydarzenie z dnia dzisiejszego, sprzed paru godzin zaledwie, jest bezpośrednią inspiracją, aby popełnić ten tekst. Idąc przez tzw. centrum miasta, ubrana niewyzywająco (wiadomo - próbuję, chociaż po prawdzie - jeśli jest już bardzo, bardzo gorąco, macham ręką i zwyczajnie wskakuję w krótkie spodenki, bo nie zamierzam jeszcze dodatkowo podgrzewać swojego ciała dla tej całej maści śliniących się "obserwatorów", niczym soczystego szaszłyka na ruszcie, którego "uosobieniem" jestem dla większości nabuzowanych gruzińską mutacją testosteronu lokalnych "mężczyzn"), no więc szłam sobie spokojnie, uzbrojona w nieobecny wzrok patrzący prosto przed siebie i w zdecydowaną minę hetery, zimnej księżniczki i zołzy w jednym, gdy drogę zajechał mi z piskiem opon jakiś cieć. Popatrzyłam spojrzeniem nr 1 (podstawowy) - "spadaj", nie odpowiadając na zaczepki słowne. Gość jednak nie dał za wygraną, wybiegł z samochodu, szedł za mną kawałek, po czym zaczął ciągnąć mnie za ramię - na środku ulicy. Ciecia prawie pobiłam (potrafię), ale zgłaszania na policję już sobie daruję, zwyczajnie mi się nie chce, mimo że ten ruch był bez wątpienia bardzo drastycznym pogwałceniem prawa nietykalności fizycznej. W mojej "karierze" cudzoziemki w Tkibuli przewinęło się już paru stalkerów, z większością sobie poradziłam, kogoś identyfikowałam w policyjnych kartotekach, był czas, że radiowozy dyskretnie śledziły moje kroki, był jeden, który zdobył mój numer telefonu (wszyscy wiedzą gdzie mieszkamy, a nasze numery są chyba przekazywane z ręki do ręki dla zainteresowanych) i wysyłał sms-y za każdym razem, gdy mnie gdzieś zobaczył (przy czym sam się nigdy osobiście nie pokazał), lub informując mnie, że stoi właśnie w mojej klatce schodowej. Rzecz jasna, nie miałam ochoty sprawdzać "cóż to za książę na rumaku u mych drzwi".
Nie biegam tak jak dawniej. Obleśne spojrzenia, czasami wręcz prześmiewcze "naśladowanie" stanowczo mnie do biegania w moim "przytułku" (więzieniu??) zniechęciły. Jedynym wyjściem są treningi poranne, zanim stada creeperów wylezą na ulice wystawiając swoje brzuszyska do słońca. Do czego zmierzam...Jeśli jesteś kobietą, kiedyś tam na urlopie zachwyciłaś się "gościnnością" kaukazczyków i teraz tak ci się w życiu złożyło, że masz okazję/ofertę pracy/wolontariatu/zastanawiasz się po prostu przy nie przyjechać na jakiś czas pomieszkać w Gruzji, coś ciekawego tu podziałać - proszę cię, przemyśl to kilka razy - porządnie, albo przynajmniej dobrze wybierz miejsce docelowe swojego pobytu. Weź pod uwagę swoje zdrowie psychiczne i własne bezpieczeństwo - mnóstwo tu popaprańców, a "mandat" gościa wcale ci nie pomoże, wręcz przeciwnie. Chociaż, zupełnie szczerze, nawet Tbilisi czy Kutaisi (nazwa jest adekwatna do rzeczywistości - seksturystyka kwitnie tu ostatnio wręcz spektakularnie, chyba Egipt się już paniom znudził...), a zatem stolica i większe miasta NIE są gwarancją normalnego, "nieinwazyjnego" życia dla kobiety z innego kraju (tym bardziej jeśli jest ładną blondynką). Uwierzcie, że KAŻDA cudzoziemka jest tu traktowana jako ta "dostępna" i chętna, co znacznie uprzykrza życie, generalnie jest to kultura bardzo opresyjna dla kobiet, bez znaczenia "stąd czy nie stąd".
Na drugim planie - wyselekcjonowana reprezentacja miasta, moje "roznegliżowanie" konieczne ze względu na upalny wówczas dzień:
Nie przyjechałam do Gruzji szukać męża, chłopaka czy przygód, ale mimo to Gruzini są wręcz śmiertelnie obrażeni, gdy otwarcie stwierdzam, że generalnie ich nie toleruję i nie szanuję (wyjątki mogę zliczyć na palcach jednej dłoni), a moim ostatnim życzeniem byłoby zamążpójście w takiej dziurze jak Tkibuli. Mężczyźni w Gruzji mają tak niewyobrażalnie przerośnięte ego, a przy tym tak mało samokrytyki, że doprawdy - przekroczyło to moje wszelkie oczekiwania. Wszyscy tutaj, niezależnie od cyferek w metryce, czują się niemalże jak greckie bóstwa wykute z alabastru. Gruzińska telenowela w wydaniu "realisty show" kładzie na łopatki wszystkie tureckie czy latynoskie - tutaj mówi się jedno, robi się drugie, faceci modlą się ze spuszczoną głową w chramach, a potem idą zdradzać swoje żony - z kim popadnie. Bardzo mięsożerny naród, którego myślenie zalewa chuć. Szaszłyki Gruziny robią wyśmienite - nanizują jeden kawałeczek mięsa za drugim, solidnie pieprzą (!) i wieszają nad ogniem - niczym trofeum. Bo przecież każdy NORMALNY Gruzin lubi "mięso" i nie ma sobie równych w świecie w jego właściwym "doprawianiu"...Wszystko przez ten testosteron...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz