Razem z Hostelem Kutaisi by Kote i jego wspaniałymi, polskimi gośćmi (uściski!!) oraz nie mniej wspaniałą ekipą z Restauracji Palaty zostałam "wmanewrowana" w weekendową wycieczkę do Leczchumi i Lentechi. To już bardzo blisko alpejskiej w krajobrazie Mestii, dlatego mam nadzieję, że kiedyś dotrę i tam (w końcu!). Póki co, scenariusz wyjazdu w formacie makro-standard - trzy terenówy mkną przez bezdroża, czasami "droża", chociaż jakby rzadziej, pasażerowie obijają sobie głowy o sufit, ale jest wesoło, bo: słońce, lato, wiatr we włosach, zimne piwo, głośna muzyka, wyborowe towarzystwo i wspólne śpiewy. Czego chcieć więcej od życia? Carpe diem!! Wieczór i noc spędzona w starym domu na wsi, degustacja lokalnego wina, dla co odważniejszych - chachy, pstrągów z rusztu i świeżo wypieczonego chleba. A nazajutrz mega kac - ale to nieważne, zombie-impreza trwa dalej w najlepsze!
Miejscówa niczego sobie:
Po drodze wodospady, toasty i fontanny chachy:
Krajobraz Leczchumi:
Spontaniczne tańce na trasie:
Połów pstrąga...:
I zaczynamy imprezę:
Kwintesencja gruzińskiego szaleństwa w kupie!:
I nazajutrz: :D
Pożegnania:
Serdeczne pozdrowienia dla Mariusza, który niezauważenie zgubił szkiełko z okularów w trakcie tych szalonych gruzińsko-polskich dionizjów, po czym następnego dnia, szukając owego szkła pod oknem swojego pokoiku, znalazł co prawda szkło, ale nie swoje. Mistrzowska akcja. Widać istnieją takie miejsca, w których szkła są szczególnie podatne na wypadanie ;) A może to wino było zbyt mocne...;) Dziękuję wszystkim za wspaniale i niepowtarzalnie spędzony czas!
Zdjęcia pochodzą w większości ze zbiorów Zurii Natii, przesympatycznego właściciela Baru-Restauracji Palaty w Kutaisi - jeśli kiedyś tu zawitacie, polecam zaglądnąć do tego miejsca. Ma styl i dobrą atmosferę, plus bardzo częste występy na żywo:




























Brak komentarzy:
Prześlij komentarz