logo

logo
współpracuję z:

środa, 29 stycznia 2014

Tylko krowy w Gruzji są punktualne

Tytuł jest co prawda bardziej na zachętę, ale bez grama ściemy. Jak żyję w tym kraju 4 miesiące tak nigdy wcześniej się tyle nie naprzeklinałam co teraz. Chodzi oczywiście o stereotyp "bezczasowości" Gruzinów, który boleśnie okazuje się stereotypem nie być. Codziennie doświadczam bezceremonialnego naciągania mojej cierpliwości do granic jej właściwości sprężystych. Legendą jest już przypadek (co prawda tutaj akurat nie obrazujący brak punktualności co raczej narkotycznie wspomaganą nadgorliwość lub może właściwie kompletną utratę orientacji w czasie), jednego chłopca, miejskiego "poety", drobnego przestępczyka i kinto ("trochę ulicznik, trochę gawrosz". jak by powiedział Wojciech Górecki), który był zjawił się w moim mieszkaniu zamiast umówionej siódmej wieczorem, o siódmej nad ranem, kiedy ciemno jeszcze było, a ja w głębokim śnie pogrążona, delektująca się ledwie liźniętą fazą REM, pół doby przed zaplanowaną godziną spotkania. Czyli, nie że później, ale właśnie WCZEŚNIEJ! Dwanaście godzin w te czy we wte, co za różnica, kto by zwracał uwagę? Chłopiec stukał i stukał do drzwi zawzięcie i w świętej-nietkniętej wierze we własną nieomylność tak długo, aż mnie na dobre zwlekł z łóżka, ale dopiero gdy otworzyłam drzwi dotarło do mnie co się dzieje i jak wielka zaszła tutaj pomyłka wcale nie freudowska. A potem był śmiech. Obśmianie gościa od góry do dołu. 

Mniejsza o to. Ostatni weekend minął błyskawicznie, a to za sprawą gości z Zugdidi, Gaby i Francuzki Sandrine, z którymi poszwendałyśmy się po Kutaisi, Mocamecie i Chiaturze. Czasem słońce, czasem deszcz, że się posłużę "klasyką" (przy okazji - Gruzini uwielbiają Bollywood, ciekawe dlaczego? :D). Zmierzając w stronę puenty...O co chodzi z tą "terminowością" tutejszych krów (gruz. dzrocha), które wszelkich deadlinów zawsze przestrzegają? Otóż, kilka barwnych obrazków z podróży weekendowych, dopełnionych opowieściami dziewczyn, unaoczniło mi, że krowy mają świetne wyczucie czasu (jakiś zegar biologiczny czy sprytna obserwacja ruchu słońca na niebie, "naprawdę jaka jesteś, tego nie wie nikt"). Pytanie zatem czy to jedynie fenomen lokalny czy tylko według gruzińskich krów i ich planu dnia można nastawiać zegarki, czy też efekt kolejnego sowieckiego eksperymentu "na kresach" molocha z serii "skrzyżujmy człowieka z małpą i stwórzmy superżołnierza", co znaczy, że może jeszcze "za Stalina" wyhodowano jakieś specjalne gatunki, które mają dbać same o siebie, kiedy nie do końca mogą liczyć na sumienność swoich gruzińskich gospodarzy. Na własne oczy zobaczyłam bowiem jak krowy samodzielnie i bez niczyjego nadzoru wracające z wypasu stawiają się o pełnej, równej godzinie przed wejściem do swojej zagrody. Wszystkie wpatrzone w furtkę jak w obrazek. Z utęsknieniem, podszytym lekką niewiadomą. Otworzą czy nie? Niesamowite! Krowy zatem ratują honor niepunktualnych do szaleństwa Gruzinów! A może wszystkie krowy tak mają, może powinnam pogłębić swoją wiedzę na temat krowiej psychologii? Ziarno niepewności zasiane w sercu mym :(



To taka pocztówka z obyczajów (zwierząt hodowlanych?) dzikiego kraju. Peregrynacji styczniowych ciąg dalszy. Wizyta na bazarze w Kutaisi, który ukochałam sobie chyba nawet bardziej niż którykolwiek tbiliski, zaowocowała cenną zdobyczą bibliofilską - do grona moich manualów do nauki języka gruzińskiego, dołączył autentyczny podręcznik mowy ojczystej na poziomie szkoły podstawowej  z opisami w języku rosyjskim - a jakże, w końcu wydany w 1989 roku, kiedy Związek Radziecki chylił się już co prawda ku rychłemu upadkowi, ale póki co jeszcze chwiał się na swych glinianych nogach. Przemiła, ale nieprzekupna pani na straganie stwierdziła, że to bardzo dobra rzecz, ba, klasyczna wręcz i kilka pokoleń Gruzinów uczyło się z niej arcytrudnej sztuki panowania nad własnym językiem. A w środku - on,  Lenin-nauczyciel, otoczony gromadką dzieci i jesteśmy w domu! Dzięki Leninowi szybciej opanuję gruziński, jestem tego pewna ;)









Niestety, główny cel udania się do Kutaisi tego dnia spalił na panewce - kryte lodowisko, na które miałyśmy ogromny apetyt, bo zarówno Ola jak i ja przepadamy za jazdą na łyżwach, okazało się zarezerwowane tylko dla słodkich, skądinąd, trenujących jazdę figurową (bodajże) dzieciaczków. Cóż, przynajmniej zaliczyłam lodowisko w Tbilisi przy Wielkiej Podpasce, proszę wybaczyć dwuznaczności ;)



Wracając do Tkibuli na proziaki (przepis w poprzednim poście), szarlotkę i grzane wino, korzystając z wiosennej pogody, dobrej widoczności i niezmąconego słońca, zahaczyłyśmy o Mocametę (kilkanaście kilometrów na północ od Kutaisi), gdzie znajduje się malowniczo wciśnięty między pionowe skały nad meandrującą rzeką, monastyr z XI wieku. Tam oprócz "świadkowania" hurtowym, ekspresowym niemal ślubom, bo to sobota w końcu (para młoda ledwie zdąży nałożyć tradycyjne korony i już w kolejce czeka następna, komentująca poprzednią), obserwowania karkołomnych prób utrzymania się Gruzinek na niebotycznie wysokich szpilkach trawestujących kocie łby i inne nierówności powierzchni okolicznej, podziwów nad kaukaską, wyrafinowaną wersją Grumpy'ego (uroczy portret poniżej), urządziłyśmy sobie mini-piknik "pod wiszącą skałą", delektując się dobrociami rodem z kutaiskiego bazaru (chociażby wędzony ser podobny nieco do oscypka, który trochę rekompensuje kompletny brak żółtego sera!) ;)










                   Gdzie diabeł nie może tam Gruzina pośle. Samochodem, żeby się nie zmęczył:


Grumpy zawładnął duszami polskich dziewcząt:





A potem polało się grzane wino i kolektywnie opróżniło się wypełnioną po brzegi formę z szarlotką:



Niedziela pogodowo się nam znacznie zepsuła. Deszcz i zimno. Nic to. Plan to plan i trzeba go realizować. A planem, tym razem była Chiatura, górnicze miasteczko, jakby zastygłe w swoim socrealistycznym wdzianku, położone w wąwozie, otoczonym płaskimi i kosmicznie stromymi ścianami skalnymi, którego komunikacja miejska odbywa się...wysoko pod chmurami ;) Stare, zardzewiałe pudełka kolejki linowej pamiętają chyba jeszcze czasy Lenina albo i lepiej. Ale mimo wszystko, jakoś to funkcjonuje. Niektóre bloki mieszkalne (mimo, że straszą z daleka, ktoś w nich jednak mieszka czasami) są umiejscowione centralnie na szczycie takiej samotnej skały (swoją drogą nie wiem jak oni to budowali). Generalnie ciężko jest zmusić siebie (zwłaszcza gdy ktoś cierpi na lęk wysokości) do wejścia do tak wątpliwej kolejki, ale efekty widokowe są ciekawe, trochę mrożą krew w żyłach, plus dwadzieścia punktów do "zajebistości", że "dałeś radę" :D. Jedyna marszrutka jadąca od nas w kierunku Chiatury o ósmej pięć zafundowała nam rano porządnego kopniaka z łóżka. Pan kierowca, mimo że jeszcze ciemno za oknem, a ludzie ledwo kontaktują o tej porze i przy takiej pogodzie, chcąc uciszyć nasze rozmowy w niezrozumiałym, a zatem "złym" języku angielskim gdzieś z końca busa dochodzące, włączył ruskie disco na tzw. fulla (zupełnie typowa muzyka marszrutkowa). To oczywiście tylko podkręciło nasze humory, albowiem z ruskiego disco można łowić prawdziwe, liryczne perły. I tak nam minęła podróż.

W Chiaturze oprócz przetestowania kilku kolejek na różnych trasach, udało się, dzięki uprzejmości pracowniczek miejskich zakładów kolejowych (?) zwiedzić centrum dowodzenia latających tramwajów - maszynownię, o dziwo zarządzaną przez same kobiety (przynajmniej na tej zmianie, na której gościłyśmy). Od razu rzuca się na język socrealistyczne "jestem kobietą pracującą i żadnej pracy się nie boję"! :D Wisienką na torcie było wspięcie się do wydrążonego w jaskini monastyru, gdzie mój Iphone po raz kolejny podjął się próby dezercji, na szczęście nieudanej. To chyba sygnał dla mnie, że zaniedbuję jego potrzeby duchowe..

O Chiaturze, jej różowych wagonikach i wertykalnych, podniebnych trasach (wnętrza są niekiedy, pomijając wielkopłatowe odłażenie farby, jaskrawo różowe!) dowiedziałyśmy się niedługo po przyjeździe do Gruzji, dzięki artykułowi, który pojawił się w Newsweeku - link odsyłający wklejam poniżej. Warto zboczyć z głównej drogi łączącej Kutaisi z Tbilisi, by zobaczyć coś tak unikatowego i zabawnego, a przede wszystkim nie stchórzyć przed żywą "podróżą w czasie i w przestrzeni", bo w Chiaturze, jak nigdzie indziej, proste zdanie  "lecę do sąsiada na dole" nabiera zupełnie nowego znaczenia :D

http://swiat.newsweek.pl/cziatura-przestarzale-kolejki-linowe-w-gruzji-nadal-woza-ludzi-galeria-,galeria,272113,1.html










Część zdjęć (znaczna ^^) autorstwa Gabi Ogrodnik. Dziękuję Kochana! :*




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz