Kiedy zrodził się pomysł "wigilia po polskiemu" w Gruzji, w siedzibie naszej organizacji goszczącej TDDF w Tkibuli, chyba nie do końca zdawałyśmy sobie z Olą sprawę ze skomplikowania logistycznego tegoż zadania, eventu, by nie powiedzieć - mini-projektu mającego w podtytule hasło wymiany kulturalnej i dialogu międzykulturowego (jak to wszystko przewieźć, czym udekorować salę, na czym w biurze podgrzać dania, które gorącymi winny być przyswajane, skąd wziąć odpowiednią ilość sztućców i talerzy etc.). Na pierwszy rzut oka wydaje się, że nic bardziej prostego. I rzeczywiście - po ustaleniu menu i spisaniu niezbędnych składników, machnęłyśmy ręką - "spoko, zrobi się". Figa z makiem! Ano właśnie, figi może i są, ale maku brak! I nie, że wieś, że koniec świata tu u nas, bo nawet Tbilisi ograbione jest z maku (w Gruzji handel makiem jest zabroniony). Czyli przemianujmy to wg gruzińskich realiów na: "a figa"!;))
Osobiście nie wyobrażam sobie świąt bez maku, grzybów i barszczu, dlatego uruchomiłyśmy kontakty, dzięki czemu (pisane już wcześniej) udało się zdobyć niedostępny w Gruzji mak i suszone grzybki, które przeleciały kilka tysięcy kilometrów z Polski. Karp okazał się zbyt dużym kulinarnym hardcore'm, więc sobie darowałyśmy. Przygotowania zaczęłyśmy już na kilka tygodni przed wydarzeniem, zaopatrując się w produkty, tracąc wszystkie oszczędności (czego się nie robi dla "żeby było miło"), niebezpiecznie zwiększając ilość godzin spędzonych w kuchni. Atmosfera nerwowości w powietrzu, uda się czy nie? Było parę odkryć i zachwytów. Żałuję, że dopiero przy tej okazji sama pokusiłam się o zrobienie własnej kandyzowanej skórki pomarańczowej (z braku laku oczywiście), ale teraz już przynajmniej będę wiedzieć, żeby nigdy nie sięgać po tę sklepową. Tylko domowa! Ruszyła również machina promocyjna - oczywiście, jak zawsze w Gruzji, najważniejszym jej ogniwem był Facebook.
Osobiście nie wyobrażam sobie świąt bez maku, grzybów i barszczu, dlatego uruchomiłyśmy kontakty, dzięki czemu (pisane już wcześniej) udało się zdobyć niedostępny w Gruzji mak i suszone grzybki, które przeleciały kilka tysięcy kilometrów z Polski. Karp okazał się zbyt dużym kulinarnym hardcore'm, więc sobie darowałyśmy. Przygotowania zaczęłyśmy już na kilka tygodni przed wydarzeniem, zaopatrując się w produkty, tracąc wszystkie oszczędności (czego się nie robi dla "żeby było miło"), niebezpiecznie zwiększając ilość godzin spędzonych w kuchni. Atmosfera nerwowości w powietrzu, uda się czy nie? Było parę odkryć i zachwytów. Żałuję, że dopiero przy tej okazji sama pokusiłam się o zrobienie własnej kandyzowanej skórki pomarańczowej (z braku laku oczywiście), ale teraz już przynajmniej będę wiedzieć, żeby nigdy nie sięgać po tę sklepową. Tylko domowa! Ruszyła również machina promocyjna - oczywiście, jak zawsze w Gruzji, najważniejszym jej ogniwem był Facebook.
Menu przedstawiało się następująco (niestety przygotowanie 12 potraw wigilijnych samodzielnie było ponad nasze siły, ale luka została później załatana gruzińskimi daniami):
1. Pierogi ruskie (co prawda nie jest to typowo wigilijne danie, ale musiały się pojawić; był spory problem z serem, zdobycie zwykłego, niesłonego twarogu jest niemal niemożliwe, na co się trochę powkurzałam, ale ostatecznie chyba wyszłyśmy obronną ręką, bo pierogi miały wzięcie)
2. Kutia (absolutny hit, mimo że Gruzini mają coś podobnego w świątecznym zestawie potraw, także na bazie pszenicy i miodu, tylko oczywiście BEZ maku, a to robi dużą różnicę.. Plus oczywiście skórka pomarańczowa, która dała gładkie wykończenie dania swym niepowtarzalnym, aromatycznym smakiem)
3. Barszcz czerwony (na własnoręcznie przygotowanym zakwasie)
4. Uszka z grzybami (według mnie całkiem dość rewelacyjne w smaku wyszły, zapewne zasługa suszonego wkładu z Polski, ale nieskromnie powiem, że jestem z siebie dumna :D)
5. Piernik staropolski na piwie (ciemnym, przepis poniżej)
Korzystałyśmy z przepisów z naszej "Wielkiej Księgi Mądrości Kulinarnej" pani Ewy Aszkiewicz
(Ewa Aszkiewicz, "Kuchnia Polska. 1001 przepisów", wydawnictwo Publicat)
Godzina zero. Pierwsza gwiazdka na niebie (a gwiazdy zdają się być w Tkibuli tak blisko jakby były na wyciągnięcie ręki).Wieczór wtulony w romantyczną grę cieni rzucanych przez lampki choinkowe i świece, obłędnie pachnący pomarańczami i goździkami, zainaugurowałyśmy prezentacją dotyczącą polskich tradycji wigilijnych opartą na zeszłorocznym sondażu społecznym przeprowadzonym wśród Polaków. Stwierdziłyśmy, że się nada, bo wszak Polaków przyzwyczajenia świąteczne rzadko się drastycznie deaktualizują. Całość prezentacji została przedstawiona przez nas..uwaga..po gruzińsku! Kosztowało nas to trochę pracy, nie ukrywam, ale jakże pieszczącej nasze ego! Trudność polegała też na tym, że w trakcie tzw. pokazu uzupełniałyśmy informacje dotyczące polskich zwyczajów bożonarodzeniowych na bieżąco - raz po rosyjsku, zazwyczaj dla starszych gości, a raz po angielsku dla naszej młodzieży z Youth Clubu, co powodowało lekką, przejściową schizofrenię, ale przynajmniej goście mieli niezłą zabawę ;)) No i na szczęście zrozumieli nasze gruzińskie tłumaczenie, czasem wspomagane spastykującymi gestami! Następnie przyszedł czas na demonstrację zwyczaju dzielenia się opłatkiem, co wzbudziło spore zainteresowanie, które dało swój wyraz w rundce opłatkowej wśród gości. I na koniec - degustacja potraw! A było czego próbować! Nic to, że jak już wróciliśmy do domu około północy, czułam się jak hipopotamica. Czego się nie robi dla...
Zaprawdę powiadam, że chyba nie spodziewałyśmy się aż tylu gości, stąd trudno było się nam wszystkim wygodnie pomieścić w naszej małej salce konferencyjnej TDDF. Nie mniej jednak, taka frekwencja cieszy i pozwala patrzeć z optymizmem na podobne akcje w przyszłości (z jedzeniem w tle ^^). Niespodziewanie pojawił się także były wolontariusz EVS w Tkibuli z Polski i znajomy z Chin, Liu. Gdy najmłodsi wyszli, nasi starsi uczniowie (prowadzimy dla nich zajęcia z angielskiego) wraz z szefową - Keti, ustawili suprowy stół i menu zostało wzbogacone o gruzińskie specjały:
6. Lobiani (placki z nadzieniem fasolowym)
7. Sałatka buraczano-ziemniaczana
8. Kotlety mielone z adżiką (ostry sos korzenny)
9. Gotowana marchewka z mielonymi orzechami i czosnkiem
10. Artystycznie wyuzdany tort w ramach podziękowań dla nas od uczniów ^^
11. Last but not least: DOMOWE WINO!
Dla najbardziej zasłużonych (dorosłych - warto nadmienić), którzy nam w czasie tych ostatnich kilku miesięcy najbardziej pomogli w realizacji projektów i w zwykłym przystosowywaniu się do nowej rzeczywistości, trafiły się nawet polskie prezenty pod choinką, chociażby taka Żubrówka ;)) Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się w takim gronie, aby po raz kolejny sprawdzić się w roli ambasadora polskiej kultury w Gruzji.
Niosąc wielkie, pachnące, świeże ciasto, które bardzo się nam w trakcie pieczenia rozrosło, przez nasze maleńkie Tkibuli, w słońcu, i w śniegu, spotykając znajomych po drodze, czułam się (a to rzadkie u mnie) częścią tej zapomnianej społeczności ukrytej gdzieś pod skałami Kaukazu, ciepło, radośnie, domowo i po prostu dobrze. A propos, chyba jeszcze o tym nie wspominałam, że nazwa mojej miejscowości oznacza po gruzińsku (starogruzińsku dokładniej rzecz ujmując) SERCE LASU (las - gruz. tkhe - ტყე, serce - gruz. guli) , czyż nie pięknie? Tym bardziej, że moje imię Sylwia ma łacińską etymologię i również oznacza "leśny" (silvius). A zatem - leśna, dzika, żyjąca w lesie..Przypadek? Nie żałuję, że tu jestem, i że nie wybrałam dużego miasta. Tu jest prawdziwa Gruzja! ;) Tu, w lesie! ;)) A do Tbilisi zawsze można skoczyć na weekend.
Wykończenie bożonarodzeniowego piernika made by...ODUL, nasza nowa, niezawodna Super Pieczka! Jest tak urocza, że muszę się nią pochwalić :D:
PRZEPIS NA STAROPOLSKI PIERNIK NA PIWIE (20 porcji):
Składniki:
Tak się piło. Polsko-gruzińsko-chiński kolektyw alkoholizujący:
Tak wygląda tradycyjna choinka gruzińska, czy jakkolwiek to nazwać (stroik bożonarodzeniowy?), nosząca piękną nazwę - cziczilak. W Gruzji ścinanie żywych drzewek jest zakazane pod karą grzywny (brawo za ekologiczną wrażliwość chociaż zapach prawdziwej choinki uwielbiam...). Mówi się, że robienie cziczilaków jest "męską sprawą" i nie wyrządza, tak jak wyrąb lasu, szkody środowisku naturalnemu. Przygotowywane są z uciętych gałązek leszczyny suszonych przy piecu (drzewo pozostaje zatem całe i zdrowe), następnie są traktowane specjalnym nożem, który tworzy z gałązek kręcone girlandy i ozdabiane owocami. Zwyczaj pochodzi z zachodniej części Gruzji, z regionów Megrelia i Guria.
A takie wystrzałowe prezenty można kupić w Kutaisi, pachnieć jak Facebook, kuszące.. - tak, Gruzja naprawdę ma fioła na punkcie social mediów ;))):
1. Pierogi ruskie (co prawda nie jest to typowo wigilijne danie, ale musiały się pojawić; był spory problem z serem, zdobycie zwykłego, niesłonego twarogu jest niemal niemożliwe, na co się trochę powkurzałam, ale ostatecznie chyba wyszłyśmy obronną ręką, bo pierogi miały wzięcie)
2. Kutia (absolutny hit, mimo że Gruzini mają coś podobnego w świątecznym zestawie potraw, także na bazie pszenicy i miodu, tylko oczywiście BEZ maku, a to robi dużą różnicę.. Plus oczywiście skórka pomarańczowa, która dała gładkie wykończenie dania swym niepowtarzalnym, aromatycznym smakiem)
3. Barszcz czerwony (na własnoręcznie przygotowanym zakwasie)
4. Uszka z grzybami (według mnie całkiem dość rewelacyjne w smaku wyszły, zapewne zasługa suszonego wkładu z Polski, ale nieskromnie powiem, że jestem z siebie dumna :D)
5. Piernik staropolski na piwie (ciemnym, przepis poniżej)
Korzystałyśmy z przepisów z naszej "Wielkiej Księgi Mądrości Kulinarnej" pani Ewy Aszkiewicz
(Ewa Aszkiewicz, "Kuchnia Polska. 1001 przepisów", wydawnictwo Publicat)
Godzina zero. Pierwsza gwiazdka na niebie (a gwiazdy zdają się być w Tkibuli tak blisko jakby były na wyciągnięcie ręki).Wieczór wtulony w romantyczną grę cieni rzucanych przez lampki choinkowe i świece, obłędnie pachnący pomarańczami i goździkami, zainaugurowałyśmy prezentacją dotyczącą polskich tradycji wigilijnych opartą na zeszłorocznym sondażu społecznym przeprowadzonym wśród Polaków. Stwierdziłyśmy, że się nada, bo wszak Polaków przyzwyczajenia świąteczne rzadko się drastycznie deaktualizują. Całość prezentacji została przedstawiona przez nas..uwaga..po gruzińsku! Kosztowało nas to trochę pracy, nie ukrywam, ale jakże pieszczącej nasze ego! Trudność polegała też na tym, że w trakcie tzw. pokazu uzupełniałyśmy informacje dotyczące polskich zwyczajów bożonarodzeniowych na bieżąco - raz po rosyjsku, zazwyczaj dla starszych gości, a raz po angielsku dla naszej młodzieży z Youth Clubu, co powodowało lekką, przejściową schizofrenię, ale przynajmniej goście mieli niezłą zabawę ;)) No i na szczęście zrozumieli nasze gruzińskie tłumaczenie, czasem wspomagane spastykującymi gestami! Następnie przyszedł czas na demonstrację zwyczaju dzielenia się opłatkiem, co wzbudziło spore zainteresowanie, które dało swój wyraz w rundce opłatkowej wśród gości. I na koniec - degustacja potraw! A było czego próbować! Nic to, że jak już wróciliśmy do domu około północy, czułam się jak hipopotamica. Czego się nie robi dla...
Zaprawdę powiadam, że chyba nie spodziewałyśmy się aż tylu gości, stąd trudno było się nam wszystkim wygodnie pomieścić w naszej małej salce konferencyjnej TDDF. Nie mniej jednak, taka frekwencja cieszy i pozwala patrzeć z optymizmem na podobne akcje w przyszłości (z jedzeniem w tle ^^). Niespodziewanie pojawił się także były wolontariusz EVS w Tkibuli z Polski i znajomy z Chin, Liu. Gdy najmłodsi wyszli, nasi starsi uczniowie (prowadzimy dla nich zajęcia z angielskiego) wraz z szefową - Keti, ustawili suprowy stół i menu zostało wzbogacone o gruzińskie specjały:
6. Lobiani (placki z nadzieniem fasolowym)
7. Sałatka buraczano-ziemniaczana
8. Kotlety mielone z adżiką (ostry sos korzenny)
9. Gotowana marchewka z mielonymi orzechami i czosnkiem
10. Artystycznie wyuzdany tort w ramach podziękowań dla nas od uczniów ^^
11. Last but not least: DOMOWE WINO!
Dla najbardziej zasłużonych (dorosłych - warto nadmienić), którzy nam w czasie tych ostatnich kilku miesięcy najbardziej pomogli w realizacji projektów i w zwykłym przystosowywaniu się do nowej rzeczywistości, trafiły się nawet polskie prezenty pod choinką, chociażby taka Żubrówka ;)) Mam nadzieję, że jeszcze nie raz spotkamy się w takim gronie, aby po raz kolejny sprawdzić się w roli ambasadora polskiej kultury w Gruzji.
Niosąc wielkie, pachnące, świeże ciasto, które bardzo się nam w trakcie pieczenia rozrosło, przez nasze maleńkie Tkibuli, w słońcu, i w śniegu, spotykając znajomych po drodze, czułam się (a to rzadkie u mnie) częścią tej zapomnianej społeczności ukrytej gdzieś pod skałami Kaukazu, ciepło, radośnie, domowo i po prostu dobrze. A propos, chyba jeszcze o tym nie wspominałam, że nazwa mojej miejscowości oznacza po gruzińsku (starogruzińsku dokładniej rzecz ujmując) SERCE LASU (las - gruz. tkhe - ტყე, serce - gruz. guli) , czyż nie pięknie? Tym bardziej, że moje imię Sylwia ma łacińską etymologię i również oznacza "leśny" (silvius). A zatem - leśna, dzika, żyjąca w lesie..Przypadek? Nie żałuję, że tu jestem, i że nie wybrałam dużego miasta. Tu jest prawdziwa Gruzja! ;) Tu, w lesie! ;)) A do Tbilisi zawsze można skoczyć na weekend.
Wykończenie bożonarodzeniowego piernika made by...ODUL, nasza nowa, niezawodna Super Pieczka! Jest tak urocza, że muszę się nią pochwalić :D:
PRZEPIS NA STAROPOLSKI PIERNIK NA PIWIE (20 porcji):
Składniki:
- 4 czubate szklanki mąki pszennej
- kopiasta łyżeczka sody oczyszczonej
- 1/2 kostki masła
- 2 kopiaste łyżki cukru pudru
- 6 jajek
- 0,5 l płynnego miodu
- szklanka porteru lub ciemnego piwa karmelowego
- łyżeczka mielonych goździków, mielonego cynamonu
- 1/2 łyżeczki imbiru
- duża szklanka posiekanych bakalii wg gustu
- tłuszcz do wysmarowania formy
- ciemna czekolada do rozpuszczenia
Przygotowanie:
Masło z cukrem pudrem ucieramy robotem na puch, dodajemy, cały czas ucierając, po jednym, żółtka, piwo, wymieszaną z 2 łyżkami letniej wody sodę, płynny miód i sypaną przez sito mąkę. Do dokładnie wyrobionego ciasta dodajemy przyprawy i bakalie oraz pianę ubitą z białek. Masę przekładamy do formy i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do temperatury 150 stopni Celsjusza. Pieczemy ok. godziny. Wyjmujemy na deskę, schładzamy. Po schłodzeniu, rozpuszczamy ciemną czekoladę, dodając trochę masła lub/i mleka. Polewamy wierzchnią warstwę i dekorujemy według własnej inwencji twórczej ^^.
Tak wygląda tradycyjna choinka gruzińska, czy jakkolwiek to nazwać (stroik bożonarodzeniowy?), nosząca piękną nazwę - cziczilak. W Gruzji ścinanie żywych drzewek jest zakazane pod karą grzywny (brawo za ekologiczną wrażliwość chociaż zapach prawdziwej choinki uwielbiam...). Mówi się, że robienie cziczilaków jest "męską sprawą" i nie wyrządza, tak jak wyrąb lasu, szkody środowisku naturalnemu. Przygotowywane są z uciętych gałązek leszczyny suszonych przy piecu (drzewo pozostaje zatem całe i zdrowe), następnie są traktowane specjalnym nożem, który tworzy z gałązek kręcone girlandy i ozdabiane owocami. Zwyczaj pochodzi z zachodniej części Gruzji, z regionów Megrelia i Guria.
A takie wystrzałowe prezenty można kupić w Kutaisi, pachnieć jak Facebook, kuszące.. - tak, Gruzja naprawdę ma fioła na punkcie social mediów ;))):








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz