Kiedyś, młodym dziewczęciem będąc, zapragnęłam zostać stewardesą. Lubiłam (i wciąż lubię!) atmosferę lekkiego pośpiechu, oczekiwania, zmiany i słynnego reisefieber, którą przesiąknięte były nawet supermini kompaktowe lotniska w szczerym niemal polu gdzieś pod tak zwaną metropolią ulokowane, obsługujące po kilka rejsów na krzyż dziennie. Najbardziej jednak kochałam molochy lotniskowe. Patrzeć przez wielkie okna i z nostalgią w oczach budować w wyobraźni romantyczne historie wleczone za sobą niemal jak ogon komety, przez upakowanych w startujący samolot pasażerów. Myślałam sobie (zupełnie sensownie zresztą), że i tak kiedyś umrę, więc czy to będzie tragiczna katastrofa lotnicza, zdarzająca się już w dzisiejszych czasach bardzo rzadko (mimo permanentnej bani wielu pilotów - fakty znane z pierwszej ręki) czy tragikomiczny, niefortunny poślizg na łazienkowej posadzce - nie ma znaczenia, bo i tak nikt nie ma na to wpływu. Ale czyż nie uroczo jest umrzeć "z klasą" (w pierwszej klasy liniach), w garsonce, w koku i nienagannym makijażu, z kocio podkręconym okiem i perłową szmineczką na prokliencko słodyczą pomazanych usteczkach? A że "trochę" ino przedwcześnie - ot, cena podniebnych harców. Później odkryłam kelnerski odcień tegoż zawodu, który nie był mi w smak i porzuciłam "brudne" myśli ;). A prawdę mówiąc to zwykła i banalna, wrodzona ślepota wyeliminowała moje ewentualne plany zostania panią podniebios ^^. Trochę żałuję, bo miałabym fajny sexy uniform na kolejne dress-upy z przyjaciółmi :D. O takie, jak z ostatniego sylwestra:
Po 2 tygodniach w Polsce znów stałam w kolejce na warszawskim lotnisku łapiąc ostatnie chwile ciepła i podziwiając zjawiskowo piękny zachód słońca. Warszawa jak zwykle nie zawodzi...Na szczęście Gruzja moja według miejscowych znajomych też została już ogołocona ze śmiertelnie wielkiego śniegu. Nic po nim nie zostało, null. MOŻNA BIEGAĆ!! Ostał się jednak ziąb mieszkaniowy, który tak sobie będzie umartwiał mi życie pewnie do maja - brak centralnego ogrzewania to zło (z drugiej strony przymusowa krioterapia być może dobrze mnie przez ten czas zakonserwuje). Na Okęciu spotkałam EVS-a z innej wsi, pannę Magdalenę i zapisanego już niegdyś w niniejszych księgach ks. Macieja z katolickiej parafii w Tbilisi. Podróż pochłonęły więc miłe rozmowy, dzięki czemu przeleciało mi się "na drugą stronę", na mój biegun polarny szybko i przyjemnie. Niestety gdzieś w tym wszystkim ktoś bezczelnie zjadł mi 3 godziny - patrz - transfer do innej strefy czasowej. Plusem przodownictwa Gruzji nad Polską w czasie jest to, że w momencie, gdy wy jeszcze sobie smacznie śpicie, ja zdążę pozałatwiać i poukładać sprawy przed waszym wejściem w tryb "praca" i spokojnie czekać, aż dołączycie do wesołej kompanii kawowych "narkomanów".
Lądowałam w Kutaisi, na świeżo postawionym lotnisku im. Dawida Budowniczego, oddanym do użytku w zeszłym roku, nad którego konstrukcją i architektonicznym rozplanowaniem czuwali Włosi i Hiszpanie (malizna toto, ale może się poszczycić 5 najwyższą na świecie wieżą kontroli ruchu lotniczego, także - nie podskoczysz). Jest to 3 największe lotnisko w Gruzji, po Tbilisi i Batumi obsługujące m.in Moskwę, Kijów, Warszawę, Mińsk i Katowice.
Te ukradzione trzy godziny zaowocowały tym, że ostatnia marszrutka do Tkibuli była odjechała, na co oczywiście byłam przygotowana. Psychicznie. Gorączka przedświąteczna (w prawosławnej Gruzji święta Bożego Narodzenia przypadają na 7-8 stycznia - czyli już jutro!) dołożyła cegiełkę do całej quasi-patowej sytuacji, gdyż nie mogłam liczyć na żadnego szofera tego dnia. A może też nie chciałam nadużywać uprzejmości..W końcu jestem dorosłą dziewczynką. Wybór zatem był - hostel lub przeczekanie do rana na 24-godzinnym lotnisku, którego przezorni planiści umieścili na terminalu duże i wygodne sofy dla zagubionych w czasoprzestrzeni podróżujących. Do samego odjazdu na lotnisko Chopina, wahałam się i debatowałam w głowie nad alternatywami, aż w końcu (jak się później okazało baaaardzo słusznie) nacisnęłam "wyślij anulację rezerwacji" i miejsce noclegowe w hostelu odwołałam.
Szczerze napisawszy, cieszyłam się na myśl o nocy spędzonej na strzeżonym lotnisku o minimalnym ruchu, zakopaniu się w barłożku i możliwości poobserwowania zastygłego życia gdzieś na odludziu, kilkadziesiąt kilometrów od centrum Kutaisi i jeszcze dalej od mojej wsi. Opcja wzięcia taxi, mimo nie tak znowu wielkiej odległości od "domu", odpadła w pierwszym rzędzie ze względu na koszty. Mode "przyczajony tygrys, ukryty smok" on! A propos (tak jakby) - często w moich opowieściach na żywo w Warszawie padało słowo "zwierzęcość" - odnośnie Gruzinów - chodzi generalnie o chutliwość wyrażającą się w sposobie patrzenia statystycznego Gruzina na kobietę - czasem można poczuć się jak słonina, czasem jak golonka, czasem jak chinkali. Na pewno coś z mięsem. Gruzin - łowca (który nigdy NIE jest wegetarianinem) nie jest wytworem mojej wyobraźni czy efektem przewrażliwienia dotyczącego wolności osobistej, feminizmu i tematyki genderowej. Upewniłam się w istnieniu tej różnicy między polskim a gruzińskim obywatelem zaraz po ponownym wylądowaniu na gruz-padole. W Warszawie jest mi anonimowo, dyskretnie i prywatnie, na tzw. ulicy nikt się na ciebie bezczelnie nie gapi (zazwyczaj), ale jednak wciąż jest to anonimowość "z ludzką twarzą", której np. brak w suchotniczym i small-talkowym Londynie. Tutaj tego (prywatności) ABSOLUTNIE nie uraczysz.
Szczerze napisawszy, cieszyłam się na myśl o nocy spędzonej na strzeżonym lotnisku o minimalnym ruchu, zakopaniu się w barłożku i możliwości poobserwowania zastygłego życia gdzieś na odludziu, kilkadziesiąt kilometrów od centrum Kutaisi i jeszcze dalej od mojej wsi. Opcja wzięcia taxi, mimo nie tak znowu wielkiej odległości od "domu", odpadła w pierwszym rzędzie ze względu na koszty. Mode "przyczajony tygrys, ukryty smok" on! A propos (tak jakby) - często w moich opowieściach na żywo w Warszawie padało słowo "zwierzęcość" - odnośnie Gruzinów - chodzi generalnie o chutliwość wyrażającą się w sposobie patrzenia statystycznego Gruzina na kobietę - czasem można poczuć się jak słonina, czasem jak golonka, czasem jak chinkali. Na pewno coś z mięsem. Gruzin - łowca (który nigdy NIE jest wegetarianinem) nie jest wytworem mojej wyobraźni czy efektem przewrażliwienia dotyczącego wolności osobistej, feminizmu i tematyki genderowej. Upewniłam się w istnieniu tej różnicy między polskim a gruzińskim obywatelem zaraz po ponownym wylądowaniu na gruz-padole. W Warszawie jest mi anonimowo, dyskretnie i prywatnie, na tzw. ulicy nikt się na ciebie bezczelnie nie gapi (zazwyczaj), ale jednak wciąż jest to anonimowość "z ludzką twarzą", której np. brak w suchotniczym i small-talkowym Londynie. Tutaj tego (prywatności) ABSOLUTNIE nie uraczysz.
Mimo realiów obyczajowych, nie bałam się zostać całą noc na przetrzebionym ludnościowo lotnisku (może dlatego, że to kolejne ciekawe doświadczenie, których natchnioną zbieraczką jestem), także dlatego że...
Razem ze mną postanowiła w końcu przeżulerować noc Madzia, odbywająca swoje święte posłannictwo na zadupiu zwanym Dvabzu w pobliżu Ozurgeti. Odległość do naszych wsi podobna, ale kompletnie przeciwne kierunki. Rozpościeliłyśmy się zatem z bagażami na miękkich materacach, zaraz za plecami security service team-panów, którzy zrobili sobie filmową noc z ruskimi serialami (a myślałam, że to działka kobiet tylko). Wi-fi okazało się nader szybkie, dzięki czemu udało się nawet zaskypować i sprawdzić pocztę. Wyciągnęłam laptopa i wybrałam jakąś głupią, łatwo strawialną komedię romantyczną do obejrzenia. Ewentualne turlanie się senne w barłogu odłożyłam na później. Lot z Warszawy okazał się ostatnim obsługiwanym rejsem tego dnia, a zatem ok. 22.30, kiedy zniknęli wszyscy namolni taksówkarze, zrobiło się miło, "domowo" i nastrojowo sennie, mimo wiszących jarzeniówek. Na wielkiej plazmie leniwie przeskakiwały tętniące życiem, wygłuszone na nocnej warcie produkty gruzińskiego PR-u narodowego. Na szczęście na lotnisku i legowisku było w miarę ciepło, choć aura na zewnątrz jakby bardziej mroźna niż w Warszawie ledwo co porzuconej.
Rozpoczęłyśmy z Madzią nasz mini-seans amerykańskiego blockbustera (za plecami panów całkowicie pochłoniętych ruskimi telenowelami). Miałyśmy mnóstwo czasu. Co rusz przechodzili koło nas a to policjanci z napakowanymi ramionami, nie zgadniesz prawdziwe toto czy poduszki jak pod atłasem Crystal z Dynastii, a to panowie z ochrony, uśmiechając się do nas tym razem serdecznie a nie chutliwie. Mundur czasem uczłowiecza, widać...Oczywiście dwie dziewczyny z laptopem rozłożone zupełnie bezwstydnie na kanapach wzbudzały zainteresowanie. Nie zdążyłyśmy nawet dotrzeć do 20 minuty filmu, gdy zagadał do nas miły pan mundurowy, ten sam, który sprawdzał mój paszport (to niesamowicie przyjemne być witaną na lotnisku szerokim uśmiechem i bezpodtekstowymni chochlikami w oczach przez przystojnego na miarę Georga Clooneya, oprószonego siwizną pana). "Co się stało?" - zapytał z nutą rozbawienia w głosie, mając na myśli nasze nocne koczownictwo na lotnisku. Z równie szerokim uśmiechem odpowiedziałyśmy "a taka tam długa historia". I zaczęło się. Kakha zaprosił nas do jedynego (na razie, lotnisko jest w fazie rozbudowywania) baru lotniskowego na gorącą herbatę, która, przyznam, była w owym momencie jak zbawienie.
Po minucie zebrała się wokół całkiem spora męska ekipa, dla której, zdaje się, stanowiłyśmy zabawną rozrywkę czy też urozmaicenie na nocnej warcie. Wszyscy bardzo uprzejmi i zainteresowani naszym posłannictwem na gruzińskiej głuszy. Rozbraja mnie fakt, że nawet sami Gruzini łapią się za głowę słysząc nazwę mojego miasteczka - "jak długo tam będziesz jeszcze? 10 miesięcy? toż to można zwariować na takim zadupiu!" :D. Dostałyśmy bardzo fachową, mundurową opiekę i otwarty bar "czujcie się jak w domu, bierzcie co chcecie" ;)). W ekipie znalazł się były piłkarz jakiegoś klubu w Baku, absolwent anglistyki ze śmiesznym akcentem i aparycją Jasia Fasoli i repatriant z Barcelony. Ciekawe ludzkie historie, jak zawsze. Wielka gościnność - jak zawsze i ta nieprzejednana chęć utrzymywania kontaktu "after" - zdobyłam zatem "osobistych policjantów" w Kutaisi, do których mam uderzać jak w ogień, gdyby coś się działo (nadmienię tylko, że jeden z nich to wspomniany George Clooney czyli, że może kiedyś zagram rolę zagubionej dziewczynki ^^). Jaś Fasola złapał z kolei za mój porzucony gdzieś na materacu laptop i bez pytania nawet, wysłał sobie zaproszenie na Facebooku, mianując siebie moim przewodnikiem po Kutaisi. JAK Z TYM WALCZYĆ? Moja asertywność w tych jakże częstych w Gruzji przypadkach po prostu kapituluje.
Kilka godzin przegadane, kilka można-powiedzieć-przespane, jeden nie-dooglądnięty film, darmowa podwózka na dworzec marszrutkowy i kolejna propozycja udania się na kawę do nowego kolegi, którą już zgrabnie odrzuciłam, bo padałam ze zmęczenia (prócz oczywiście tego, że Gruzin, i że znałam go zaledwie parę godzin). Giorgij usadził mnie wygodnie w busie, sprawdził czy wszystko gra, jakie mam towarzystwo wokół, zapłacił (!!) i pomachał. Uff. Dużo tego. Wniosek z tego taki, że supra (chociaż ino przy herbacie i mandarynkach) może cię złapać nawet na lotnisku. Nigdzie nie jesteś tu "bezpieczny". Wypatrzą cię i zaopiekują najlepiej jak potrafią, nawet jeśli ci to nie po drodze. Dużym plusem "barłogowej" przygody, oprócz samej przygody, jest misternie acz przypadkowo utkana siateczka kontaktów na lotnisku im. Dawida Budowniczego w Kutaisi, skąd odlatują Wizzairy do Warszawy i Katowic. BĘDZIE MOŻNA PRZEWOZIĆ WIĘCEJ WINA, obserwujcie promocje i przybywajcie!! ;)))
Lubię takie powitania. Lubię, że tak zaczął mi się nowy rok, To dobra wróżba, chociaż przekleństwa padać jeszcze będą, bez żadnej wątpliwości. W końcu Gruzja ze mną, ja w Gruzji, Georgia on my mind and in my life jeszcze 9 miesięcy z kawałkiem. Trochę sobie Gruzję odczarowałam, trochę ponarzekałam, podchodzę do niej bardziej stoicko, zachwyty jeśli są (no są są, jeszcze są) przybrały bardziej delikatny, mniej hurraoptymistyczny charakter. Dojrzewam do Gruzji ;) A "hotel" na lotnisku w Kutaisi polecam. Nie znajdziecie lepszego :D






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz