logo

logo
współpracuję z:

czwartek, 23 stycznia 2014

Chillout w górach

Według starego kalendarza, Nowy Rok w Gruzji przypada na noc z 13 na 14 stycznia. Jeśli jednak w ogóle ten "dubel" jest zwyczajowo przestrzegany (kilkanaście dni po międzynarodowym świętowaniu wejścia w nowy rok), to tylko i wyłącznie we wioskach. Tbilisi - nie wiem, pewnie tylko symbolicznie, tym bardziej, że 14 stycznia jest normalnym dniem roboczym (i jakkolwiek mało wiarygodnie to brzmi odnośnie tego narodu - przepraszam za słowo - opierdalaczy). Sylwester w Gruzji jest najczęściej świętowany w gronie rodzinnym, bez szaleństw na parkiecie. Tak czy siak, Gruzini mają prawie 3 tygodnie laby (od 25 grudnia do 13 stycznia). Pod tym względem zawsze potrafili się nieźle ustawić. Młodzież z Tkibuli wyjechała (albo może prędzej zakopała się na Facebooku), święta, celebracje, prokrastynacje, peregrynacje. Dla naszych nauczycielskich powinności również zawór zakręcony. I tak oto magicznym sposobem znów znalazło się miejsce na liźnięcie nieco przestrzeni, tudzież przygody. Obrany kierunek - Racha.


W końcu udało się nam w trójkę zebrać w sobie (nasza dwójka wzbogacona o męskiego przedstawiciela gatunku polskiego, Tomka, co akurat miało, abstrahując od samej słodyczy towarzystwa ^^, przede wszystkim przyziemne znaczenie instrumentalne - większe bezpieczeństwo autostopowania, którym ponownie postanowiłyśmy się posłużyć) i mimo inwazji zimy przemierzyć góry, lasy, zaspy, przełęcze i odwiedzić naszego przyjaciela Nikę, w Oni, w hostelu "Gallery", który to przemiły przybytek prowadzi wraz z rodzicami. Ku naszemu przerażeniu zima tego dnia znowu postanowiła zaatakować. Deszcz przeplatający się z gruboziarnistym śniegiem padającym niemal poziomo, mgliście, powoli zaczynało się ściemniać i my - troje chojraków na drodze, próbujących złapać stopa do miejscowości położonej kilkaset metrów wyżej, za przełęczą, co oznaczało konieczność pokonania paru mrożących krew w żyłach serpentyn.

Logicznie rozumując nikt normalny nie pojedzie. I rzeczywiście, mimo że przeciętny Gruzin uważa siebie za lepsze, acz nieodkryte dla świata wcielenie Schumachera, ruch był prawie zerowy. Staliśmy tak trochę, zmarznięci, coraz bardziej wkurzeni, coraz bardziej zrezygnowani, cóż począć, może po prostu nie dane nam będzie spędzić gruzińskiego sylwestra w górskiej chatce (acz podmurowanej nieco), by podziwiać takie chociażby widoki (spoiler :D):




Sprawa uległa naturalnemu rozwiązaniu, gdy po kilkuminutowym skradaniu, podszedł do nas pan policjant z pobliskiej budki wartowniczej i dosłownie zdążył jedynie otworzyć usta z zamiarem wyduszenia paru słów zapewne powitania (chociaż kto go tam wie - może ostrzeżenia: "tu nie można łapać stopa dzieciaki! akrdzalulia szemchvedri manqanebit mogzauroba!"), gdy zatrzymało się dwóch Gruzinów w nieśmiertelnej Nivie. Policjant tylko wzruszył ramionami ze smutkiem. Farewell my Polish almost-friends! Tak działa mimowolny czasem wręcz autorytet władzy! :D Panowie zdecydowali się nas, póki co, zabrać do Ambrolauri, leżącej w połowie drogi do Oni. A już jak się potem dostaniemy do celu naszej wycieczki, skoro to jeszcze dobrych kilkadziesiąt kilometrów, a ciemno już i pogoda fatalna - wzorem równie nieśmiertelnej jak Łada ikony - Scarlett O'Hary - będziemy myśleć o tym dopiero w Ambrolauri.

Oczywiście nie obyło się bez przygód. Zadowoleni, upakowani, pod skrzydłami ciepłej, białej Nivy, zostaliśmy od razu z marszu poczęstowani lobiani, chaczapuri i kurczakiem :D (z radością powitanym przez Tomka). Potem pan pasażer wyciągnął zza pazuchy chachę, proponując toasty i nijak nie przyjmując słów odmowy. Supra w Nivie. No aż powoli staje się nudne! ;) Na zewnątrz sypało, biało dookoła, góry coraz bardziej strome. Zapadała noc. I wtedy bum! W Nikorcmindzie coś zatarasowało drogę. Jak się okazało, przymusowy postój, spowodowany został przez wypadek z udziałem sporych gabarytów ciężarówki. Zatem jakieś 1,5 h przyszło nam spędzić w ciemnicy, gdzieś na zakręcie górskiej drogi w szalejącej zamieci, przy minusowej temperaturze wokół i nieco większej w samochodzie, wśród nowych przyjaciół dogrzewających nas wódką, czekoladą i uspokajającymi słowami "wszystko będzie dobrze, riebiata, dowieziemy was całymi i zdrowymi". Zabawa się rozkręcała.




Jednak, jako że Gruzini do najcierpliwszych nacji nie należą (niby nigdzie nigdy się nie śpieszą, czas to wytwór ponowoczesnej ideologii narzucanej przez korporacje, ale gdy ktoś/coś każe im siedzieć w jednym miejscu nieco dłużej, to zaczyna ich potwornie nosić - z opłakanym skutkiem), nasi przewodnicy w gruzińskiej zimie, postanowili spróbować się przedrzeć przez inną drogę. Droga, jak można było przypuszczać okazała się totalnie nieprzejezdna, ale zanim sobie to panowie uświadomili, zdążyliśmy się zakopać na amen, i trzeba było użyć kilkoro chłopa, w tym naszego Tomka oraz grubej liny, aby Nivę naszą wykaraskać ze śnieżnych zasp. Po czym panowie ze spuszczoną głową wrócili do swojej kolejki, czekając na uprzątnięcie jedynej, możliwie przejezdnej drogi do Ambrolauri. Mimo to jakoś humory wszystkim dopisywały, może dzięki sporej dawce nieoczekiwanego dotlenienia w mrozie (i oczywiście wódki). Stopy wpakowaliśmy w śpiwory, "Wyginam śmiało ciało" poleciało żwawo z ipoda, żarło, czekolada, pełne jeszcze koniaku piersiówki w pogotowiu, wypisz wymaluj wymarzone powitanie nowego roku! (albo pożegnanie starego - najlepsza metafora wszystkiego, z czym miałam do czynienia w ostatnich miesiącach ;))

Do Oni dotarliśmy jakoś po 22.00, podziwiając małe, górskie miasteczko w olśniewająco śnieżnej szacie, skąpane w blasku choinkowych lampek. Uroczy wybawcy, którzy nie szczędzili nam przygód (vide: próba dokonania karkołomnej trawestacji przez metrowy śnieg) zostali zaproszeni przez wspaniałych rodziców Niki, naszych gospodarzy na wspólną ucztę. Supra w Ładzie Nivie znalazła swoje naturalne przedłużenie w wypielęgnowanej chatce, z masą bibelotów, antyków, rycin i obrazów (mama Niki, studenta prawa na uniwersytecie w Tbilisi i mojego partnera w planowanym biznesie, jest malarką, dyrektorką lokalnej szkoły plastycznej, a tato samodzielnie projektuje i wykonuje meble), gablotek z ususzonymi okazami owadów (płazów?) oraz oczywiście z genialnym, domowym jedzeniem, które po naszym ciała zmarznięciu (i ostatecznym odtajaniu) smakowało przewybornie.






Czarująca gospodyni, oprócz nadnaturalnych zdolności kucharskich, sprawiała wrażenie wyjętej jakby prosto z bajki wróżki, co to wierzy w tajemne, mistyczne siły przyrody, pływów i odpływów, w moce kamieni i kryształów, potrafi bez trudu przygotować lecznicze mikstury z roślin znalezionych w pobliskim lesie, a także złapać ważkę i ją ususzyć (udokumentowane na zdjęciu powyżej, to NIE są obrazki, to są ususzone robactwa). Obiecała nam, że jak przyjedziemy do Oni na dłużej, co prawdopodobnie stanie się dopiero latem, nauczy nas "szydełkowania po gruzińsku", wskazując na ciekawe sploty tkanin rozpościelonych na fantazyjnie wyrzeźbionych krzesłach, na których siedzieliśmy (i wykonanych własnoręcznie przez szanownego małżonka). Sympatyczny, białobrody gospodarz z kolei w sezonie powadzi swych gości w góry, w te wszystkie nieskażone obecnością tłumów miejsca z wodospadami, jaskiniami i źródełkami krystalicznie czystej, górskiej wody. A tych w Rachy nie brak. Przy tym turystów ciągle mało (kierują się prędzej bezpośrednio do sąsiedniej, wysokoalpejskiej w charakterze, Svanetii) i wciąż jeszcze można cieszyć się dzikimi klimatami, bez nadmiaru turystów na horyzoncie i szlakach. Dla koniarzy - świetna alternatywa dla reklamowanej w kontekście turystyki konnej Tuszetii, położonej na wschodzie Gruzji, na drugim końcu kraju.

Gorący adżapsandał w zimie przy kominku, wśród serdecznych ludzi, wśród szumu rozmów i śmiechu - czegoż chcieć więcej od życia? Zapatrzeni w ogień siedzieliśmy przy cieple kominka do rana z przerwą na podziwianie majaczących na niebie fajerwerków tuz po wybiciu północy...

Słodkością, którą przygotowuje się tradycyjnie na Nowy Rok są gozinaki, przypominające nasze sezamki. Masę z orzechów i miodu wylewa się na blachę, odstawia do zastygnięcia a następnie kroi w prostokąty. Kaloryczne jak diabli, ale jak wszystko co kaloryczne - przepyszne!!


Nazajutrz, Nika wziął nas na wycieczkę po okolicy. Śnieg był miejscami po kolana, w związku z czym nie mogłyśmy się oprzeć z Olą rzuceniu się w ten biały, czysty jak łza puch i wykonaniu "rytualnych" orłów, czemu z pobłażliwością przyglądali się Nika z Tomkiem. Tu byliśmy, Polska w Gruzji!!!! Towarzyszył nam Bambo, figlarski owczarek niemiecki, który kocha zimę tak jak każdy szanujący się pies na świecie ;) Nika pokazał nam także letnie kwatery dla gości. Ktoś dobrze czujący się w klimatach etnograficznych, sielskich, rustykalnych, agroturystycznych (to się właśnie nazywa samowystarczalność) i minimalistycznych z łatwością wpada tam w zachwyt. Istny raj. Proste łóżka, prosta kuchenka, weranda z szerokim widokiem na góry, śniadanie na takim ganku to musi być coś! Rozmarzyłam się...Wokół las, cisza, spokój (czasem w nocy słychać wycie wilków). Za rogiem w ogrodzie winny bluszcz, własna winiarnia i destylarnia gruzińskiej chachy, przydomowa wędzarnia, domowe jajka od domowych kurek. Jedno z tych miejsc, w których o każdej porze roku można (ba! trzeba!), będąc w pełni usprawiedliwionym, mimo narażania się na odsiadkę w czeluściach piekła, krzyknąć: chwilo trwaj, chwilo jesteś piękna!



My robiące orły w śniegu: ;)))








Polecam z całą uczciwością odwiedzenie strony "Gallery Hostel" na FB - może właśnie tego szukacie, chociaż jeszcze o tym nie wiecie? ;) Ja wiem, że szukacie!

https://www.facebook.com/oni.hotelgallery?fref=ts

Jeszcze tylko obowiązkowy wpis po gruzińsku i polsku w księdze gości, ekwilibrystyczne próby nauki tańca na rurze (sic!), ostatnia lampka wina i w drogę powrotną!:















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz