logo

logo
współpracuję z:

niedziela, 19 stycznia 2014

Adżapsandałowy eintopf

Od czasu pojawienia się w Gruzji, mój gust kulinarny zaanektował, chyba już na wieki wieków amen, warzywo, które ponoć warzywem nie jest lecz owocem, a tym tajemniczym (i zdrowym!) składnikiem diety o hermafrodytycznym charakterze w świecie roślin jadalnych jest niejaki bakłażan (jego właściwa nazwa botaniczna to psianka podłużna, za co kocham go chyba jeszcze bardziej, psiankę moją ;). Pogoda u nas ostatnio pod psem (ale psianka niszczy w mig zły humor powodowany przez "pogodę pod psem"!), mimo że czasem nieśmiało wyjrzy słońce. Śnieg i breja na chodnikach, stadion miejski zamknięty na cztery spusty, nie ma jak prowadzić pełnowartościowych treningów biegowych, nuda. Trzeba coś ugotować! I to coś z podwójną siłą - rozgrzewającego i ciało i duszę! ;)

A zatem, po sobotniej wizycie u naszej uwielbianej nauczycielki gruzińskiego, Manany i raczeniu się kompotem gruszkowym, wracając do domu obładowane sprezentowanymi przez nią przetworami z magicznej, wielkiej spiżarni, postanowiłyśmy na wieczorną posiadówę w towarzystwie wina i gruzińsko-amerykańskich znajomych, przygotować tzw. adżapsandali, aromatyczną, gorącą wariację na temat psianki właśnie, którego podstawą są duszone w odpowiedniej kolejności warzywa. Potrawa stricte wegeteriańska, by nie powiedzieć wegańska, ale oczywiście pożeracze mięsa mogą dodać jakieś bardziej krwiste elementy do tegoż eintopfu według własnych zapotrzebowań i preferencji (gdyby ktoś nie wiedział: http://pl.wikipedia.org/wiki/Eintopf.). Tym razem, w odróżnieniu od bakłażanów z pastą orzechowo-granatową, żadne, specjalne mieszanki przypraw, których nie znajdziemy w Polsce, nie są niezbędne. Wystarczy sól, pieprz i bazylia.


Warte odnotowania dla domorosłych don juanów: bakłażany zaliczane są do zacnego grona afrodyzjaków, a zatem można próbować nimi czarować atmosferę poprzez chemiczne zawirowania kulinarne w żołądku upolowanej ofiary. Zresztą, abstrahując od smaku i szerokiego spectrum możliwości przeistaczania się w kuchni,  dla mnie stanowią także obiekt estetycznego zachwytu - zarówno ich kolor, kształt, gładkość skórki przywodzą same miłe skojarzenia ;) Bez skojarzeń proszę ^^. Gruzini przyrządzają bakłażany na wszelkie możliwe sposoby. Są w tym naprawdę biegli. Ponoć w pewnych częściach świata obchodzi się nawet święto bakłażana, które przypada na 10 marca (dzień po moich urodzinach, yeah!) i polega na grupowym, rytualnym objadaniu się tą piękną rośliną, w różnych jej czarownych obliczach. Gruzja, tak nieodłącznie związana z bakłażanem, powinna pomyśleć o wzbogaceniu swojego kalendarza o nowe, "pogańskie" święto. 

Sekretem udanego adżapsandału jest dodawanie kolejnych porcji kolorowych, że aż kręci się w głowie, składników, w odpowiednim porządku chronologicznym oraz pilnowanie małego ognia - warzywa dusimy, a nie przysmażamy. Można przeczytać także opinie, iż potrawę należy gotować w rondlu/garnku o grubym dnie (zapewne chodzi po prostu o zapobieganie przypalaniu - rada dla ewentualnego ciamajdy kuchennego), ale my robiłyśmy to w zwykłym, największym garnku jaki aktualnie jest u nas na stanie (mając na względzie chęć dokarmienia większej ilości osób), którego dno i ścianki są dość cienkie. I wyszło wspaniale! Innowacją w naszym przypadku było wrzucenie cukini. Zrezygnowałyśmy też z użycia świeżych pomidorów, które są już o tej porze wyłącznie tymi sprowadzanymi, czyli tak samo plastikowe jak w Polsce (niech no tylko znowu przyjdzie wiosna, a nie będę mogła oderwać się od lad na bazarku!). Instrukcje kulinarne oraz zaprawę pomidorową z dużą ilością siekanego kindzi (natki kolendry) dostałyśmy od Manany. Być może w tym tkwił nasz sukces ;)


Idealnym towarzystwem dla adżapsandału jest gruziński chleb szotis puri lub ormiański lawasz, a w warunkach polskich - chleb pita.

Szotis puri o smaku podpłomyków i arcy-ciekawy proces jego wypalania w specjalnych piecach (jedna z takich wypalarni znajduje się w sklepie tuż obok mnie, więc zawsze mogę liczyć na świeże szotis puri z rana):




Przepis na gruzińskie adżapsandali. 
SKŁADNIKI:
  • 3-4 średniej wielkości bakłażany
  • 3 cukinie
  • 4 duże ziemniaki
  • 5 sparzonych, obranych ze skórki soczystych pomidorów lub krojone pomidory z puszki w sosie własnym (2 opakowania)
  • 1-2 cebule
  • 3-4 ząbki czosnku
  • 3 czerwone papryki 
  • 3-4 gałązki: natki pietruszki, kolendry, koperku
  • sól, pieprz, bazylia
  • olej i oliwa z oliwek 
PRZYGOTOWANIE:
Bakłażany pokroić w kostkę, posolić odstawić na 20 minut. Ziemniaki obrać, ugotować, nie rozgotować, pozostawiając pewien margines twardości, pokroić na większe kawałki. Skroić cukinię w kostkę, paprykę w podłużne wstążki, posiekać cebulę - ale nie za drobno oraz czosnek. Sparzyć, obrać ze skórki i pokroić świeże pomidory, ale tylko wtedy, jeśli jesteśmy pewni, że są rzeczywiście dobre, z sokiem, i nie zepsują swoją sztucznością ostatecznego smaku ultra-zdrowego dania. W przeciwnym razie - przygotować pomidory z puszki, razem z całym inwentarzem sosu, w którym pływają. Popieprzyć składniki "po oddzielności". Do garnka wlać kilka dużych łyżek oleju, podlać odrobiną oliwy. Ustawić MAŁY ogień. Wrzucić odsączone z wody bakłażany. Przykryć je pierzynką z cebuli. Następnie dodać pomidory (ciaparygę pomidorową), ugotowane na pół-miękko ziemniaki (nadal uważać, aby ich nie rozgotować!!), paprykę, cukinię i czosnek. Doprawić. Dusić jakieś 15 minut. na MAŁYM ogniu. Pod sam koniec duszenia wsypać posiekaną zieleninę - pietruszkę, koperek, kolendrę oraz przyprawy. Gotować jeszcze przez 5 minut. Wymieszać solidnie drewnianą łyżką i odstawić do lekkiego ostygnięcia.

Adżapsandali przyswajamy gorące, parujące, ze świeżym chlebem, w znakomitym towarzystwie (my spożywałyśmy nasz posiłek późnym wieczorem, słuchając ciekawostek o Tkibuli od naszego przyjaciela, Valerego i dowiadując się o dwu, pół-dzikich, głębokich i niestrawestowanych jaskiniach w okolicy, co wzbudziło wielkie pożądanie i ten niebezpieczny błysk w oku, który już dobrze znam, mojej kompanki, nieustraszonej poszukiwaczki przygód, Oli i jednocześnie mój lęk o nią - bo wiem, że kiedyś tam się z pewnością wybierze (od chwili obejrzenia "Zejścia", boję się "nieucywilizowanych" jaskiń i tego, co tam może żyć). Specjalne pozdrowienia dla uroczej Mamy Oli! ;)

Przy spożywaniu tego wielce pysznego, sycącego dania zaleca się uzbroić w dobry humor, sukcesywnie doprawiając go śmiechem. Skraplanie winem również zalecane ^^ I pozostawienie solidnej porcji na "day after effect" w razie przedawkowania wyżej wspomnianego "skraplania" - bardzo dobre na kaca! :D შეგარგოს! (gruz. szegargos --> smacznego!) 





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz