Nostalgia mnie naszła nagła, trochę uwierająca, trochę nawet głaszcząca serce, połączona z instynktem macierzyńskim. Albo bardziej może refleksja czy zaduma...Ponownie byłam wczoraj na występach w naszym tkibulskim teatrze (przepiękna scena z widownią, jakiej nie powstydziłby się żaden europejski teatr łącznie z wiedeńskim, przykryta kopulastym sufitem ozdobionym malowidłami przedstawiającymi historię Gruzji - prawdziwe cudeńko). Koncerty owe zawsze zogniskowane są wokół trzech nadrzędnych dźwigni, by nie powiedzieć - katapult gruzińskiego patriotyzmu - tańca ludowego, śpiewu polifonicznego oraz nieco "wzdętych" i egzaltowanych deklamacji wierszy o ojczyźnie. Zatem oczekując wczoraj niecierpliwe - jak zwykle - opóźniających się o dobre pół godziny występów na scenie głównej teatru, zwłaszcza zaś ich części tanecznej (staramy się obecnie o zdobycie środków na kapitalny remont sali treningowej dla działającej w ramach teatru grupy tanecznej "Okriba"), będąc otoczona pięknymi dziećmi o nieznośnie długich rzęsach nad szeroko otwartymi oczyma (to już wątek instynktu macierzyńskiego), myślałam sobie, że lubię te chwile, te celebracje gruzińskiej kultury pojawiające się zazwyczaj zupełnie z zaskoczenia, często gdzieś w środku tygodnia - dzwoni mój szef Zaza (którego uwielbiam): "jest dzisiaj koncert w teatrze, chcesz iść?", "pytanie!! jasne!". Taka sytuacja. Ciastka sobie nie odmówisz.
Front teatru w Tkibuli:
Jednak to okazjonalne zadumanie nad pięknem, precyzją i dynamizmem tańców narodowych w Gruzji pociągnęło kilka grubszych sznureczków w moich myślach - zaczęłam się zastanawiać nad tym, że w sumie to im, Gruzinom, zazdroszczę tego szacunku, niemal deifikacji własnej kultury, historii, jej toposów, przywiązania do niej i absolutnej, chwytającej za serce i po prostu - wzruszającej - admiracji. W Polsce tego niestety nie widzę. Nie czuję. Pomijając fakt regularnego pielgrzymowania mojej siostry do Muzeum Powstania Warszawskiego przy okazji odwiedzin przyjaciół z zagranicy ;). Dzieciaczki oczekując na występy nie mogły usiedzieć w miejscu z niecierpliwości, a gdy koncert się rozpoczął z entuzjazmem reagowały na każdy żywszy podmuch wiatru na scenie. Nie wiedziałam czy patrzeć na scenę czy wokół siebie. Magnetyzm. Poczucie jedności w zachwycie nad rozgrywającym się właśnie widowiskiem. Coś niesamowitego. A może byłam tylko w takim nastroju...
Czy wystarczająco kochamy swój kraj? Uczmy się od Gruzinów. Może i umiłowanie własnego folkloru, w którym mają szanse ewoluować naturalne, artystyczne predyspozycje danego narodu, nie powinno być wytyczną na podstawie której mierzymy poziom patriotyzmu "we krwi". Jednak dla tak małych narodów jak Gruzja, o szczególnie newralgicznej lokalizacji geopolitycznej, znaczenie patriotyzmu jest tym bardziej rzeczą priorytetową, ogólnie dopieszczaną, i podkreślaną. Gdyby nie ta niezłomna miłość do ojczyzny, Gruzini byliby kolejnymi bezpaństwowcami, porozrzucanymi po całym świecie. Gdyby nie było winorośli, nie byłoby Gruzji ;)

.jpg)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz