Nasz niezastąpiony driver Zviad, vel Zenek, który z gracją kierowcy rajdowego trawestował półdzikie tereny na granicy z Azerbejdżanem (przedtem objeżdżając więzienia o podwyższonym rygorze), wysadził nas w miejscowości Sagarejo (punkt przerzutowy z Garedży na wschód kraju), skąd dalej postanowiłyśmy się zabawić w autostopowanie w kierunku Kachetii. Chociaż raz złamać rutynę (acz ciekawą) poruszania się publicznym transportem! Mimo że na szosie zagajały nas żołnierskie ponoć (w cywilu) Czeczeny, wybór padł ostatecznie na samotnie podróżującego zioma, przedstawiającego się tajemniczo wybitnie gruzińskim imieniem Johnny ;) Johnny niestety nie mówił w żadnym obcym języku, zatem przyszedł czas mojej intensywnej praktyki w kaleczeniu gruzińskiego i skromnego acz na pełnym uśmiechu przytakiwania siostry mej, która bardzo mocno nad zatamowaną własną możliwością komunikowania ubolewała. Bo Johnny fajny chłopak był (i mało pił), religijny, spokojny, bez żony, na co dzień "robił" w mleczarstwie, a jechał do Lagodechi, słowem - dobra partia. Gdy pytają cię w Gruzji, czy podoba ci się ich kraj, musisz rozpływać się w zachwytach, inaczej to dla kaukazczyka potwarz, sztylet w serce - tak też i zadziałało tym razem. Po drodze Johnny zatrzymał się kupując nam na przydrożnym straganie dużą "wiązankę" czurczcheli (gruzińskie słodycze), zresztą jak na dobrego gospodarza i ambasadora piękna swojej ojczyzny przystało, zatrzymywał się przy każdym punkcie widokowym, aż ostatecznie musiałam schować aparat - żeby chłopaka nie kusiło te parkingi stawiać co kilkanaście metrów (mówił, że się nie śpieszy). Zahaczyliśmy też o Bodbe, gdzie w okazałej katedrze pochowana jest największa gruzińska święta, odpowiedzialna za chrystianizację Gruzji - św.Nino z Kapadocji.
O Signagi pisałam już kiedyś a propos treningów dla wolontariuszy EVS, dlatego teraz jedynie relacja foto. Spacerując po mieście, kręconymi, wąskimi uliczkami, z widokiem na ośnieżone szczyty Kaukazu, wstąpiłyśmy do pamiętnego hotelu, w którym kilka miesięcy temu odbywały się wspomniane wyżej szkolenia - tam piłam najlepsze wino w życiu (a przy tym mocno uderzające do głowy, oj mocno). Pani "kuchenna" mnie bez problemu poznała, usadziła nas w części restauracyjnej i zniknęła prędko na zapleczu. Po chwili na stole pojawiły się dwa kieliszki wypełnione bordowym, kachetyjskim winem Saperavi - swój niebiański, słodki smak zawdzięcza ono wyselekcjonowanemu szczepowi winorośli, spotykanemu jedynie w Dolinie Alazanii. Wieczorną kolację zjadłyśmy w towarzystwie Johnnego z jego chudym giermkiem, którzy się lekko wprosili - ale do tego to akurat już zdążyłam się w Gruzji przyzwyczaić. Magda, jako wyznawczyni witarianizmu, a przy tym nie trawiąca czosnku i cebuli mogła spróbować bakłażanów z pastą orzechową z pominięciem nielubianych składników (czosnek i cebulę dodaje się zawsze do masy)
Nazajutrz, po opróżnieniu flaszki TEGO wina na jednej z baszt widokowych, siostra postanowiła liznąć nieco turystyki alternatywnej i zrobić rundkę po miasteczkowych (a warto wiedzieć, że Signagi jest najmniejszym miastem w całym kraju) salonach fryzjerskich. Trafiłyśmy do sympatycznej pani fryzjerki, która kategorycznym ruchem wprawnej, fachowej ręki obcięła Magdzie włosy, w międzyczasie wzywając telefonicznie swoje dwie siostry na "oględziny" zwariowanych Polek. Namiar mam, więc jeśli ktoś miałby ochotę ostrzyc się akurat (bo tak!) w Gruzji - to do mnie proszę. Gwarancja jakości i profesjonalizmu na 100%. I obyło się bez płaczu - dzieło nie zostało, Bogu dzięki, spartaczone ;). Signagi na zawsze zakoduje się w mojej pamięci jako miasto przemiłych ludzi, szalonych akcji, najlepszego wina i wszędobylskich psich przewodników. Miejscem godnym polecenia do zatrzymania się w Signagi jest guest-house "Maia" położony na malowniczej skarpie - ładne pokoje, miła kuchnia, dużo przestrzeni, fajny, pomocny właściciel mówiący po angielsku i taras z widokiem zapierającym dech w piersiach (na pierwszym planie kamienny mur ciągnący się wokół miasta, na nieco dalszym Dolina Alazani skąd pionowo wystrzeliwują się w górę zbielone szczyty Kaukazu Wysokiego) - taras wprost idealny do degustowania porannej kawy ^^:
https://www.facebook.com/signagi.hotelmaiko?ref=ts&fref=ts
https://www.facebook.com/signagi.hotelmaiko?ref=ts&fref=ts
W kolejne dni pojechałyśmy do Mcchety, starej stolicy Gruzji. Ze wzgórza z kościołem Dżvari (można pokonać trasę pieszo, lub wziąć taksówkę na szczyt z centrum miasta) roztacza się ciekawy widok na okolicę - rzeka Mtkvari rozwidla się tu i meanadruje, owijając swoimi brunatnymi wodami najbliższe góry i osiedla. Mccheta jest chyba jednym z najładniej położonych miast w których dotąd byłam. Wreszcie udało się też wpaść na chwilę do Gori (oprócz twierdzy zawieszonej nad miastem skąd jak na dłoni widać Osetię Południową, nie jest ono szczególnie interesujące), i do kolejnego miasteczka skalnego - Upliscyche (kilka km na północ od Gori), położonego również nad brzegami rzeki Kura, porównywanego do jordańskiej Petry. Pierwsze ślady ludzkiego osadnictwa są tutaj datowane na II tysiąclecie p.n.e. Upliscyche różni się nieco od Wardzi czy Davida Garedży - jest bardziej horyzontalne, w szerszym planie, a skały są wygładzone przez wiatr (który wieje tam chyba nieustannie). To z kolei idealne miejsce na wiosenny piknik. Po spacerze po jasnych komnatach starożytnego miasta, kiedyś tętniącego życiem, o własnej strukturze społecznej, przyszedł czas na ostatni przystanek w naszej podróży - miasto Kutaisi, drugie co do wielkości po Tbilisi oraz okoliczny rezerwat Sataplia, słynący z dobrze zachowanych odcisków dinozaurów oraz podniebnego, szklanego szlaku, gdzie pod stopami zielenią się drzewa ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz