Powracam do mojego wirtualnego domu, bezpiecznego miejsca narzekania na Gruzję, ale i też przecież zachwytów czy wręcz zdziwień pozytywnych. Bo wszak kraj ten pełen jest sprzeczności, półtonów, abstrakcji, może dlatego jest tak pociągający. Tym razem, zgodnie ze stwierdzeniem - "w dobrym towarzystwie nawet w więzieniu może być fajnie" :D, będą tylko poklaski, gdyż czas ów 7-dniowy wypełniony nagłymi zwrotami akcji i ludzką życzliwością, spędziłam z rodzoną siostrą (mimo że tak niepodobną). Pierwsze półtora dnia przypadło na Tbilisi.
Odbierałam Magdę z lotniska w Kutaisi, na które dostałam się dzięki uprzejmości poznanego oniegdaj tamże policjanta, niejakiego Amirana, niedzielnym, ciepłym wieczorem. Nareszcie kwiecień, w mig, nawet nie wiem kiedy zazieleniło się nam w Imeretii obłędnie, powodując wyrzut endorfin do krwi. Rozluźniona i podekscytowana tym, że pierwszy raz będę mogła pokazać komuś bliskiemu moją (sic!) Gruzję, czekałam. Czekałam z bananami, które zażyczył sobie mój gość ;) Od razu z Kutaisi jechałyśmy do Tbilisi tzw. Georgian Busem, którego właściciela - Shako, świetnie władającego językiem angielskim i "posiadającego" dziewczynę z Polski, spotkałam również na lotnisku. Jedna wielka rodzina ;) I znowu związek pol-gru. Oczywiście reakcja na to, gdzie odbywam swoje święte posłannictwo (jak to określiła pani na lotnisku w Warszawie z kolei - swój "czyn społeczny"), była jak zwykle nie rozczarowująca - wielkie oczy z przerażenia i podziwu, że się na tak radykalny krok zdecydowałam. Istnieje zresztą kawał o Tkibuli - Rosja napada na Gruzję, zaczynają się regularne naloty i bombardowania, kiedy samolot wojskowy przelatuje nad Tkibuli, żołnierze mówią "to już zbombardowane, lecimy dalej" :D. Ale oni nie wiedzą co mówią, zazdrośnicy i kpiarze wstrętni, tak naprawdę to "wszystkie drogi prowadzą do Tkibuli"!
Bilety na Georgian Busa (bardzo wygodna, ekskluzywna można by rzec marszrutka) można zakupić online (http://www.georgianbus.com/) - odjeżdża spod lotniska i dociera na Plac Wolności w Tbilisi w jakieś 3 godziny. Koszt - 20 lari. Okazało się podczas tej nocnej przejażdżki, że razem z nami jechali sympatyczni rodzice innego wolontariusza z Rustavi (pozdrawiam!). Świat jest mały, jak zwykle. No i widać doskonale, że gdy tylko zrobiło się cieplej, nadszedł czas sponsorowanych przez Wizzair odwiedzin rodziny i przyjaciół ;). Z czego cała brać wolontariuszy bardzo się cieszy. Następny dzień w całości poświęcony został intensywnemu błąkaniu się po bardziej i mniej znanych częściach Tbilisi. Obowiązkowo zaliczyłyśmy więc Aleję Rustaveli, ulicę Leselidze i Stare Tbilisi z najstarszą dzielnicą Abanotubani i majestatycznymi kopułami łaźni siarkowych, słynny zegar słoneczny, katedrę Sioni. Druga część dnia upłynęła na zwiedzaniu maleńkiej katedry Metechi zawieszonej malowniczo na skarpie nad rzeką Mtkvari i bardziej już okazałej (największej świątyni w całej Gruzji) katedry Cminda Sameba (Trójcy Świętej), z której roztacza się przepiękny widok na miasto. Tam też, w przykatedralnym restoranie po raz pierwszy spróbowałam Lagidze Ckhali (gruz. woda) - tradycyjnego gruzińskiego napitku z saturatora, na bazie wody sodowej i syropu, z delikatną pianką, niezapomniany czekoladowy, musujący smak (nie wiem jak to możliwe, że wcześniej tego nie znałam)!:
Zahaczyłyśmy też o mój ulubiony targ staroci na Suchym Moście, Park Europejski, Most Pokoju, twierdzę Narikala oraz przedziwny, kamienny pomnik nieopodal stacji metra Guramishvili, do złudzenia przypominający angielski Stonehenge, z ciemnego granitu, przedstawiający na monumentalnych reliefach chrześcijańską historię Gruzji. Pomnik jest dobrze widoczny przy wjeździe do miasta od strony zachodniej, ale mało kto jest w stanie (chyba że ma orli wzrok) zobaczyć w tym coś więcej niż jakiś kolejny magazyn czy blok. Tbiliskie Stonehege zbudowano z pieniędzy prywatnych przez znanego gruzińskiego artystę, który zakupił pokaźny kawał góry (trzeba się trochę powspinać przez przełaj, bo do pomnika nie ma wytyczonej drogi, nie mniej jednak gwarantuję, że warto się pomęczyć!). Jest dostępne dla każdego zainteresowanego turysty, nie ma biletów wstępu, przybytku strzegą jedynie znudzeni policmajstrowie piłujący sobie od czasu do czasu paznokcie. Z góry roztacza się wyjątkowy widok na tzw. Morze Tbiliskie - sztuczny zbiornik, o pięknym, lazurowym odcieniu, z piaszczystą, dość szeroką plażą, służący mieszkańcom jako chłodny ratunek w gorące, letnie dni, które właśnie nadchodzą.
Dzień zakończyłam siostrzaną niespodziewanką. Kilka tygodni temu, w Tbilisi, na ulicy Puszkina, ci sami ludzie, dwójka zwariowanych Polaków, którzy otworzyli klub Oasis na środku pustyni, w stodole, na trasie do kompleksu monastyrów wykutych w skale - David Garedża, Ksawery i Ania, zainaugurowali istnienie baru..."Warszawa"! Tak, nie mylicie się, to identyczny typ miejsca w wybitnie socrealistycznym stylu, oklejony starymi gazetami co słynne, warszawskie "Zakąski Przekąski", gdzie na gości czekają zimne rarytasy - tatar, śledziki, gziki, zimne nóżki, a z napitków najlepsza na świecie (dla mnie jedyna do strawienia), cytrynowa chacha! Jako, że Magda jest w Warszawie totalnie zakochana (podobnie jak ja), było dużo śmiechu, bo Warszawa w Tbilisi to jak spełnienie naszego marzenia ;) Tbilisi po warszawsku do znalezienia na Facebooku:
https://www.facebook.com/barwarszawatbilisi?ref=ts&fref=ts
https://www.facebook.com/barwarszawatbilisi?ref=ts&fref=ts
Wtorek przeznaczyłyśmy już tylko na nieśpieszny spacer po ogrodzie botanicznym, zlokalizowanym na tyłach twierdzy (trzeba wjechać kolejką na Narikalę i kierować się znakami). Ogród sam w sobie dość dziki, mało zagospodarowany, prawie w ogóle nieopisany, a największą atrakcją jest wodospad wbity wertykalnie w zielone gęstwiny. Tak jak kocham ogrody botaniczne, lubię sadzić rośliny i zioła, tak tbiliski park trochę mnie rozczarował. Za to pogoda dopisała - słońce już dość mocno paliło skórę i można było poczuć się jak na wakacjach. Powrót do hostelu, szybkie pakowanie i udałyśmy się na stację Didube, skąd odjeżdżają marszrutki do Kazbegi. Siostra, zdaje się, dodała Tbilisi do listy swoich ukochanych miast, obok Warszawy i Rzymu. Cudowna pogoda i w pełni zrealizowany plan. Może by tak zostać przewodniczką? ^^ O szoku termalnym przy zmianie miejsca na wysokogórskie Kazbegi, w następnym wejściu na antenę. Będzie zimowo bardzo.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz