logo

logo
współpracuję z:

poniedziałek, 5 maja 2014

Nie święci garnki lepią - Szrosza i Kutaisoba

Uff. Gorący długi weekend. Emocjonalnie i pogodowo. Czyżby to już maj nastał? To ja się pytam KIEDY?! Kwiecień minął mi bardzo szybko dzięki podróżom, rodzinnym wizytom i aktywnościom wszelakim, które zawsze czas tak cudownie rozpulchniają, że ten przepływa przez palce jak kisiel. I zielono wkoło do szaleństwa. Tak. Od miesiąca życie w Gruzji to czysta pieszczota (albo prawie), niedogodności też jakby mniej uciążliwe. Zimą kraj jest potwornie szarobury, kolorów pozbawiony, jak na rozmytym polaroidzie, ogólnie - martwy, zimny (sic!) i depresyjny (NIE przyjeżdżać tutaj między grudniem, a kwietniem, bo to nie jest TA Gruzja, o której marzycie!), co potem z nawiązką wynagradza wiosna i lato. W zasadzie to my się tu już latem cieszymy, gdyż temperatura czasami wpada w skwierczące tony. Nie jestem fanką upałów, ale po długiej zimie lgnę do słońca niczym kotka na gorącym, blaszanym dachu, wcześniej swoją zimową bladość zabezpieczając super-blokerem. 


Majowy weekend to szereg spontanicznych akcji, cudowny czas spędzony w gronie gruzińskich przyjaciół, europejskich i amerykańskich wolontariuszy rozsianych po całym kraju oraz nowe znajomości (w tej kwestii życie tutaj nigdy nie zawodzi, zawory zawsze odkręcone, i kiedy wracasz w końcu przed komputer masz 15 oczekujących zaproszeń na fb :D). W Kutaisi pojawiłam się już w czwartek 1 maja, gdyż następnego dnia, od samego rana całe miasto miało pogrążyć się w zachłystującej, całodobowej zabawie. Święto Imeretii (zachodni region Gruzji), inaczej zwane Kutaisobą (od administracyjnej stolicy Imeretii), oznacza kilka rzeczy, połączonych ze sobą w jeden, magnetyzujący koktajl - koncerty, tańce, śpiewy, parady, pokazy sztuk walki, fajerwerki, jarmarki, stoły uginające się od darmowego jedzenia, i masa "Giorgijów" wlewających w siebie i w gości litry wyśmienitego zazwyczaj wina. Święto owo oparte jest o tradycje tzw. "Gviriloby" (gruz. gvirili - rumianek) kiedy to, ponad wiek temu, dziewczęta z lokalnych szkół wychodziły 2 maja na miejskie bulwary i sprzedawały wiązanki skomponowane właśnie z tych kwiatów. Każdy kto kupił wiązankę wspomagał tym samym charytatywnie osoby chore na tuberkulozę. Królowa piękności tamtych czasów, Sasha Chikovani formalnie ustanowiła tradycję świętem miasta Kutaisi i przynależącej mu okolicy w 1909 roku. 

Przysięgam, że jeszcze nigdy nie widziałam tej "aglomeracji", na ogół dość sennej, tak bardzo kolorowej i zrelaksowanej, ludzie wręcz wylewali się z każdej ulicy, centralny park przy słynnej "fontannie z dziwnymi zwierzętami" i teatrze narodowym był okupowany do późnych godzin nocnych. Wisienką na torcie był koncert przy świetle fajerwerków, ale tego już nie doczekaliśmy wymęczeni intensywną socializacją z autochtonami. 

Skromny fotoreportaż z Kutaisoby Anno Domini 2014 - poniżej. Proszę zwrócić uwagę na profanację ciał kurczaków i świń  podczas jarmarku, gdzie każde miasteczko/wieś regionu Imeretia miało swój stół i mogło prezentować lokalne wyroby. Niby zabawne, no ale..Z góry przepraszam wegetarian i PETĘ. To nie ja.






                                        Ja, Ola, Sarah z Peace Corps i nasz szef Zaza ;):
                                                         















W sobotę z kolei wybrałam się autostopowo z kolegą Janarem na prywatne lekcje lepienia z gliny do przytulnego studio w domu rodziny Lavadze w miejscowości Szrosza, jakieś 50 km od Tkibuli. Wieś jest znana od stuleci z produkcji glinianej ceramiki, łącznie z kvevri (olbrzymie dzbany wypełniane winem i zagrzebywane pod ziemią na czas leżakowania), ręcznie zdobionej, malowanej, cyzelowanej w najmniejszym szczególe (chociaż oczywiście nie brakuje też i kiczu czy pretensjonalności, w którą zdaje się łatwo wpaść rzemiosłu użytkowemu). Bardzo dobrej jakości surowiec, pozyskuje się ku tym celom z okolicznych wzgórz. Szrosza znajduje się centralnie na głównej trasie Kutaisi-Tbilisi i trudno ją przeoczyć, gdyż przez kilometr albo więcej, jest akcentowana przez liczne, przydrożne stragany, gdzie można zakupić ceramikę made in Georgia, bezsprzecznie jeden z ważniejszych symboli kultury Gruzji. Ludzie w przeważającej części żyją tutaj tylko z tego. Masterzy sztuki manualnej. A przy tym weseli i przyjaźni. Prawie jak w Kachetii.

Zostaliśmy ugoszczeni iście po królewsku - domowa chacha 60 %, chleb i biały ser na przegryzkę, co było powodem tego, że nie wiem jak wróciliśmy do domu. W każdym razie żyjemy. Imeda, nasz gospodarz, który wykonuje ceramikę już czterdzieści parę lat, jest w stanie ulepić cudo w kilka minut (nie ma to jak sprawne, męskie ręce ^^). Mnie zajęło to oczywiście znaczenie więcej czasu a i tak to, co wyszło spod moich niewyuczalnych palców (popielniczka??), wylądowało z powrotem na kupie gliny :D, co mnie totalnie rozbroiło. A potem się zaczęło - mimo usilnych próśb i tłumaczeń, że po gruzińskim "absyncie" umieram długo i powoli, musiałam wypić "przynajmniej" 3 toasty (po każdym żołądek płonął, a w oczach pojawiały się łzy - bez zagryzki byłoby pewnie jeszcze gorzej). Następnym razem w takiej sytuacji muszę wykręcać się "jakąś" ciążą, bo inaczej nie wrócę żywa do Polski :D W rezultacie wypiliśmy całą flaszkę, rozkoszując się rozmową, widziałam, że stan Janara wraz z każdym, kolejnym kieliszkiem nie był wcale lepszy od mojego. Nie mniej jednak prawdą jest, że chacha rozwiązuje język i nagle odkrywasz w sobie niewiarygodne, spektakularne wręcz umiejętności lingwistyczne - ba, dowiadujesz się znienacka, że znasz język obcy, którego nigdy się nie uczyłeś :D

Gruzińskie "Uwierz w ducha 2":














Nazajutrz, mimo kaca-mordercy, korzystając z krystalicznej pogody wleźliśmy na okoliczną górkę - Nakeralę (1570 m. n p.m), tym samym kończąc kawalkadę przygód z ostatnich 4 dni. I znowu nie byliśmy sami :D:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz