I tak przyjechałyśmy na stację marszrutkową Didube, skąd miałyśmy się dostać do Stepancmindy, malutkiego miasteczka (i niezbyt zresztą atrakcyjnego) wciśniętego w wysokie góry Kaukazu, szerzej znanego pod rosyjską nazwą Kazbegi, zaledwie kilkanaście kilometrów od granicy z "wielkim niedźwiedziem". To tu znajduje się jeden z najwyższych szczytów pasma Kaukazu, a na pewno najbardziej popularny wśród turystów Kazbek - Lodowy Szczyt (gruz. Mkhinvarcveri), wygasły wulkan mierzący 5047 m (inne źródła podają 5033 m), który (jeśli widoczny, a to niestety rzadkość nawet latem) mieni się kolorami wpadającymi w odcień dość jaskrawego różu (kwestia specyficznej, łupkowej budowy mineralogicznej). Jeśli ktoś kiedykolwiek miał do czynienia/interesował się tym kierunkiem świata, wie doskonale, że mały kościółek - Cminda Sameba, do którego prowadzi lesista trasa (ok. półtoragodzinne podejście) zakończona szerokimi połoninami, zawieszony "na przedsionku" przepastnej ściany Kazbeka (plan widokowy porównywalny do Sarniej Skały, z której doskonale widać cały Giewont), jest wizualnym symbolem Gruzji, wykorzystywanym w niemal wszystkich turystycznych folderach i wygląda to zazwyczaj tak:
W międzyczasie zaszło nieco słońce, ale temperatura - jeszcze w Tbilisi - nadal przyjemnie otulała ciepłem skórę. Do Kazbegi prowadzi słynna Gruzińska Droga Wojenna, o której tak głośno i wszyscy pieją nad nią z zachwytu, pewnie zatem dlatego moja pobudzona wyobraźnia przeżyła rozczarowujące zetknięcie z wcale nie tak zapierającą dech w piersiach rzeczywistością. Ładnie, ale bez przesady. Prawdopodobnie kwestia nie najlepszej pogody - pochmurniało już mocno i nawet siedząc w marszrutce dało się odczuć stopniowe ochładzanie związane ze wzrostem wysokości. W ten sposób z lata trafiłyśmy prosto w zimę, deszcz, śnieg, wiatr, parę stopni powyżej zera, all included. Jeszcze gdzieś z tyłu głowy tliła się nadzieja, że przez noc pogoda się poprawi, że Kazbek odsłoni łaskawie swoje piękne oblicze i uda się nazajutrz wspiąć na lodowiec (jakieś 5-6 h podejścia od Cmindy Sameby). Bardzo chciałyśmy pierwszy raz w życiu zobaczyć to cudo natury. Niestety - było jeszcze gorzej, zimno i śnieg. Mimo to nie zrezygnowałyśmy z samej Cmindy. Oczywiście żywej duszy na szlaku, tylko my dwie - szalone Polki, co to w taką zawieruchę zamarzyły sobie pójść w góry ;) Zamiast więc zostać 2 noce w Kaukazie, wróciłyśmy wcześniej do Tbilisi. Tym razem noclegownią naszą został Why Not Hostel, który szczególnie odradzam - dość drogo, poza tym pretensjonalnie, backpackersko, hipsterowo, na siłę "alternatywnie". Fajne były jedynie koty:
Polecam za to przekochaną rodzinę Dalakishvilich, którzy przyjmują swoich gości w jednym, wygodnym pokoiku na ulicy Aboviani w samym centrum miasta (Old Tbilisi), jest czysto, schludnie, domowo, bez tłumu pozerów, nie mają szyldu, nie reklamują się specjalnie, dlatego podaję namiar na Facebooku (kontakt w języku angielskim i rosyjskim):
Jako że wróciłyśmy z gór potwornie zmarznięte (co widać po obrazkach), decyzja padła tym razem na bardziej gorące klimaty - wynajęłyśmy zatem poleconego przez guest-house Nazi w Kazbegi pana taksówkarza (vel Zenka) i pojechałyśmy na południe, gdzie Gruzja graniczy z Azerbejdżanem w sposób oszałamiająco malowniczy. David Garedża - kompleks starych, wykutych w skale monasterów powitał nas pełnym słońcem, czystym niebem i bezkresem półpustynnych przestrzeni. Drugi już raz zawitałam w te piękne strony, w zdecydowanie lepszych warunkach termalnych i widokowych. I tak, pierwsze truskawki w tym roku spałaszowałyśmy z Magdą już po stronie azerskiej ;), delektując się niczym nie zmąconą ciszą pustkowi. Wczesna wiosna (lub jesień) jest idealną porą na zwiedzanie Davida, gdyż już w maju wychodzą ze swoich kryjówek całkiem sporej wielkości węże i inne jaszczury, które mogą być groźne (mają tu idealny klimat do wygrzewania się i straszenia turystów). Także - ostrzegam, od maja do września, odkrywając uroki Davidowych jaskiń należy zachować ostrożność i uważnie patrzeć pod nogi. Kolejnym naszym przystankiem była ojczyzna najlepszego wina w Gruzji (albo i bez mała w całej galaktyce), słoneczna Kachetia - kaukaska Toskania.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz