Tbilisi, początek lat 90, transformacja dopiero w planie, gruzem Gruzja stoi, a właściwie leży, rozkrwawiając się na wystrzępionych obrzeżach w bezsensownych konfliktach. Życie "w interiorze" toczy się jednak mimo to swym naturalnym, patriarchalnym rytmem, nawet jeśli o zwykły chleb trzeba się wręcz bić. Stopklatka. Przeciętne wesele w jakiejś betonowej kanciapie. Panna młoda liczy sobie wiosen dokładnie czternaście. W sam raz na zakładanie rodziny. Grupa rozweselonych bimbrem mężczyzn wznosi toast za...kogo, co, w imię czego? Any ideas? Oczywiście, że za kobiety, białogłowy, niewiasty, ich soczystą urodę i młodość (aby nigdy nie więdła i zawsze cieszyła oczy mężczyzn), unoszące się nad ziemią anioły (cierpliwości), bo wszak "matka Gruzja jest kobietą"! Te wszystkie nieszczęśnice, którym wmawia się od małego, że są królowymi i księżniczkami (a gdzie ów rycerz na białym koniku?), szkoda tylko, że ich jedyne, dożywotnie królestwo to pranie gaci mężów, rodzenie im dzieci i karmienie ich kilogramami chaczapuri. Davai, za kobiety, matki, żony (i kochanki)! A że wśród nich, w lepkiej zgrai podchmielonych Gruzinów wznoszących toast jest i ten, który regularnie pierze swą małżonkę i upija się do nieprzytomności, czy "szanowny" pan młody, co to nie waha się odkurzyć starą tradycję, porwać upatrzoną dziewczynę (ba, dziecko jeszcze!) i zmusić do ślubu, by potem, dla porządku, śmiertelnie dźgnąć nożem konkurenta, wokół którego krążą wciąż myśli nieposłusznego dziewczęcia, wcale nie przeszkadza w opijaniu zdrowia kobiet - marionetek w ich zgrubiałych od prokrastynacji palcach.
Z pewnością zupełnie inaczej
odebrałabym ten obsypany
deszczem nagród film (2013), autorstwa duetu Nany Ekvtimishvili i
Simona Grossa (gruziński kandydat do Oscara), gdybym zobaczyła go dopiero
na początku życia w Gruzji, świeża i nie przeżuta jeszcze gruzińską
codziennością. Ale, jako że mam już pewną kolekcję wspomnień, twardy dysk
obserwacji i takich właśnie - stopklatek, potykałam się w czasie seansu o
ciągłe déjà vu, mimo że
minęło 20 lat od czasu akcji "Rozkwitających" (angielska nazwa:
"In Bloom"). Nie jest to film wybitny, zdecydowanie nie jest to film
akcji, nie zostaje na długo w głowie, natomiast zalecam sięgnięcie po niego osobom
zainteresowanym Gruzją nie tylko od strony turystycznej. Jest bowiem w tym
szczerym i bezpretensjonalnym obrazie zawarta głęboka prawda na temat owego
maleńkiego narodu, co to ciągle pakuje się w kłopoty, w obrazie, który
w zasadzie przybiera wręcz formę
paradokumentalną, przywodzącą na myśl słowa piosenki Myslovitz:
Pamiętam, mówił "ach, chciałbym sobie postrzelać
Wiesz, do dziewczyn na ulicy, w biały dzień, teraz
Nie do zwykłych dziewczyn, ale do tych najpiękniejszych
Chciałbym patrzeć im w oczy, jak marnieją i więdną"
Mówił "ciekawe jak to jest, tak naprawdę zabić?
W rękach trzymać przeznaczenie, jego panem być?
Wiesz, chciałbym, może byśmy tak kiedyś na ulicy
W jakimś ciemnym miejscu, tak, by nikt nie widział?"
Pamiętam, mówił "zapamiętaj" - nie potrafię zapomnieć
Wyrazu oczu, strachu, potem krwi na dłoniach
Krew była wszędzie wokół, pamiętam to dobrze
Płynęła niczym rzeka z potrzaskanej głowy
Krew pulsowała w skroniach, rozsadzała czaszkę
Ręce drżały - nie wiem, z podniecenia czy ze strachu?
Pamiętam, on się śmiał, mówił coś o filmach
"Zapamiętaj to" - pamiętam, "prawie tak, jak w filmach"...
Ale to nie był film,
To nie był film....
Wiesz, do dziewczyn na ulicy, w biały dzień, teraz
Nie do zwykłych dziewczyn, ale do tych najpiękniejszych
Chciałbym patrzeć im w oczy, jak marnieją i więdną"
Mówił "ciekawe jak to jest, tak naprawdę zabić?
W rękach trzymać przeznaczenie, jego panem być?
Wiesz, chciałbym, może byśmy tak kiedyś na ulicy
W jakimś ciemnym miejscu, tak, by nikt nie widział?"
Pamiętam, mówił "zapamiętaj" - nie potrafię zapomnieć
Wyrazu oczu, strachu, potem krwi na dłoniach
Krew była wszędzie wokół, pamiętam to dobrze
Płynęła niczym rzeka z potrzaskanej głowy
Krew pulsowała w skroniach, rozsadzała czaszkę
Ręce drżały - nie wiem, z podniecenia czy ze strachu?
Pamiętam, on się śmiał, mówił coś o filmach
"Zapamiętaj to" - pamiętam, "prawie tak, jak w filmach"...
Ale to nie był film,
To nie był film....
Bo to, co oglądamy na ekranie to niestety nie
fikcja, to bolesna
rzeczywistość Gruzji lat 90-tych, której podstawiono cichaczem wcale nie krzywe
zwierciadło i dyktafon rejestrujący cały ten wrzask jednej wielkiej pożogi i szarpaniny. To kraj ludzi o eksplodujących temperementach,
które w masowej skali rozpętują wojny, dążąc do nieustannej
konfrontacji, a w mniejszej - zmieniają życie
najbliższych w piekło, gdzie na porządku dziennym są przestępstwa z
użyciem łatwo dostępnej broni, przemoc domowa, porwania, okaleczenia,
pijaństwo i niekończące się awantury. W takich warunkach
chyboczącego się państwa, rodzicielskiej nerwicy i absurdalnych, uderzających w nietykalność osobistą
zwyczajów, przyszło dojrzewać i podejmować pierwsze, życiowe decyzje (lub być do nich
"delikatnie" zmuszanym pod naporem wywietrzałych tradycji) tytułowym
rozkwitającym - Ece i Natii (w ich role z dużym
powodzeniem wcieliły się debiutantki). Jedna z nich tęskni za ojcem, ale buntuje się
przeciw odwiedzaniu go w więzieniu. Druga wkręcona we wczesne
małżeństwo, zostaje wchłonięta w obowiązki domowe swojej nowej rodziny, przez
co szkoła przestaje mieć rację bytu. Wszystko to w anturażu sypiących się
murów i odgłosów kłótni, wklecone w próby utrzymania się na powierzchni
rozkwitającej kobiecości, która musi wyjść naprzeciw brutalnemu światu męskiej
dominacji. Historia surowa w swej prostocie, ale na wskroś gruzińska. "To nie jest film..."




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz