Mieszkając w miejscu pulsującym hiper-towarzyskością, czując się trochę introwertyczką (a trochę nie), od czasu do czasu potrzebuję nieco powietrza wokół własnej osoby, przestrzeni, otrzepania z kurzu i zgiełku miasta. Niby mam tę oszałamiającą zieleń na co dzień, ale zieleń zieleni nie równa, jak mawiali wielcy filozofowie. Różne są opinie na temat samotnego podróżowania, zwłaszcza kobiecego w obrębie regionów okupowanych przez szczególnie zsamczałych samców, od tych skrajnych - zakazujących, zabraniających i straszących human traffickingiem czy innymi masowymi gwałtami, aż po gloryfikujących ów specyficzny i odważny rodzaj samopoznania. Jestem gdzieś pośrodku. Lubię bardzo poczuć tę podszytą niepewnością wolność zaglądania w każdą półdziką uliczkę wedle swojej zachcianki, przypadkowego konwersowania z tubylcami, spontanicznego gubienia się i odnajdywania, ale to przygoda dobra na krótko, potem zaczyna mi brakować kompanów do takiego chociażby za przeproszeniem picia (picie z nieznajomymi poznanymi w trakcie podróży bez żadnej przyjacielskiej eskorty jest już dość dużym ryzykiem, a ja w zasadzie chyba nie chcę być poćwiartowana ;)
Zrobiło się ciepło, ba, gorąco, stąd w sercu mym zawitało pragnienie zatopienia się w subtropikalnym klimacie w pobliżu dużego akwenu owianego morską bryzą. Moim celem samotnej eskapady, po licznych, górskich eksploracjach było tym razem wybrzeże Morza Czarnego, Autonomiczna Republika Adżarii ze stolicą w czarującym (bo niegdyś "herbacianym") Batumi, a konkretniej monumentalny, zajmujący powierzchnię aż 111 hektarów ogród botaniczny, położony kilka kilometrów przed wjazdem do centrum miasta od strony Kobuleti, w części zwanej Zielonym Przylądkiem (gruz. Mcvane Koncchi). Dojazd z Batumi marszrutką numer 31.
Wyruszyłam zatem wcześnie rano, bo do pokonania miałam spory kawałek drogi, a przejście całego ogrodu bez żadnej taryfy ulgowej i bez spinki czasowej, także wymagało zarezerwowania kilku, dobrych godzin. Poza tym musiałam zdążyć na wieczór do Ozurgeti, gdzie wraz z pribałtyckimi znajomymi organizowaliśmy wspólne rozkoszowanie się widokiem brody i popiersia Europy podczas corocznej, cudownie przaśnej i jarmarcznej Eurowizji ;) Adżaria, jak oczywiście wiadomo, lub wiadomym być powinno, jest jedynym regionem prawosławnej Gruzji w którym dominuje islam, co znamionują liczne meczety na horyzoncie. Adżarowie posługują się językiem gruzińskim, aczkolwiek w moim przypadku wyglądało to tak, że jeśli pytałam o coś po gruzińsku właśnie, moi interlokutorzy, chociaż doprawdy przemili i serdeczni, zazwyczaj odpowiadali już po rosyjsku. A ja i tak dalej ciągnęłam uparcie te swoje praktyczne wprawki z języka bardziej dla mnie egzotycznego.
Batumski ogród botaniczny zachwyca przede wszystkim swoim położeniem i różnorodnością formacji roślinnych - jest zawieszony na wzgórzach opadających wprost do bajkowo lazurowego morza (jeśli oczywiście ma się szczęście, jego kolory bowiem zmienne są niczym kobieta z PMS). Z drugiej strony, gdy rzucimy okiem na północ, mamy zalesione, wcale niemałe wzniesienia - czyli takie dwa w jednym, co przypomina nieco Abchazję. Końcowy etap zwiedzania ogrodu to zejście na kamienistą plażę z widokiem na kosmiczne skyscrapery Batumi w oddali. Jako koneserka parków botanicznych oraz ogrodniczka-amatorka, muszę przyznać, że owo fortunne i rzeczywiście zapierające dech w piersiach usytuowanie stawia Batumi na drugim miejscu w mojej prywatnej liście ogrodów botanicznych, w których miałam szczęście zawitać (pierwsza lokata wciąż zarezerwowana jest jednak dla niezwykle zadbanego Kew Gardens w Londynie, którego szklarniane sekcje tropikalne z unikalnym mikro-klimatem w kontakcie ze skórą i płucami dają wrażenie rzeczywistego przebywania w takiej na przykład amazońskiej dżungli, w pakiecie bez pająków).
Ów piękny przybytek gruzińskiej myśli botanicznej (lub raczej wówczas jeszcze sowieckiej) został stworzony przez Andrieja Krasnowa, rosyjskiego botanika i geografa (którego pomnik i grób znajduje się na terenie ogrodu) w 1912 roku. Zaprosił on do współpracy przy tworzeniu największego ogrodu botanicznego tej części świata znamienitych, uzdolnionych florystów, architektów zieleni i ogrodników, wśród nich Francuza D’Alphonse'a oraz Gruzina Gordezianiego. Ze względu na to, że zdecydowana większość obszaru była wtedy bagnista, naukowcy zaczęli swoją długoletnią pracę od osuszania i zabiegów melioracyjnych. Ogród podzielony jest na konkretne sekcje tematyczne z reprezentacją flagowych gatunków danych regionów, odchodzące promieniście od głównej ścieżki zwanej Upper Park z widokiem po lewej stronie na Morze Czarne, takich jak: śródziemnomorska, kaukaska, himalajska,
nowozelandzka, północno- i południowoamerykańska, meksykańska i
wschodnioazjatycka (ogród japoński). Dla wybitnie leniwych lub zmulonych tropikalnym nieraz słońcem atrakcją jest możliwość wpakowania się w cichobieżny samochodzik typu melex z opowiadaczem. Spacerując po ogrodzie, delektując się ciszą i obezwładniającą zielenią roślinności, co raz byłam zatrzymywana przez kierowców melexów, którzy twierdzili uparcie, że musi mi być strasznie nudno tak samej zwiedzać park, i to jeszcze piechotą ;) Dziwna jestem jakaś :D
Duże wrażenie zrobiły na mnie szczególnie lasy bambusowe, z których wiotkich pni zrobione są ogrodziane ławeczki (a każda kusi przy takich pejzażach!) oraz rosarium. Ciekawe były też rośliny trujące i jadowite, niebezpiecznie podsycające mój głód (widziałam w wyobraźni nagłówki gazet "Polska wolontariuszka zaatakowana ze skutkiem śmiertelnym przez roślinę w batumskim ogrodzie botanicznym" :D). Na terenie parku są stoiska, gdzie panie i panowie sprzedają miód (pszczoły mają tutaj istny raj, więc przypuszczam, że miód musi być wspaniały). Przy wejściu/wyjściu z ogrodu jest też kilka fajnych knajpek, gdzie można zjeść pyszną rybę i popodglądać birżujących Adżarów grających w tryktraka, polecam!

.jpg)









.png)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz