Podróżując stopem po Gruzji (gruz. szemchvedri manqanebit mogzauroba) jest się narażonym na całkowicie nieodpłatne korzystanie z życia. I nie mam tu na myśli jedynie żerowanie na czyjejś gościnności "motoryzacyjnej" (z drugiej strony zabawy zawsze jakby więcej niż poruszanie się lokalnym transportem, i nawet nie chodzi tu o oszczędność, bo wszak wciąż nie są to zbyt wielkie kwoty), ale urok bycia obdarowywanym przy tejże okazji wszelakim jedzeniem. Znienacka. Zazwyczaj dobrym. Albo butami :D Ale to już inna historia. Tym razem o jedzeniu. Znowu. Takoż i Oli z Tomkiem udało się w czasie ostatniej wyprawy do parku narodowego Borżomi (jak donosi wikipedia - jednego z największych w Europie - ooooczywiście, jeśli przyjmiemy, że Gruzją jest Europą, ale nie przyjmiemy, bo Gruzją Europą nie jest, koniec kropka), zostać obdarowanym dwiema dorodnymi dyniami, które z lekka namiękając dawały jasny sygnał: ZJEDZ MNIE!
Zatem w domu nastąpił u nas (stanowimy trójkąt, z obawą przed ostracyzmem gruzińskim, zachowawczo nie ujawniamy się, a skoro się nie ujawniamy to nie pozostaje nam nic innego jak, poza wiadomym, zamknąć się w naszej przestronnej kuchni i gotować :P), podział obowiązków na ultra-ponowoczesną, hipperpartnerską modłę - facet do garów, kobiety pracują ;) I tym oto sposobem, kiedy udało nam się w końcu wyjść z łóżka, "nasz" Tomuś zgotował całkiem wspaniałą potrawę z wykorzystaniem tych dwóch cudnych dyń. Azaliż było to dobre. Dlatego postanowiłam się tym dobrodziejstwem podzielić z czytelnikami bloga roku 2056 (wiem to na pewno, że kiedyś mnie Kominek na emeryturze będąc odkopie i zgłosi do konkursu bloga roku w kategorii "najlepsze blogowe wykopalisko")! Inwencja twórcza poszła w ruch, gdy do akcji wkroczyły kobiety i wymyślonym zostało, że skoro zupa pomarańczowo-dyniowa, to jak ulał wpasuje się i cynamon! Zachwytom nie było końca, na poczęstunek załapał się i nasz lokalny Amerykanin (czyli de facto COŚ o dyniach wie z samej zasady), a zwieńczeniem degustacji była krótka, acz gorąca dyskusja pt: "dlaczego mężczyźni są lepszymi kucharzami od kobiet i dlaczego zawsze, gdy porównuje się umiejętności obu płci, wychodzi na wierzch, oczywiście wyciągnięty przez reprezentatywny pierwiastek męski, wątek kobiecej gospodarki hormonalnej oraz jej ewidentnego wpływu na poziom artyzmu i finezji w danej umiejętności".
PRZEPIS - ZUPA POMARAŃCZOWO-DYNIOWA (nie tylko na Halloween):
Składniki:
- 2 łyżki oliwy
- 2 cebule
- kilka ząbków czosnku
- 2 średnie dynie
- 1 kostka bulionowa
- 1 pomarańcza
- szklanka mleka
- sól, pieprz, cukier
- cynamon (!)
Potrzebny blender (na szczęście, mimo wielu niewygód życia, my takowy posiadamy;) i wyciskarka do czosnku (jeśli nie ma, na to na tareczce zasuwać proszę)
PRZYGOTOWANIE:
W garnku zagotować oliwę,
wrzucić posiekaną drobno cebulę i dusić kilka minut. Dodać rozgnieciony
czosnek oraz dynię pokrojoną w kostkę. Dusić kolejne kilka minut, mieszając i doglądając.
Wlać podgrzany bulion i posiekany miąższ pomarańczy. Podgrzewać do czasu, aż dynia zmięknie.
Zmiksować zupę na gładki krem, doprawić solą, cukrem i pieprzem wg preferencji. My zrobiliśmy bardziej na słodko, więc poszliśmy w stronę cukru i - oczywiście - cynamonu (i to był właśnie ten mały "suplement", który zbudował tak nietuzinkowy smak!) Dodać mleko, podgotować kolejne kilka minut, dobrze wymieszać. Można podawać z odrobiną śmietany. I musowo - grzanki ;)
DZILI NEBISA! ძილი ნებისა! (Kolorowych snów!) ^^
ps. TAK! Lubimy jeść! W Gruzji nawet bardziej..."To nie jest kraj dla dbających o linię"...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz