logo

logo
współpracuję z:

poniedziałek, 18 listopada 2013

Cienka granica między potrzebą integracji a prywatności – trudno w Gruzji o odrobinę samotności…part 1

Dom. Tkibuli. Tak myślałam – do czasu. Dziś szczególnie daleko mi do takich asocjacji. Wróciłam właśnie z wojaży po wschodniej i południowej Gruzji, celem których było nie tyle podróżowanie i smakowanie Gruzji samo w sobie, co udział w tzw. on-arrivalu w Sighnaghi, organizowanego dla wszystkich wolontariuszy EVS pracujących w regionie Kaukazu (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) przez SALTO (cykl treningów dotyczących m.in networkingu, project managmentu w obcym środowisku, niuansów kulturowych, life learningu etc.) I zdaje się, że mam konkretny hating Georgia day. Chora w siedem diabłów, sama, w koszmarnie zimnym mieszkaniu, jeden piecyk właśnie prawie wybuchł mi koło nosa, ostał się jeden mały, bez wody od wczoraj wieczorem oprócz zimnej w kuchni (są zapasy, ale na jak długo starczą?), po niespodziewanej wizycie o ósmej rano, kiedy byłam dopiero w trakcie nadrabiania zaległości w spaniu i kurowaniu się (nie do końca poczytalny Gruzin dobijał się z 15 minut do drzwi, więc musiałam wstać i „przyjąć gościa”, który ostatecznie obraził się kiedy zakończyłam rozmowę, mówiąc, że chcę iść spać…). Zero prywatności. Zero zrozumienia. Zero wody. WIELKIE dzięki dla mojej Siostry za wsparcie psychiczne w gorszych chwilach!! Pewnie masz rację Sis, może miesiąc miodowy w Gruzji właśnie mija i trzeba zmierzyć się z twardą i bolesną rzeczywistością. Przejrzeć na oczy wreszcie. Wcale nie jest tak kolorowo…Nikt nie obiecywał, wiem…Różnice kulturowe dały mi ostatnio mocno w kość. Ale do rzeczy…

Po czterech dniach w gruzińskiej stolicy, wrażenia:

Dziś ostatni dzień w Tbilisi, nie wiem kiedy one minęły...Jest wolniejsza chwila, przed pakowaniem w dalszą, kachetyjską drogę, żeby trochę podsumować te najświeższe przygody. Chyba, że zaraz znów ktoś (ktoś = kiś Polak) wpadnie do naszego dormitory (wielkie, kilkuosobowe pokoje) i będzie po sprawie. Niby fajna rzecz, poznaje się mnóstwo ludzi, zwłaszcza w sezonie, pasjonatów, pozytywnych świrów, backpakersów, ale jednak czasem (często) taka hiperintegracja bywa męcząca, bo głośne posiadówy przy winie w kuchni przy wielkim stole co noc zdają się ciągnąć bez końca. A ty zastanawiasz się gdzie dorwać trochę chwili dla samego siebie only (potrzeba socializowania się contra potrzeba prywatności – sedno sprawy, chociaż mówię teraz akurat o Polakach jako najczęstszych gościach przybytku w którym się zatrzymałyśmy, to w zasadzie robię margines na uwagę kulturologiczną, o której już wielokrotnie pisałam: Gruzini chyba nie są w stanie zrozumieć sensu dyskrecji, chwili samotności, izolacji, stąd, parafrazując: to nie jest kraj dla introwertyków).

Mieszkamy w olbrzymim guesthousie u Iriny (zaadaptowane dwa poziomy w tbiliskiej kamienicy), w miejscu szczególnym, antykwariatycznym, z masą bibelotów, flag i fotografii gości, z piętrowymi łóżkami, muzealnymi niemal meblami i widokiem na Mtacmindę z balkonu (tzw. Święta Góra położona na wysokości 727 m.n.p.m. z diabelskim kołem i wieżą telewizyjną świecącą i migoczącą pod osłoną nocy jak nowojorska choinka bożonarodzeniowa), z unikalną atmosferą niewymuszonego, ponadnarodowego i ponadpokoleniowego braterstwa na przemian z folklorowym zaciszem domowym w stylu Złotopolskich (Złotogruzińskich??). Zadziwiająco szybki internet (co stolica to stolica jednak). Metro za rogiem. Dostęp do ciepłej wody w dużych ilościach w ładnych, przestronnych i odnowionych łazienkach. Szał. Trzeba się tym nacieszyć przed powrotem do Tkibuli. Miejsce nazywane jest "Polską Republiką w Tbilisi" ze względu na to, że 80% gości stanowią nasi kochani rodacy (napiszę to raz i dobitnie na miarę mojego aktualnego, choć mam nadzieję, przejściowego „wkur…a” na Gruzję – doceniajmy nasz kraj bardziej, proszę!). Mało fotosubiektywizów tym razem. Niestety padło na Tbilisi, zatem jest to rzecz do odrobienia. A. Ciemno i deszczowo – pechowa pogoda. B. Zanurzyłam się w atmosferze miasta, zgodnie z zasadą "żyj tak, aby wspomnień było więcej niż zdjęć". Do Tbilisi wracam według planu za 2 tygodnie z oczekiwaniem na lepszą pogodę i adekwatniejsze do urody miasta efekty fotograficzne (z mojej wsi do stolicy to jakieś 3,5 h jazdy marszrutką).





Z dworca odebrali nas nasi znajomi Nika i Gocha. Zaczęło lekko padać. No trudno. Pogody nie zamówisz. Ulokowaliśmy się wygodnie u Iriny, która powitała nas szerokim uśmiechem w reakcji na słowa „Jesteśmy z Polski”. „Oczywiście, że jesteście z Polski, dziwne gdybyście nie byli” :D (vide: Polska Republika w Tbilisi). Irina jest ciekawą osobą. Duża kobieta, sprawia wrażenie afrykańskiej królowej siedzącej wygodnie w centralnym miejscu na pięciu piętrach poduszek albo warstwach słomy, dumna, władcza, pewna siebie, leniwa, ale z drugiej strony rozgadana, bardzo dowcipna i sympatyczna, zna Tbilisi jak własną kieszeń i sypie anegdotami. Trochę taka Mammy z „Przeminęło z wiatrem” tyle, że biała i o bardzo rosyjskich, wschodnich rysach twarzy. Można byłoby się jej bać, bo to ten typ kobiety, którą podejrzewasz o sporą władzę rozlewającą się szeroko po okolicy („na mieście”) i w związku z tym lepiej żyć z nią w zgodzie. Inaczej możesz mieć problemy ;) Irina lubi oglądać tureckie seriale.

Po zakwaterowaniu się u Iriny, zaprosiłyśmy chłopaków na gruzińską ucztę w jednej z popularnych restauracji, wizualnie zdominowanej przez obrazy Niki Pirosmanaszwilego, który w czasie swojego dość krótkiego życia odmalował wszystkie odcienie gruzińskiej kultury ucztowania (prymitywista doceniony dopiero po śmierci, przypomina bardzo naszego polskiego Nikifora – w typie malarstwa jak i w kolejach życia, osobiście bardzo lubię jego obrazy, dlatego wklejam poniżej jeden dla przykładu). Pierwszy raz miałam okazję spróbować adżaruli chaczapuri (rodzaj chaczapuri pochodzący z Adżarii ze stolicą w Batumi) w kształcie łódki, z jajkiem na wierzchu, w naszym kręgu zwane pieszczotliwe i z lekka przekornie „łódką śmierci”, bowiem łatwo zakochać się w tym maślanym smaku, a stąd już blisko do otyłości i śmierci z przejedzenia ;) Nie mniej jednak moim faworytem kuchni gruzińskiej chyba już zawsze będzie badridżani nigwzit (bakłażany z pastą orzechową i pestkami granatu), podawane jako zimna przystawka. Więcej o kuchni narodowej, żeby trzymać się chociaż trochę tytułu bloga od czasu do czasu ;) napisze przy okazji kolejnego wejścia na scenę. Po kolacji zdążyliśmy jeszcze kupić czurczchele (orzechy w polewie winogronowej) i przejść się ultranowoczesnym, bogato oświetlonym Mostem Pokoju, przez autochtonów kpiąco nazywanym Wielką Podpaską (coś jest na rzeczy jeśli chodzi o kształt, ale według mnie całkiem przyjemny twór architektoniczny, być może mam już trochę zwichnięte poczucie estetyki, kto wie..), prowadzącym do Parku Europejskiego z tzw. Tańczącymi Fontannami (zupełnie jak w Warszawie) i sytuującego się pod Pałacem Prezydenckim.




Wieczór z kolei spędziłyśmy z Nestan i Eką, dziewczynami poznanymi kiedyś w marszrutce w Raczy. Zmiana języka. Tym razem porozumiewałyśmy się po angielsku. Spacer po Old Tbilisi krętymi, stromymi, wąskimi uliczkami, czasem w błocie, bo rozpadało się już na dobre. I wreszcie dotarłyśmy na miejsce. Klub Laboratory, ściany w enigmatycznych rysunkach, całkiem ładnych zresztą, chyba machniętych ręką studentów Akademii Sztuk Pięknych, głośna, międzynarodowa, dynamiczna muzyka, dj za pulpitem i grupa młodych, modnie ubranych Gruzinów wpisujących się swoim wyglądem i zachowaniem w kanon ponowoczesnego hipsterstwa – tak, trafiłyśmy na hipsterską mordownię w europejskim stylu. Chwilami miałam wrażenie, że jestem na Placu Zbawiciela :D Przy okazji – proszę się nie łudzić, Tbilisi nie jest wcale tanim miastem, ubrania są tu dwa razy droższe niż np. w Warszawie, podobnie jest z żywnością. Wróciłyśmy do Iriny na tyle wcześnie, aby wyspać się przed czekającą nas nazajutrz wycieczką organizowaną przez ojca innego wolontariusza, dysponującego samochodem terenowym, do Dawida Garedży, zespołu monastyrów wykutych w skale w VI wieku, leżącego na granicy z Azerbejdżanem na półpustynnym, wyludnionym terenie (piękna trasa, ale ryzykowna do strawestowania przez „zwykły” samochód osobowy). Szybka rozmowa z nowym nabytkiem Iriny – krakowskim utracjuszem (jak się przedstawił) i sprawdzenie pogody. Niestety bez zmian. Zimno i deszczowo.


Następnego dnia wyruszyliśmy o świcie łowiąc po drodze wolontariuszy Anię i Tomka z Rustavi (okolice Tbilisi kierując się na południe). Ni-to mżawka, ni-to deszcz, mgła, gęste chmury, nieciekawie…Trudno. Po drodze, dzięki podróżniczo-reporterskiej żyłce naszego kierowcy, taty Tomka, mieliśmy okazję „podziwiać” z bliska postarmagedonowy krajobraz opuszczonego, fabrycznego miasteczka na przedmieściach Rustavi i parę „pokołchozowych” wiosek (Udabno), kręcąc się pomiędzy budynkami lub częściej ich pozostałościami. Niekiedy gołe ściany, brak dachu, permanentny brak okien. Ale jeszcze czasem gdzieś tam w tych ruinach żyją ludzie. Niewyobrażalne. Krajobraz wraz z mijającymi kilometrami robił się coraz bardziej surowy, pustynny, monumentalny. Efekt tajemnicy dodatkowo podbijała mgła. Normalnie, w okresie letnim zespół klasztorny Dawid Garedża jest skąpany w piekielnym skwarze charakterystycznym dla tej strefy klimatycznej i trzeba uważać na skorpiony i węże. My przynajmniej uniknęliśmy spotkań z nimi przy takiej posezonowej, dżdżystej pogodzie, nie mniej jednak, z drugiej strony wiele nas też ominęło, gdyż dużą częścią krajobrazu (szczególnie azerbejdżańskiego, gdyż chodząc po monastyrskich jaskiniach i podziwiając rysunki naskalne przedstawiające władców Gruzji – Dawida Budowniczego i królową Tamar oraz świętych, znajdowaliśmy się już w zasadzie na terenie Azerbejdżanu), zawładnęła gęsta jak mleko mgła. Jest powód żeby wrócić tu wiosną ;)































I jeszcze zabawna ciekawostka polsko-gruzińska na deser. Udało się nam w drodze powrotnej odwiedzić tzw. "bar" (przez usta aż ciśnie mi się prześmiewczo-sympatyczne "klubokawiarnia"?? :D) w jednej z na poły opuszczonych mieścin na bezdrożach stepów Gruzji południowej, stworzony i prowadzony przez...Polaków. Historia pewna i sprawdzona. Nasz kierowca miał przyjemność poznać dowcipnych, wesołych i - jak widać - obdarzonych bogatą wyobraźnią, właścicieli. Nazwa idealnie koresponduje z atmosferą oazy spokoju i bezludzia, jaka się wokół maluje. Ale mimo że bezludzie ruch kliencki w tejże uroczej stodole jest ponoć w sezonie całkiem niezły. Enjoy! (no i czujcie się zaproszeni - zimne piwo na pustyni to jak skarb!) ;)))


Ostatnie dwa dni przedłużonego weekendu w Tbilisi to zachwyt, tłum ludzi, zabawa i na koniec monstrualne zmęczenie zainteresowaniem moją osobą na ulicach – zwłaszcza wtedy, gdy zaimprowizowałyśmy z Olą zwiedzanie miasta w pojedynkę…Myślałam, że Tbilisi potraktuje mnie łaskawiej niż małe mieściny. Myliłam się. Czułam się oblepiana wzrokiem jak smołą. Z każdym krokiem było coraz ciężej nieść tę pelerynę spojrzeń na sobie. To ten moment, kiedy lepiej byłoby być niewidzialnym i mieć święty spokój. Dlatego teraz jestem bardziej zmęczona psychicznie/mentalnie niż stricte fizycznie po kilkugodzinnych marszach i spacerach. Nie mniej jednak Tbilisi jest cudownym miastem, jedynym w swoim rodzaju, z własnym wodospadem wetkniętym wertykalnie gdzieś pomiędzy ulicami, antycznym, rozświetlonym, z ażurowymi balkonami, które tak uwielbiam, pięknym za dnia i nocą. Ciekawe w kontekście obserwacji socjologicznych (jak zawsze zresztą) jest tbiliskie metro - całkiem zadbane, proste w obsłudze, zazwyczaj wygrzebane głęboko pod ziemią, ale to co szczególnie zwróciło moją uwagę to fakt, że jak już się wejdzie do środka to robi się smutno - na ulicach nie widać tego tak bardzo jak w metrze, że społeczeństwo jest bardzo ciemne, na czarno, szaro, granatowo ubrane w ludzi. Sama mam ciemne włosy i na zasadzie równowagi staram się ubierać na jasno/pastelowo, kwestia charakteru pewnie też wchodzi w grę ;). Tutaj metro jest po prostu smutne, zazwyczaj czarne włosy, ciemne oczy, ponure ubrania, grube skóry, ciemna masa w metrze ;) Czasem zdarzy się ktoś z jakimś kolorowym elementem odzieży na sobie, ale to rzadkość. Ponadto - w metrze nikt nie czyta. Z tego co pamiętam w innych miastach, w których bywałam (Barcelona, Warszawa, Praga, Berlin) ludzie wykorzystują te chwile na lekturę gazety/książki. Tutaj tego nie zauważyłam. 

Udało się skorzystać z łaźni siarkowych, gdzie w kilka osób urządziliśmy sobie prywatne polsko-francuskie dionizja pod kluczem, z winem, lokalnymi owocami, chałwą i innymi słodkościami. Wreszcie można było bezkarnie wypocząć i odciąć się od zgiełku miasta, a deszczowa i chłodna aura była idealną podkładką pod wygrzewanie się w saunach i gorących basenach. Wynajęliśmy jedną, przestronną salę na 1,5 h, ale bawiliśmy się tak dobrze, że trochę anarchicznie (w kolejce stała następna grupa osób), wydłużyliśmy ten czas o następnych kilkadziesiąt minut. 


Łaźnie oferujące kąpiel w gorących wodach siarkowych o właściwościach leczniczych, stanowią łatwo rozpoznawalny punkt wizualny Tbilisi dzięki wystającym z ziemi okrągłym kopułom (ukryte są pod ziemią, z otworami w kopułach na wyprowadzanie pary i doprowadzanie światła) i znajdują się w najstarszej części miasta - Abanotubani. Nawet jeszcze dziś stanowią miejsce spotkań towarzysko-biznesowych tbilisczyków. Fajna sprawa. Przy okazji dostałam darmowe następne wejścia z masażem included w „naszej” łaźni, bo zdobyłam mimochodem serca kilku jej męskich pracowników :D Niestety, tym razem za masaż podziękowałam ;) Po sesji w łaźniach przyszedł czas na niespieszną rozmowę z nowymi lokatorami Iriny - panem Piotrem, doświadczonym wspinaczem wysokogórskim z Lublina, oraz młodą parą z Warszawy, podczas której przerobiliśmy temat programu polskiego himalaizmu i starliśmy się na argumenty w sprawie tegorocznej tragedii na Broad Peak. Dużo ludzi, dużo dyskusji, dużo za mało czasu dla siebie. Tbilisi I WILL BE BACK! 














Jutro --> Sighnaghi, miasto zakochanych, jak powiadają. Jedziemy do Kachetii na treningi, regionu położonego w dolinie Alazanii, winnicy Gruzji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz