Zanim
przejdę do przygody z gotowaniem po kaukasku i luźnych zapisków na temat dokonywanego
nieustannie gwałtu na dietetycznej moralności s.e.g (sprzed ery gruzińskiej) za
pomocą niepozornego, serowego chleba, kilka bardzo aktualnych spraw. Natknęłam
się dzisiaj w jednym z opiniotwórczych portali, na informację dotyczącą sporu (chociaż spór to może zbyt mocne słowo) Katarzyny Pakosińskiej, celebrytki (Kabaret Moralnego Niepokoju), która
popełniła książkę zatytułowaną "Georgialiki" (wydawnictwo Pascal) z dziennikarzami-podróżnikami, prowadzącymi popularny blog "Oblicza Gruzji". Zamieszanie dotyczy, z grubsza, dokonanego jakoby przez znaną (choć nie wszystkim) kabarecistkę plagiatu, ale jeśli przyjrzeć
się temu bliżej rzecz rozchodzi się tylko o kilka zacytowanych w dość swobodny
sposób fragmentów z bloga, zazwyczaj toastów gruzińskich, stanowiących "dobro wspólne" narodu gruzińskiego. Być może zabrakło
jedynie odnośnika w bibliografii. Nie będę się teraz stricte ustosunkowywać, ani wchodzić w szczegóły, nie podejmuję się również "adwokatury w eterze", żadnej ze stron, mimo, że na blog czasem
zaglądam, gdyż jest prowadzony starannie i prezentuje naprawdę genialne przepisy
kuchni gruzińskiej, a i książka Pakosińskiej znalazła się w moich prywatnych
zbiorach. Książkę ową cenię zwłaszcza za drugą część, w której autorka zasiada
do wyimaginowanej supry z osobistościami tegoż kaukaskiego kraju i prowadzi
momentami niezwykle pasjonujące rozmowy oscylujące wokół meandrów gruzińskiej
kultury, mentalności i historii. Dobra rzecz. Ale zaznaczam - to nie jest mój poklask dla ewentualnej, raczej nadmiernie rozdmuchanej, kradzieży własności intelektualnej, jedynie zniesmaczenie małostkowością i pyszałkowatością niektórych blogerów...
To co mnie
niestety smuci, to fakt prowadzonej na fali popularności kraju jako upragnionej destynacji
podróżniczej, swoistej i przedziwnej "wojny o Gruzję", słowne
przepychanki wkraczające na łamy prasy, a nawet awansujące do rangi poważnych
spraw sądowych, mające na celu udowodnić wyższość i "pierwszość"
własnego "ekspertstwa" od Gruzji pod roboczym tytułem "kto
pierwszy był na tej ziemi i kto pierwszy z rogu pił". I na co to komu?
Zdaję sobie również sprawę z tego, że są już dziesiątki blogów na temat Gruzji,
ale osobiście podeszłam do własnej "twórczości blogowej" w sposób zdroworozsądkowy i ultraindywidualny - piszę dla siebie na
pamiątkę, żeby utrwalić te zderzenia z odmienną mentalnością i kulturą na elektronicznym papierze (być może nie zjedzą go korniki) oraz dla mych ewentualnych, choć raczej nie pewnych, dzieci i wnuków.
Zdaje się bowiem, że Internet będzie kiedyś, już niedługo, spełniał funkcję ksiąg kościelnych,
wieczystych, metrykalnych i przez wzgląd na masowość powstawania blogów - kroniko-pamiętnika w jednym, przez czeluście którego będą przekopywali
się nasi potomkowie produkując rodzinne drzewa genealogiczne. Taki matrix. Piszę też dla mojej
rodziny i przyjaciół - za jednym zamachem - mówiąc brzydko - spowiadam się z
ostatnich wydarzeń, nie rozbijając się na pojedyncze, powtórkowe w treści maile i telefony, bo i czasu by
zabrakło i pieniędzy, nie wspominając już o cierpliwości na której brak cierpię ;)
Bynajmniej nie roszczę sobie praw do bycia "ekspertem od Gruzji".
Jest to na tyle barwne, zaskakujące i nieprzewidywalne państwo, że chyba nigdy nim nie będę, a
już na pewno nie po ino roku "małżeństwa".
Wot! Dzień
gotowania! Kuchenny dzień!
Wreszcie
udało się nam umówić z sąsiadką Mariką na nasze pierwsze próby z królem kuchni
gruzińskiej - chaczapuri po imeretyńsku (to obiegowa opinia, ja trochę inaczej
obstawiłabym wygraną w tym rankingu, ale jak mówi rosyjskie przysłowie:
"na vkus i na cvet tovariszej niet"). Po pierwsze trzeba wiedzieć, że istnieje od licha różnych typów placków z serem, w zależności od regionu z którego
pochodzą. Jest więc i tradycyjne, okrągłe imeruli, podstawą którego jest dobry
ser (gruz. khveli) i dobra mąka. Zresztą to właśnie stąd (Imeretia) pochodzi ser używany w
innych częściach kraju, gdyż jest on po prostu najlepszy. Mieszkamy w kolebce serowarstwa! Jest też lobiani z
ugniecioną fasolą lobio, łódkowate w
kształcie adżaruli z rozlanym jajkiem i masłem na wierzchu, kubdari z mięsnym farszem i
megruli z tzw. podwójnym serem, bo dodatkowo rozsmarowanym na chrupiącej, zewnętrznej skórce (warto przyjmować łącznie ze środkami odchudzającymi). Oczywiście cały sekret
tego piekielnie smacznego dania tkwi właśnie w serze. W tańszej wersji miesza się ser z
ziemniakami. Różne są tez typy ciasta, osobiście rozpływam się (dosłownie) nad
recepturą z ciastem francuskim. Odlot!
Bierzemy
własny zakupiony na bazarze ser i mąkę i idziemy kilka pięter wyżej, do Mariki.
Przy okazji, jak zawsze, obśmiewamy nieznośnie nierówne stopnie na
klatce schodowej. Tak to już jest, potwierdziło się w 100% przeczytane w kilku
publikacjach, zdanie, że Gruzini jakby w postsowieckim odwecie, za nic mają
estetyzm publicznej przestrzeni, podwórek, klatek schodowych etc. Pstryczek w nos świadomości kolektywnej. Teraz myślimy indywidualnie i
egoistycznie, a państwo niech się zajmie resztą, o! Doprawdy, podziwiam tak wielce selektywną wrażliwość na otaczające człowieka piękno przestrzeni :D Dlatego też, mimo obskurności obejścia (czy to miasto czy to wieś), mieszkania mają Gruzini urządzone naprawdę przyjemnie, niekiedy wręcz bombastycznie (także i w złym guście). Na pewno jest
olbrzymia różnica między tym co widzi się wchodząc do bloku (wybite szyby, brak
światła i ogrzewania, walające się śmieci, odrapane ściany, zwały gruzu, masakrycznie
nierówne stopnie, jakieś stare porzucone sprzęty domowe typu lodówka na półpiętrach), a tym co
się zastaje już po przekroczeniu progu mieszkania do którego "idziemy w
gości". Nasza klatka schodowa jest bardzo mało reprezentatywna, wręcz
odstraszająca, ale im dalej w las, tym lepiej ;)
Wita nas
kot i młodszy syn "nauczycielki gruzińskiego gotowania". Marika jest niebanalną postacią. Pulchna niczym ciasto na chaczapsa ;). Wszędzie, nawet do sklepu położonego heeeen...kilkaset metrów od domu, porusza się samochodem. Zaraz jak tylko nas poznała (a stało się to szybko po przyjeździe), autorytatywnie stwierdziła, że
teraz jak jesteśmy tak daleko od domu, ona może być naszą zastępczą mamą i dlatego z
każdym problemem, zaczynając od pożyczenia soli aż na złamanych sercach (przez
gruzińskich chłopców of course) kończąc, mamy się do niej zgłaszać i uderzać jak w
dym. Marika robi najlepsze torty w całym
miasteczku i z tego tu słynie. Jeśli szykuje się grubsza impreza typu
weselicho, wiadomo, że tortem zajmuje się Marika, nikt inny. I trzeba jej przyznać, że
jest w tej sztuce biegła. Torty wysokie na kilka pięter, dekoracyjne, każdy
szczegół, każdy ornament dopatrzony, wychuchany. Kobieta ma niewątpliwe zdolności plastyczne i
manualne. Jak zresztą wszyscy w rodzinie - co wychodzi w trakcie rozmowy. Starszy syn pięknie malował, a gdy chciał
wstąpić do Akademii Sztuk to mu powiedzieli, że oni go już niczego więcej nie
nauczą ;)
Kuchnia to
żywioł Mariki. Ma też zdumiewającą podzielność uwagi. Jednocześnie uczy nas
robić chaczapuri, podaje przepis, dodaje własne zalecenia odautorskie, robi
tort na kolejne uroczystości (zamówienia spływają nader często - co sztukmistrz
to sztukmistrz, złote ręce mają wzięcie), jak również plotkuje z nami i
sąsiadką. Zaraz potem leci do pokoju po zeszyt syna, żeby pokazać nam jak pięknie rysował jako kilkuletnie dziecko. Rzeczywiście chłopak ma talent, zakopany obecnie ;) Przy ugniataniu
ciasta jest sporo zabawy i śmiechu (już chyba wspominałam przy jakiejś okazji
jak bardzo lubię zanurzać dłonie w cieście?), ważna jest technika ugniatania i
siła nacisku (naprawdę!;) Potem czekamy aż ciasto dojdzie, delektując się
niespiesznie płynącym czasem w mamino-gruzińskiej kuchni, a tuż obok rośnie nam
ozdobiony w girlandy kwiatów tort - jak mówi Marika - taki "zwykły"
tort "codzienny", bez specjalnej okazji ;)) Kiedyś obiecuję, pokażę zdjęcia
tortów-gotowców, te z dzisiejszego wejścia to tylko ino zajawki z faz
produkcji. Pan mąż uroczej gospodyni, co to przez całe kilka godzin naszego krzątania się po kuchni, spokojnie, bez wtrącania się, oglądał gru tv rozłożon na kanapie, koniec końców prezentuje znakomite umiejętności aktorskie, rozpływając się nad czaczapsami polskimi rękoma ulepionymi ;) Są naprawdę dobre!!
Nagrałam
film instruktażowy ajfonem z etapu wiązania sakiewek z serem i ich rozpłaszczania, ale
niestety nie tą stroną co trzeba i nie potrafię go teraz odwrócić tak, żeby nie oglądać go do góry nogami (tak, tak,
pracowała w firmie technologicznej). Nie chcę narażać "moich szanownych
czytelników" na uraz kręgosłupa lub też awarię ich sprzętu komputerowego w
razie chęci (mimo wszystko) obejrzenia filmiku, zatem rezygnuję z nagrania i zamieszczam czystą, choć miejscami nie do końca wyraźną fototorelację (dużo było ruchu i aparat nie nadążał ;)
Nasz
przepis na chaczapuri (autor: Marika z 7 piętra, Tkibuli; żeby nie było że
plagiat, pozdrawiam awanturniczy blog "Oblicza Gruzji" ^^):
CHACZAPURI
(4 PORCJE - czyli cztery duże placki jak średniej wielkości pizze, które z powodzeniem zaspokoją duży głód
małej jednostki wojskowej ;) :
SKŁADNIKI
(trochę na oko będzie też):
1 kg dobrej
(pszennej, jasnej) mąki
1 kg sera
gruzińskiego (w warunkach polskich - ser ubity, ale miękki i nie suchy jak nasz biały, małosolny)
1 jajko
(opcjonalnie do serowego farszu)
Szczypta
soli i cukru
Drożdże - 2
łyżki stołowe
Olej
słonecznikowy (lub inny)
Woda, kefir
lub maconi (gruziński produkt mleczny podobny do zsiadłego mleka - takie info znalazłam u pana Maglakelidze, ALE! Oblicza Gruzji twierdzą inaczej - oczywiście, Chrystusi Gruzińskiej Prawdy o Mleczarstwie ^^ )
Masło
Ser
opłukujemy zimną wodą i rozdrabniamy palcami dodając płaską łyżkę mąki (albo
trzemy na tarce). Można dodać całe jajko. Odstawiamy.
Teraz
zajmujemy się ciastem: wsypujemy 1 kg mąki, 2 łyżki stołowe drożdży, podsypujemy
szczyptą soli i odrobiną cukru. Podlewamy wodą lub kefirem, wyrabiamy ciasto
drożdżowe, aż do momentu uzyskania spójności i oczyszczenia z kleistości.
Dodajemy olej - solidnie, gnieciemy - solidnie, jeśli nadal konsystencja mocno się klei - podsypujemy mąką. Zbieramy ciasto do środka i ugniatamy "piąstkami"
;) Kiedy ciasto wchłonie już tzw. "maslo" (olej) i konsystencja będzie gładka i śliska,
odstawiamy żeby wyrosło. Odczekujemy dobre 30 min.
Po upływie czasu, zabieramy się za formowanie
placków. Odrywamy kawałek ciasta i formujemy okrągły placek/kulę, który
rozpłaszczamy, przy czym środek powinien być lekko wybrzuszony. Nakładamy łyżką
ser, rozprowadzamy i zaczynamy zwijać placek w sakiewkę, tworząc zakładki na
brzegach. Uzyskujemy kulę z serem w środku, którą następnie równo spłaszczamy,
wypuszczając nagromadzone powietrze drobnym nacięciem pośrodku, jeśli trzeba.
Gotowe w stanie surowym! Teraz nagrzewamy piekarnik (albo piec) do 200-220
stopni i wstawiamy na ok 10-15 min (trzeba doglądać aż się lekko zrumieni).
Wyjmujemy, smarujemy po wierzchu masłem i voila!
Smacznego! ;)))

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz