logo

logo
współpracuję z:

poniedziałek, 31 marca 2014

Tbilisi walczy o ostatni skrawek zieleni miejskiej

Zagrzebałam się w internecie na pół dnia, czytając o wydarzeniach zupełnie bezprecedensowych jak na Gruzję. Wiedziałam o tym już wcześniej, informacje docierały także i od naocznych świadków, ale teraz dopiero, wyłuskując detale niemal hipsterskiego pospolitego ruszenia, przecierałam co raz oczy ze zdumienia. Otóż, Tbilisi nagle, znienacka zaskoczyło zorganizowaną akcją ekologiczną i społeczną zarazem, która trwa już dobrych kilka miesięcy, i wspierana jest zarówno przez alternatywne jednostki pokroju nadwiślańskiego hipstera jak i wymuskane gwiazdy gruzińskiej sceny. Proszę mi wierzyć, Gruzji poziom świadomości dotyczącej ochrony środowiska jest bardzo znikomy, zerowy niemal - już pominę sam fakt szokującego i masowego zaśmiecania własnego dobytku kulturowego i przyrodniczego, wystarczy spojrzeć z jaką bezmyślnością pakuje się tu każdą, najdrobniejszą rzecz w sklepie w foliową czarną śmierć dla środowiska. O co się zatem rozchodzi? 


Vake Park jest tbiliskim parkiem publicznym oddanym do użytku w 1946 roku, który oprócz okazałego ogrodu botanicznego sąsiadującego na Mtacmindzie z twierdzą Narikala, jest jedynym ocalałym wobec szalejącej aglomeryzacji (ponoć Tbilisi rozciąga się już na przestrzeni 40 km), przylądkiem zielonym w tym starożytnym mieście blokowisk. Mało. Reszta to skaliste wzgórza albo autostrady i ruchliwe ulice bez przejść dla pieszych. Prócz tego, Vake jest rajskim przedsionkiem najbardziej lansiarskiej dzielnicy Tbilisi o tej samej nazwie, której to barwny i radosny przekrój społeczny znakomicie uchwycił niejaki Zaza Burczuladze w książce "Adibas" (Tbilisi = fake city). Gorąco polecam, świetna proza! Mogę też uczciwie potwierdzić - park ów jest bardzo przyjemnym, obleganym nieustannie, nawet przez biegaczy (sic!) miejscem rekreacji całych pokoleń. Wszystko pięknie, do czasu. Jakieś pół roku temu, może dalej wstecz, nieznany mi jeszcze z detali biznesmen bądź też zagraniczna grupa kapitałowa zakupiła za śmieszną kwotę całkiem sporą połać ziemi wliczającą się ewidentnie w Vake Park. Krwiożercze biznesmeny postanowiły wybudować na owym terenie okazały, 7-piętrowy, luksusowy hotel. Inwestycję zresztą mocno popierają władze miasta, tłumacząc to tym, że "Tbilisi potrzebuje rozwoju i łóżek" (może mają na myśli rozwój demograficzny z udziałem zagranicznych czytaj - przypadkowych dawców?;)


Takoż i lud się zbuntował. Zbudował barykady, rozwiesił plakaty z hasłami na "nie", lampiony, pomalował twarze, dziewczyny przywiązują swoje nagie ciała do drzew (ok, żartuję, tu mnie ponosi wyobraźnia, a szkoda, bo fajnie by było obserwować takie rozpasanie w ultrakonserwatywnym kraju), zablokował dojazd buldożerów na miejsce paskudnej, krezusowskiej, kapitalistycznej budowy, ba! Rozstawiono nawet obszerne żołnierskie namioty, tworząc tym samym czasowe miasteczko protestacyjne i alternatywne koczowisko w jednym, zjednując sobie poparcie opinii społecznej warsztatami artystycznymi, wystawami, koncertami muzycznymi, wspólnym gotowaniem, graniem w frisbee i gorącą herbatą, gdy zimno. Zielone ludki stworzyły w mig 24-godzinną gwardię ochronną swojego ukochanego parku, miejsca, gdzie się spotykają, czytają, uprawiają swoje sporty lub seks ;). Kalendarz eventowy gruzińskiej eko-akcji robi wrażenie i ma dać do zrozumienia władzom i biznesmenom, że przestrzeń publiczna powinna pozostać nienaruszona jako dobro wspólne, nietykalne i ma być miejscem odpoczynku, rekreacji, zabawy, inspiracji, a nie bezmyślnego zbijania kasy na turystach. 




Dwiema "odnogami" organizacyjnymi koordynującymi akcją protestacyjną, w którą zaangażowały się już setki mieszkańców są Alternative Cultural Centre of Tbilisi (w skrócie ACCT), stworzone przez naszych znajomych z Hiszpanii i Litwy oraz Guerrilla Gardening Tbilisi (też się dziwię, że coś takiego tu mają, no ale co stolica to stolica jednak, sama też chcę zaszczepić ideę guerrilla gardeningu w moim mieście prowincjonalnym - pewnie nikt tu o tym nie słyszał, niedługo się przekonam ^^). Nie wiem jak się zakończy ta arcyciekawa historia, nie mniej jestem pod niemałym wrażeniem siły akcji, determinacji agendy za nią stojącej, poczucia jedności celu wśród tbilisczyków oraz spektakularnego przeobrażenia ruchu społecznego w wydarzenie o wielkim potencjale kulturalnym. Trzymam mocno kciuki, żeby w Vake Parku nie pojawiły się wkrótce luksusowe łóżka z Ikei dla celów prokreacyjnych zamiast drzew, trawy i zarośli, które przecież najlepiej spełniają tę rolę. Naturalnie ;)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz